„La La Land” — recenzja nowoczesnego musicalu w rytmie jazzu

Jeśli nie będziecie mieli na co iść do kina — albo nawet jeśli będziecie mieli na oku coś ciekawego do wyboru — pamiętajcie: dwie godziny oglądania „La La Land” zmarnowane nie będą.


La La Land recenzja

„La La Land” to naprawdę dobry film dla każdego — warto udać się do kina


W dużym skrócie — początkujący pianista kochający jazz (Ryan Gosling) spotyka młodą aktorkę na dorobku (Emma Stone, dotąd znałem ją tylko ze świetnego „Birdmana”). Sporo tańca, dużo śpiewu — toć to klasyczny musical (przetańczony w butach siodłatych) z muzyką na najwyższym poziomie („La La Land” wyreżyserował Damien Chazelle, znany z genialnego „Whiplash”) — toć jedną z ról gra John Legend (mnie znany ze świetnej płyty zagranej z The Roots)…

Ogólnie niby nic, niby bajka, niby romans — z niby happy-endem — a jednak „La La Land” naprawdę warto zobaczyć. Zwłaszcza jeśli lubi się w kinie pewnego rodzaju umowne rzeczy (mnie się jakoś skojarzyło z „Artystą”).

A na wieczór — John Legend & The Roots — Hard Times (Live In Studio):



Zdecydowanie polecam! I nawet nie o to chodzi, że film został obsypany jakimiś nagrodami.

9
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
b52t
Gość
b52t

Zewsząd zachwyty, więc pewnie pójdziemy. Choć o muzyce samej w sobie ni słowa w tekście powyżej, to zakłada, że dobra.

Jak w to styczniu – jest na co pójść do kina.

Olgierd Rudak
Gość

Chociaż J.K. Simmons — widoczny chyba 25 sekund, acz świetny — mówi coś o free-jazzie, tego free właściwie nie ma nic — jest be-bop, który większość ludzi jest w stanie przyswoić.

Już widzę „Om” w roli ścieżki dźwiękowej ;-)

(aczkolwiek „Om” to ekstremum w kategoriach free-jazzu).

Marcin Data
Gość
Marcin Data

Dla mnie – wielbiciela musicali, tak filmowych, jak teatralnych – piękne są wszelkie cytaty/nawiązania do filmów ze złotej ery (scena w Planetarium czy epilog w scenografii prawie jak balet kończący Amerykanina w Paryżu – miodzio). I jak szedłem nieprzekonany do kina (w znacznej części z powodu obsady), tak wyszedłem zachwycony (dochodząc do wniosku, że taki Gene Kelly też raczej nie był najlepszym na świecie śpiewakiem ;) ).

Olgierd Rudak
Gość

Ja to się nawet zastanawiałem w którym momencie byli dublerzy ;-) czy np. Gosling potrafi grać na klawiszach? być może…

Marcin Data
Gość
Marcin Data
Olgierd Rudak
Gość

No to naprawdę nieźle. Ludzie o wielu talentach budzą mój nieskrywany podziw.

b52t
Gość
b52t

Bardzo dobry film. Muzyka, dźwięk, scenografia, aktorstwo. Najciekawsze w filmie było, to, że mimo, iż dzieje się współcześnie, to ogólne odczucie – częściowo przez nawiązania – odczucia były jakby dział i był nakręcony w latach 50. No i epizod J.K. Simmonsa. ;-)

Olgierd Rudak
Gość

Jeśli „bardzo”, to pewnie będzie miał Oscary :) Jak dla mnie „Artysta” był bardziej (a schepali tamtą decyzję) — też film o filmach, bardziej pastiszowy, mniej holyłódzki.

Mnie się w takich momentach przypomina np. ta scena:

b52t
Gość
b52t

No właśnie, to kolejny film o filmach. W tamtym roku do kin wszedł też Ave Cezar Cohenów.