„Wyspa psów” — prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Niepisana zasada mych kinorecenzji brzmi: piszę tylko o filmach, które widzieliśmy w weekend startu. Relacja po kilku dniach grania filmu jest gorsza niż parówka z supermarketu (która kojarzy mi się z towarem nieświeżym już na półce, chociaż psinka je uwielbia). Niepisane zasady mają jednak to do siebie, że czasem — jeśli jest szczególna okazja — należy je łamać, by nie stała się rutyną.

Takim wyjątkiem okazał film „Wyspa psów”, na który tydzień temu nie mieliśmy okazji się wybrać (wezwał nas zew peregrynacji) — a przecież najnowsze dzieło Wesa Andersona, choćby z racji bliskiej mi tematyki, warte jest odnotowania na tutejszych łamach.


wyspa psów recenzja

„Wyspa psów” (Isle of Dogs), reż. Wes Anderson, w roli głównej burki różnej maści


„Wyspa psów” to animacja, poświęcona, a jakże, największemu przyjacielowi człowieka — który od zawsze broni, strzeże, towarzyszy, ale na którym i tak wiesza się psy. Nie inaczej jest w japońskim mieście Megasaki (za 20 lat), którym twardą ręką włada mocno burmistrz Kobayashi — rzecz jasna dla dobra obywateli, którym bez jego opiekuńczej i populistycznej troski mogłyby stać się wielkie krzywdy, na przykład ze strony psów masowo zapadających na psią grypę. Owszem, nad lekiem na tajemniczą chorobę pracuje pewien naukowiec, ale przecież prościej jest zesłać wszystkie psy na Wyspę Śmieci… Jedynym, który się nie poddaje jest 12-letni Atari, wyruszający w poszukiwanie swojego przyjaciela Ciapka.
(Nie owijajmy też w bawełnę burmistrz Kobayashi pochodzi ze starego klanu, który wiele wieków wcześniej zaprzysiągł śmierć wszystkim psom — bo sam uwielbia koty… — tyle spoilerów.)

Sam w sobie film jest… świetny: doskonały pomysł i realizacja (strona wizualna jest po prostu rewelacyjna), wspaniale pokazane psie osobowości (duża w tym zasługa tłumaczących szczeknięcia na angielski — a byli nimi m.in. Edward Norton, Bill Murray, Scarlett Johansson, Tilda Swinton; Yoko Ono, asystentkę profesora, mówi Yoko Ono) oraz ludzko-psia wierność, do tego bondowskie smaczki.

Jak dla mnie nota 9/10 (czyli właściwie maksymalna) — niewątpliwy plus za odważną tematykę (nie tylko tą kynologiczną), brak przynudzania, świetne pomysły (z braku czas na zastanawianie nazwę je formalnymi — choćby sposób tłumaczenia z japońskiego), etc. etc.

Naprawdę zdecydowanie polecam, także tym, którzy uważają, że psy śmierdzą, brudzą, są niepotrzebne i w ogóle mogło by ich nie być.

Dodaj komentarz