„Wyspa Węży” Małgorzaty Szejnert [recenzja] — obóz czy sanatorium dla sanatorów?

My, Polacy, autentycznie możemy być dumni, że podczas II Wojny Światowej nie wydaliśmy z siebie żadnych Quislingów, zaś patrząc na „karierę” Wł. Studnickiego trudno powiedzieć, iżby był dobrym kandydatem choćby na Sir Oswalda Mosleya (Studnicki, owszem, poszedł nawet do Goebbelsa w sprawie polskiej — ale spotkał go za to tylko i wyłącznie Pawiak).
Stąd też byłem ciekaw czy po lekturze książki Małgorzaty Szejnert o znamiennym tytule „Wyspa Węży” faktycznie podzielę (przywołaną poniżej in extenso) opinię S. Mękarskiego?


Wyspa węży szejnert recenzja

Małgorzata Szejnert, „Wyspa Węży”, wydawnictwo Znak, w papierze 384 str.


Zaczynając od początku: po ucieczce rządu do Rumunii (i dość tajemniczym epizodzie Wieniawy Długoszowskiego jako następcy Ignacego Mościckiego) — w raczej nielegalny sposób władzę przejmuje generał Władysław Sikorski. Od dawna mocno skonfliktowany z Piłsudskim i piłsudczykami, obarczający to środowisko odpowiedzialnością za wrześniową klęskę — nie dziwi, że stawia na świeżą kadrę…
…a stara kadra po części ląduje na wyspie Bute, w miasteczku Rothesay, gdzie rząd londyński — zaraz po upadku Francji, gdzie zwolenników sanacji skoncentrowano w Cerizay (spolszczonej na Cerezę) — przetrzymuje kilkuset nieprawomyślnych oficerów i generałów.

„Czasem wydaje mi się, że w historii tortur polskich w tych latach nie rzeka Kołyma, nie Morze Białe, nie Komi, Starobielsk, katorga sybirska i nie obozy koncentracyjne w Dachau, Oranienburgu czy Oświęcimiu, ale Rothesay wymieniane będzie jako miejsce najbardziej ponurej zagłady kilkuset polskich inteligentów” (Stefan Mękarski, cytat za „Wyspą Węży”)

O tym jest właśnie ta książka: że Sikorski chciał zapomnieć „co nas dzieliło”, ale zamiast „kultu kompetencji” zaczął od izolacji w cieplarnianych warunkach szkockiej wyspy, że do Rothesay można było trafić nawet za treść listu, która nie spodobała się Naczelnemu Wodzowi (Dąb-Biernacki dostał 2,5 roku odsiadki właśnie za list do Sikorskiego; na Bute wędrowali także malkontenci niezadowoleni z podpisania układu Sikorski-Majski), że kilkuset facetów dostawało jakieś tam pieniądze i chodziło w mundurach — ale chociaż cały czas w stanie żołnierskim, nie walczyło.

Co do samego sposobu napisania: ciekawym „zazębem” książki jest fakt, że Małgorzata Szejnert poszła tropami Ignacego Raczkowskiego, członka jej rodziny, i tak po sznurku do kłębka. Momentami nieco siada część reportażowa (przygotowując się do pisania autorka wybrała się na Bute), ale może to tylko moje wrażenie wynikające z niecierpliwości, bo przecież nie będę ukrywać, że dla mnie dawne sprawy są ciekawsze od dzisiejszych śladów Polaków w Rothesay.
Tak, tę książkę zdecydowanie polecam.

PS całkowicie na marginesie: na okładce „Wyspy Węży” wykorzystano tę samą fotografię, która zdobiła „Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jałty” Jana Karskiego. Niestety, żadna z książek nie mówi o autorze zdjęcia, ograniczając się do „PAP/CAF” (wg noty redakcyjnej w książce Karskiego jest to wspólna wizytacja polskich wojsk przez Churchilla i Sikorskiego, 1940 r.).

PPS nie, w Rothesay nikogo nie zamęczono, nikogo nie trzymano pod strażą; owszem odbyło się tam kilka pogrzebów, jak to wśród ludzi — ale sama historia jest naprawdę ciekawa.

4 comments for “„Wyspa Węży” Małgorzaty Szejnert [recenzja] — obóz czy sanatorium dla sanatorów?

  1. b52t
    9 kwietnia 2018 at 08:54

    w ogóle nie znałem tego epizodu, ale
    pokazuje, to też, że bardzo łatwo, będąc przeciwnikiem kogoś, można stosować jego metody (do pewnej granicy i w pewnej ogólności; bo odosobnienie, i to w czasach wojny, to jednak nie Bereza i metody śledcze tam stosowane).

    • Olgierd Rudak
      9 kwietnia 2018 at 10:23

      Izolowanie „obcych” w czasie wojny było dość popularnym sposobem na zapewnienie sobie spokoju za linią frontu. Brytole internowali m.in. imigrantów z Italii, Amerykanie swoich Japończyków (ale już nie obywateli pochodzenia niemieckiego czy włoskiego).
      A Sikorski mógł co najwyżej innych Polaków izolować.

      • b52t
        9 kwietnia 2018 at 10:54

        Czytam na jedno oko felietony Słonimskiego, a na drugie biografie Paderewskiego (R. Wapiński, Ossolineum), to obraz jest o tyleż ciekawy, co znajomy ze współczesności. Aczkolwiek, lektura biografii Paderewskiego wypada o tyle lepiej, że mimo znacznej niezgody i drastycznej różnicy, podejście było o wiele bardziej pragmatyczne i mniej emocjonalne w okresie, gdy negocjowano traktat wersalski. Za to ze Słonimskiego, pamiętając, że nie był politykiem i nie miał dostępu do dokumentów i źródeł (aczkolwiek są komentarze post-factum do niektórych tekstów), przedstawia świat zupełnie znany i zgoła nie ładny dla wierzących w „złotą” II RP.

        • Olgierd Rudak
          10 kwietnia 2018 at 14:02

          Przyznam, że aktualnie czytam dzienniki Goebbelsa — i to był naprawdę manipulant pierwszej wody. Jakby człowiek nie wiedział, chyba dałby się nabrać.

Dodaj komentarz