Czy naciski na wydawcę i naczelnego oznaczają naciski na dziennikarza?

A skoro jakiś czas temu P.T. Czytelnikami wstrząsnęło orzeczenie SN, w którym powiedziano, że potajemne nagrywanie własnej rozmowy może naruszać dobra osobiste rozmówcy, dziś czas na krótką omówkę wyroku, z którego wynika, że mówiąc o rozmowie warto zabezpieczyć dowody — bo jak sprawa trafi do sądu, może nie starczyć materiału na własną obronę, bo dowód z treści rozmowy w sprawie o ochronę dóbr osobistych spoczywa na pozwanym (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 9 czerwca 2017 r., sygn. akt VI ACa 350/16).

Orzeczenie jest pokłosiem jeszcze jednego sporu trawiącego swego czasu światek dziennikarzy — który pewnie interesuje tylko ich samych, a jednak trafił na wokandę sądową.
Zaczęło się od publikacji krytycznych tekstów poświęconych pewnej spółce założonej przez byłych dziennikarzy śledczych; spółka odwdzięczyła się prywatnym aktem oskarżenia z art. 212 kk przeciwko autorowi artykułów, próbowała też przekonać wydawcę, by dziennikarz przestał interesować się jej działalnością („jak materiał zostanie opublikowany, to na ciebie też znajdą się kwity”) i zmienił redaktora naczelnego tygodnika (na którego spółka też miała mieć haki związane z jego kryminalną przeszłością); w rozmowie z samym dziennikarzem miała mu grozić, że jeśli powstanie kolejny materiał, to wytoczą mu sprawę o wysokie odszkodowanie. Po tym wszystkim wydawca zaczął naciskać na naczelnego, a naczelny na dziennikarza — żeby przestać pisać o spółce. Ten zaś w kilku wywiadach udzielonych innym tytułom miał powiedzieć, że spółka zbierała na niego haki oraz próbowała powstrzymać publikację „groźbami i szantażem”.
Zdaniem spółki takie wypowiedzi naruszały jej dobra osobiste w postaci dobrego imienia i renomy, zatem do sądu trafił pozew, w którym zażądano przeprosin.

Przepraszam [powodową spółkę, za to, że w opublikowanym wywiadzie na stronie internetowej (…) powiedziałem nieprawdę, jakoby spółka stosowała groźby pod moim adresem.

(Pozostawione w tekście okruszki oraz pamięć rezydualna moich szarych komórek pozwalają stwierdzić, że ową spółką była MDI Strategic Solutions należąca do Macieja Gorzelińskiego i Rafała Kasprówa, dziennikarzem Cezary Łazarewicz, czasopismo to oczywiście „Wprost”, którego naczelnym był wówczas Sylwester Latkowski — a procesów i wyroków związanych było co niemiara — np. tu lub tam).

Sąd I instancji powództwo oddalił: działania strony powodowej uprawniały dziennikarza do twierdzenia, że spółka stosowała wobec niego groźby i szantaż. Szeroko zakrojona akcja postawiła go wobec wyboru: albo opublikuje niekorzystny tekst, narażając na ryzyko wydawcę i naczelnego, albo odstąpi od zamiaru publikacji. Spotkania spółki z wydawcą oraz z samym dziennikarzem, podczas których zapowiedziano wytoczenie powództwa o ochronę dóbr osobistych oraz chwalono się dobrymi układami z wydawcą, były pośrednim wywieraniem niedopuszczalnego nacisku.

Odmiennie spór oceniono w apelacjioskarżenia jakoby spółka miała dopuścić się gróźb i szantażu wobec niego, były po prostu nieprawdziwe — bo szantaż miał dotyczyć wydawcy i redaktora naczelnego, zaś naciski na dziennikarza wywierali właśnie jego przełożeni — a nie ma czegoś takiego jak pośredni szantaż.
Spółka nie próbowała także przekonać pozwanego, by odpuścił temat. Ba, w zarejestrowanej rozmowie (nagranie zostało użyte jako dowód treści rozmowy) było powiedziane, że spółka pozywa i będzie pozywać prasę za pisanie nieprawdy, a nie za sam fakt publikacji — zaś na pytanie czy zamierzają wpływać na zatrzymanie tekstu, odpowiedź brzmiała „nie, powiedziałem to wyraźnie. Napisz ten tekst wszędzie i napisz go uczciwie. Sprawdź wszystko” (powiedziano też, że świadom kryminalnej przeszłości naczelnego, powinien zwolnić się z tej redakcji i opublikować ten tekst gdzie indziej — por. „Orzeł może” powstawał dla „Wprost” — ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”).
(Do przegranej pozwanego dziennikarza przyczynili się także powołani na świadka wydawca i redaktor naczelny, którzy zaprzeczyli jakoby próbowali przekonać go do porzucenia tematu — skoro więc nie ma dowodu, to twierdzenie jest gołosłowne…)

Sąd zauważył, że zarzut stosowania gróźb i szantażu wobec dziennikarza w istocie stanowi zarzut popełnienia przestępstwa tłumienia krytyki prasowej (art. 43 i 44 pr.pras.). W odniesieniu do spółki, która działa na rynku medialnym i jest prowadzona przez byłych dziennikarzy jest to zarzut bardzo ciężki, kompromitujący wiarygodność podmiotu prowadzącego tego typu działalność, podważający jej wiarygodność i zaufanie — czyli niewątpliwie wiąże się z naruszeniem dóbr osobistych. Oznacza to, że pozwany powinien był wykazać okoliczności wyłączające bezprawność owego naruszenia (w przypadku wypowiedzi prasowej wystarczy zachować rzetelność i należytą staranność dziennikarską, której też zabrakło).

Publiczny — lecz nieprawdziwy i nierzetelny — zarzut szantażu i wywierania nacisków w celu uniemożliwienia publikacji krytycznych materiałów godził w renomę spółki, dlatego też finalnie nakazano pozwanemu dziennikarzowi opublikowanie przeprosin za nieprawdziwe wypowiedzi (w dwóch portalach internetowych oraz radiu — czyli w tych mediach, w których oskarżenia zostały wypowiedziane).

Słowem: jeśli powołujemy się na treść trudnej rozmowy, nie warto jej przeinaczać słów rozmówcy, bo taka reinterpretacja może okazać się beznadziejna w skutkach, jeśli nie znajdzie się jakiś dowód potwierdzający taką a nie inną treść rozmowy.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.