Jaroslav Hašek, „Przygody dobrego wojaka Szwejka” — satyra, publicystyka, czy jednak propaganda?

A skoro już za kilka dni kolejna rocznica zamachu w Sarajewie — który dał początek zarówno Wielkiej Wojnie, jak i stanowi świetne entrée towarzyszące wejściu na światową arenę Józefa Szwejka — dziś kilka akapitów o lekturze, do której powróciłem po przeszło trzech dekadach, i która też się zaczyna od wspomnienia od zamachu na arcyksięcia Ferdynanda.
Czyli czas na krótką recenzję kultowych „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška.


Hašek Przygody dobrego wojaka Szwejka recenzja

Jaroslaw Hašek, „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, tłum. Paweł Hulka-Laskowski, wyd. Bellona, na papierze 826 stron


Pierwsza sprawa to niesamowita różnica w moim odbiorze książki: szczeniakiem będąc widziałem tylko i wyłącznie elementy humorystyczne, toteż zapamiętałem przygody Szwejka wyłącznie jako coś bardzo wesołego i śmiesznego — ale też coś, co się mogło przydarzyć wyłącznie urzędowo stwierdzonemu idiocie. Tymczasem to jest tylko pół prawdy, bo przecież „Przygody dobrego wojaka Szwejka” to też (a może przede wszystkim) tekst publicystyczny, w satyrycznej formie ukazujący głupotę i brutalność stosunków panujących w monarchii Habsburgów — plus krytyka porządków początkowych lat Czechosłowacji (a to dlatego, że część C.K. kreatur miało dobrze się odnaleźć w Republice) — a przy okazji po części autobiografia samego Haška.

I teraz może być jeszcze ciekawiej (i to są powody, dla których zdecydowałem się, jako miłośnik historii dość współczesnej, sięgnąć znów po tę książkę): Hašek, to oczywista oczywistość, był bolszewikiem, i to na pewno nie pomniejszym (był komisarzem politycznym w Rosji Radzieckiej, być może świadczył jakieś tajemnicze usługi na rzecz czerwonych). Nie powinna zatem dziwić tak mocna niechęć do państwa armii C.K. — nawet jeśli nie wynika ona z realiów (dziś trudno powiedzieć na ile współczesne określanie późnych rządów Franciszka Józefa pierwocinami wspólnej Europy oraz cały sentyment do Najjaśniejszego Pana są efektem właśnie wygładzania ostrości sądów, a na ile rzeczywistym odbiciem ówczesnej rzeczywistości), to przecież szanujący się miłośnik Lenina nie mógł oceniać cesarstwa w inny sposób.
(Na marginesie warto zauważyć, że Czechosłowacja, która przetrwała jako jedyna demokracja w naszej części kontynentu, aż do jej pożarcia w 1939 r., obwiniana jest niekiedy o zbytnie uleganie politycznym i militarnym wpływom ZSRS — miało to jednak miejsce już po śmierci Haška, zatem nie mógł się on do tego w żaden sposób odnieść.)

Uprzedzając komentarze niezadowolonych: to nie krytyka, bo krytyka wymaga twardych faktów — to snucie teorii opartych na moim wyobrażeniu faktów.

Wracając do „Szwejka”: lektura to zaprawdę przednia, nagromadzenie ciekawych (po części troszkę już zdezaktualizowanych, ale co tam) spostrzeżeń — olbrzymie. Jest i podskórna niechęć narodów zjednoczonych pod berłem Franciszka Józefa (pranie się Czechów z Madziarami, wyraźna niechęć do Niemców — którzy odpłacali nieskrywanym poczuciem wyższości, rozgrywki między Przedlitawią i Zalitawią), ostry antyklerykalizm autora (każdy sportretowany ksiądz to co najmniej pijak i lubieżnik — czyli osoba pozytywna), ówczesna polityka (najczęściej w postaci nabijania się ze stęchłej, acz czasem całkiem brutalnej monarchii), kpiny z militaryzmu (cudowna postać kadeta Bieglera) i głupoty żołdaków (podporucznik „wy mnie jeszcze nie znacie” Dub).

Po prostu zdecydowanie polecam, choćby jako przykład w sumie bezpretensjonalnej i dobrze się czytającej — ale jednak politagitki.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

12 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze