On-One Inbred — singlespeed, szybki jak strzała, jak błyskawica!!

Zakładając, że pojęcie kultowości w odniesieniu do dóbr materialnych ogranicza się do rzeczy o ograniczonej dostępności wszystko wskazuje na to, że rowery On-One Inbred mają szansę stać się jeszcze bardziej kultowe po tym jak angielski producent wycofał się z ich produkcji („The Inbred Is Dead”). Ponieważ od 6 lat jestem szczęśliwym posiadaczem takiego roweru, myślę, że to dobry moment, by podzielić się z P.T. Czytelnikami uwagami — czy do sprawnej jazdy po mieście potrzeba czegoś więcej, niż roweru singlespeed?


rower On-One Inbred singlespeed test

Rower On-One Inbred 26er w wersji singlespeed w miejskiej dżungli (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Dla jasności: singiel (singlespeed) to rower, o pojedynczym przełożeniu, czyli bez żadnej przerzutki (ani zewnętrznej, ani wewnętrznej, ani przedniej, ani tylnej), przez co siła mięśni pedałującego przekładana jest poprzez przekładnię o stałym przełożeniu. W skrócie — jeśli chcesz jechać szybko, musisz mocno pedałować, zaś jazda powolna nie wymaga niczego więcej jak relaksacyjnego naciskania na pedały.
Proste? Proste, nieskomplikowane, zwinne, lekkie, nieabsorbujące, szybkie; nic innego jak niegdysiejsze Wigry od Rometu lub radzieckie wielosipiedy Wierchowina czy Ukraina. Jednak prezentowana maszyna to singiel górski — a wszakże rowery MTB kojarzą się z niezliczoną liczbą przełożeń (chociaż tu znów marketing robi numery, bo teraz jest przecież parcie na brak przedniej przerzutki).

Testowanego Inbreda złożyłem (nie w 100% własnoręcznie: sterów nie nabijam, suportów na kwadrat nie wkręcam, kół zaplatać nie potrafię) sześć lat temu, od tego czasu przejechałem na nim prawie 25 tys. kilometrów, większość po mieście, chociaż przez początkowy (niedługi) rower służył też jako wertepówka (po pewnym czasie zastąpiony przez Inbreda 29er).


rower On-One Inbred singlespeed test

Drzewiej bywało, że tym singlem jeździłem też w terenie — wystarczy założyć opony z wyraźnym bieżnikiem i lepsze hamulce (fot. Magdalena Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Podstawowe dane techniczne maszyny, która nosi nieformalne imię Kobiałka (jak przystało na sarmatę-ułana-husarza moim rowerom nadaję imiona):

  • stalowa rama On-One Inbred 26er, w wersji singlespeed — czyli z otwartymi hakami, bez możliwości zamontowania zwykłej przerzutki, rozmiar 18″ (wymiary iście punkrockowe, czyli coś z czasów Neda Overenda i Tinker Juareza: długość rury głównej 602 mm, przekrok 747 mm, główka 105 mm, kąt rury podsiodłowej 73 st., kąt główki 70 st.);
  • sztywny stalowy widelec On-One (i życie stało się prostsze);
  • obręcze Mach1 2.30 disc + piasty Shimano XT M756 (i tak wierzę, że Shimano bierze udział w spisku producentów kluczy);
  • mechaniczny tarczowy hamulec Avid BB-7 (tylko na przednim kole; początkowo była para hydraulicznych Shimano SLX M666, ale okazały się największym rozczarowaniem, bo ten delikatny sprzęt nie wytrzymał trudów poruszania się po jakże brudnym Wrocławiu);
  • korba Shimano Acera M-361 (podkreślam, bo to największe zaskoczenie — kupowałem z myślą, że za sezon-dwa będę musiał wymienić, a tymczasem budżetowa korba japońskiego producenta kołowrotków trwa i trwa mać!);
  • zębatki: stalowa On-One z przodu, On-One Groove Armada z tyłu (obecnie przełożenie 32:14, ale nie polecam 14T na tylnym kole; było też 32:16 (daje radę w terenie) czy 36:16 (chyba optymalne w przypadku wielkomiejskiego singla);
  • reszta szpeju: kierownica On-One Mary (baaaaaaaaaardzo gustowna i wygodna), pedały Look Quartz (zimą zamieniane na platformy), opony typu slick Schwalbe Kojak 26×2,00 (zimą Schwalbe Smart Sam), naprawdę wygodne chwyty Ergon (wcześniej były ESI Grips, ale się wystrzępiły), etc. etc.

rower On-One Inbred singlespeed test

Zero przerzutek, jeden hamulec, oponki typu slick. Mimo solidnej stalowej ramy ten rower waży ok. 10 kg (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Pierwsze pytanie, które ciśnie się na usta: dlaczego akurat singiel? Przecież rower z przerzutkami jest wygodniejszy, może szybciej jechać, można wygodniej pedałować (mniej wysiłku dzięki dopasowaniu przełożenia do warunków, podłoża, etc.) — dobrowolnie rezygnując z przerzutki człowiek ogranicza się do jednego, stałego, sztywnego przełożenia!

Owszem, chociaż wszystko to prawda, nie da się zaprzeczyć, że mój On-One Inbred — któremu życie singlespeed ma szereg zalet, których nie posiada bicykl z przerzutkami:

  • relatywnie prosta konstrukcja — do dziś pamiętam, że to Gary Fisher powiedział „no chain, no pain”, ale jeśli remedium na bolączki wynikające ze stosowania łańcucha ma być karbonowy pasek, to ja wysiadam i idę piechotą. Bolączką są przerzutki, skosy łańcucha, etc. (stąd chyba moda na nowoczesne i drogie systemy bez przerzutki przedniej) — ale dlaczego nie pójść o krok dalej, kompletnie wyrzucić przerzutki i jeździć singlem?
  • relatywnie proste życie — możecie mi nie wierzyć, ale rower singlespeed jest odporny na zaniedbania serwisowe. Lubię rowery (bardzo), ale jeszcze bardziej lubię naszą psinę, byłoby mi przykro, gdybym na czyszczenie roweru poświęcał tyle czasu w miesiącu, ile zajmuje mi głaskanie i drapanie Kuaty w ciągu dnia. Zamontowawszy piekielnie mocne stalowe zębatki, sporadycznie zdzierając nadmiar brudu oraz oczywiście smarując łańcuch jak należy, załatwiam rzecz raz-dwa;

rower On-One Inbred singlespeed test

Sednem roweru typu singiel jest brak przerzutki — łańcuch pracuje na jednym, jedynym trybie. Dodatkowym bonusem prostej konstrukcji jest rewelacyjna odporność na brud i wywołane nim niedomagania! (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


  • relatywnie niska masa — mówią, że rowery ze stali są ciężkie i rdzewieją, ale ten On-One Inbred ciężki nie jest; ostatnim razem jak go ważyłem (miał jeszcze oba hamulce i chyba grubsze opony) ważył jakieś 10,5 kg, teraz powinno być mniej; rower waży mało, bo nie ma ani przerzutek, ani amortyzatora, gładkie opony są bardzo lekkie — a lekkość przekłada się także na szybkość jazdy i błyskawiczność reakcji;
  • relatywnie szybka jazda — wierzcie lub nie wierzcie, ale kompletnie bezstresowo osiągam prędkość przelotową w granicach 25 km/h, w sprincie… no właśnie: jazda na singlu oznacza, że przejście do sprintu zajmuje mi więcej, niż ułamek sekundy (ale też i nie rozpędzam się jak kolarze torowi), przy czym mej uwagi nie zaprzątają żadne manetki sterujące przerzutką; w dodatku singiel jest lepszy dla kolan, bo nic tak nie niszczy stawów jak zmaganie się z „ciężkimi” pedałami (kadencja, głupcze!);
  • i na marginesie: nie wiem kiedy nastąpi renesans kół 26″, ale jestem pewien, że kiedyś — czy to na fali pogoni za klimatami retro, czy po prostu producenci sprzętu odkryją nową żyłę złota w starej kopalni — będzie miało to miejsce. Rower na kołach 29″ jest lepszy w długich, wyczerpujących trasach — dwudziestka-szóstka jest zwrotna, zwarta, lżejsza (tańsza?) — może to kwestia wieku, ale wprowadzenie rozmiaru 27,5″ wydaje mi się tylko wyciągarką kasy.

rower On-One Inbred singlespeed test

Pojedyncza stalowa zębatka z przodu. Dzięki wysokim zębom nie ma potrzeby stosowania żadnych zabezpieczeń przed spadaniem łańcucha (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Niezależnie od tego, że w singlu przełożenie jest tylko jedno, warto poświęcić mu pół akapitu — wszakże o tym jest cały ten ambaras.
Jak już się rzekło obecnie w Inbredzie mam zainstalowane zębatki o rozmiarze 32T (z przodu) oraz 14T (z tyłu) — i może ja czegoś nie umiem zrobić, a może po prostu tak „mała” zębatka z tyłu w rowerze o górskiej geometrii nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Cóż z tego, że jest sporo zapasu prędkości, skoro mocniejsze nadepnięcie w pedały potrafi spowodować przeskoczenie łańcucha, który po prostu wisi na niewielkim odcinku tego zębatego okręgu. (Na szczęściem mam w jeszcze zanadrzu nieśmiganą trzydziestkę-czwórkę i szesnastkę, a matematyka nie kłamie — będzie łagodniej dla kolan i dla łańcucha, a spieszyć się aż tak bardzo nie mam dokąd ani po co.)

Stąd też lepsze — wygodniejsze, mniej męczące dla kolan, dla łańcucha — w górskim singlu terenowym okaże się tylna zębatka o większej ilości kłów, a jeśli komuś zależy na prędkości (to już raczej poza terenem) — warto dokładać z przodu.


rower On-One Inbred singlespeed test

Kierownica On-One Mary ma nie tylko fantazyjny kolor, ale też i kształt, który zapewnia wygodne i pewne prowadzenie roweru na ulicach miasta (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Natomiast nie mam wątpliwości, że góral singlespeed może być niezłym rozwiązaniem nie tylko do miasta, ale także w lekki teren; jasne, wymaga nieco innego sposobu pedałowania (mniej zrywów, więcej płynności), ale już przełożenie dwa-na-jeden (jak 32:16 — lepiej 34:17) na różne podmiejskie wertepy jest akuratne (a jak rower jest lekki, to można go nawet czasem ponosić; tak, wiem, że w czasach wszechogarniających elektryków brzmi to jak iście oldskólowa herezja, ale cóż — czasem trzeba jechać pod prąd modzie i trendom).
Oczywiście trzeba wówczas zainwestować w parę hamulców — bo jazda na slickach i pojedynczym, przednim hamulcu, to czasem istne rodeo!


rower On-One Inbred singlespeed test

3 lata temu to zdjęcie ilustrowało test opon Schwalbe Kojak — te rewelacyjne slicki nadal sprawują się wybornie (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Zatem dlaczego On-One Inbred, dlaczego rower na stalowej ramie? Z perspektywy czasu przyznaję, że to tylko fanaberia, a być może nawet chęć wylepszenia swego ego. Stal jest fajna, filigranowe rurki dodają uroku, może jest też nawet łagodniejsza dla czterech liter, relatywnie niedroga (chociaż byle aluminium będzie tańsze) — co jednak nie zmienia faktu, że ten Inbred świetnie jeździ — jest sprężysty, zwarty, błyskawicznie przyspiesza (to także zaleta sztywnego widelca).

Ale przecież żeby jeździć singlem po mieście nie trzeba kupować ramy z otwartymi hakami, bo przecież po prostej konwersji każdy stary góral będzie takim samym singlem (wystarczy dobra zębatka na tył, napinacz do łańcucha i pierścień dystansowy trzymający zębatkę we właściwym miejscu — przerzutki i manetki można sprzedać).

Autentycznie zachęcam — gdyby się okazało, że macie pod ręką rower, z którym właściwie nie wiadomo co zrobić, śmiało można pomyśleć o tchnięciu w niego drugiego życia, bo przeróbka na singlespeeda to prosty sposób na cieszenie się rzeczami prostymi i nieskomplikowanymi.

21 comments for “On-One Inbred — singlespeed, szybki jak strzała, jak błyskawica!!

  1. pachworked
    10 czerwca 2018 at 09:20

    (…) singlespeed może być niezłym rozwiązaniem nie tylko do miasta, ale także w lekki teren

    A nie bardziej na asfalt za miastem? :)
    Jako rower-ciekawostka, druga maszyna – w sumie widziałbym się na podobnej, złożonej własnoręcznie konstrukcji.
    Jako rower podstawowy – nie wyobrażam sobie tego w mieście, gdzie czasem trzeba gdzieś dojechać ale też nie upocić się jak świnia. Wtedy masz do wyboru kadencję 50-60 i toczenie się 13-15 km/h. Chociaż jazda z takimi prędkościami to też całkiem niezły trening cierpliwości ;) Jednak w praktyce wolę chyba kręcić te 60-70 rpm i wykorzystując m.in. lekkie pochyłości terenu, rozwijać bez zbędnego wysiłku te 20-25 km/h. Argument o prostocie trafia do mnie na gruncie filifozicznym, ale już w praktyce tego nie widzę.
    Ale ciekawy wpis, zawsze to coś do przemyślenia :)

    Btw, łańcuch na zdjęciu wygląda na koszmarnie wyciągnięty, nic dziwnego, że przeskakuje na zębatce ;) Mierzyłeś go, jest w normie?

    • Olgierd Rudak
      10 czerwca 2018 at 21:43

      Nie tylko na asfalt za miastem, jeździłem nim po regularnych wertepach, nawet pod pagórek się wtarabanisz. Przecież kilku producentów robi/ło takie rowery do kupienia w sklepie (Jamis, Kona, Niner, Gary Fisher). Owszem, tego nie da się pożenić z full-suspention, no i nie da się nabierać kupujących na „jaka to przerzutka?” (wiadomo, 95% klientów reaguje na napis na tylnej przerzutce, który prawie najmniej ważny — już na manetkę, która IMHO jest bardziej istotna, nie patrzy nikt).

      Kadencji nie liczę (nie mam licznika, a jak pedałuję, myślę o innych rzeczach), ale w mieście i na slikach 25 km/h lecę na luzie, bez potów, etc. W terenie, przy przełożeniu 32:16 i Smart Samach… już nie pamiętam, ale wydaje mi się, że 20 km/h wyciągałem na luzie.

      Łańcuch… a po co mierzyć łańcuch w takim rowerze? ;-) On nie jest przeciągnięty, po prostu nie mam jak już go naciągnąć — jedno ogniwko mniej i nie zapnę, a przy takiej długości koło prawie wylata z haków ;-)

  2. Ja
    10 czerwca 2018 at 22:28

    Wcale się nie dziwię – jeździłem „singlespeedem” przez sporo lat i doskonale dawał radę zarówno na asfalcie jak i na wertepach, piasku, błocie i większych górkach. Przede wszystkim przyspieszenie miał takie, że przerzutki, zwłaszcza pod górkę, nie miały najmniejszych szans – mogły dać tylko radę na prostej przy większych prędkościach. Do tego super luksus – zagraniczny, mechaniczny licznik prędkości, taki z linką. Ech, to były czasy…

  3. b52t
    11 czerwca 2018 at 07:47

    W takiej Szwajcarii czy Czechach single a już tym bardziej ostre nie dałyby rady – właściciele razem z oszczędzaniem na nowy osprzęt musieliby odkładać na nowe kolana. ;-)

    Poza tym, single w mieście takim jak Wrocław, Warszawa czy Kraków w zupełności dają radę. Za to ostre poza profesjonalnymi kurierami uważam za bezsensowną modę – nie dość, że człowiek i tak musi(!), jeżdżąc na rowerze, mieć oczy dookoła głowy i planować, to przy tym, że na ostrym trzeba to robić po trzykroć, sprawia, że jest to typ rowerów dla ludzi, którzy mają wyjątkowo nudne życie i muszą sobie podkręcać, względnie: bardzo nie lubiących samych siebie.

    • Olgierd Rudak
      11 czerwca 2018 at 08:03

      Bo ostre koło to coś takiego jak chodzenie w korkotrampkach do kina — można, ale po co?

      • AlbertStonoga
        12 czerwca 2018 at 18:39

        Wnioskuję, że mój rower nie ma prawa nazywać się „ostrym”, bo choć nie ma wolnobiegu, ma dwa hamulce, rogi, spdy i (o zgrozo!) błotniki.

        • Olgierd Rudak
          12 czerwca 2018 at 21:35

          Nie znam urzędowej definicji ‚fixed’, ale myślę, że brak wolnobiegu — czyli spięta na stałe zębatka z piastą — wystarczy.
          Mnie wystarczy, że masz hamulec (choćby jeden), bo myśląc o ostrych najczęściej mam w pamięci właśnie te hamowane łańcuchem.

          • Albert Stonoga
            13 czerwca 2018 at 12:28

            Mój On-One Macinato Singlespeed, w kolorze czerwonym – najszybszym, ma za zadanie sprawnie i szybko poruszać się po mieście. A bez dobrych hamulców na ulice Warszawy nie ma co się pchać.

            • b52t
              13 czerwca 2018 at 13:08

              Mię to się zdaje, że ostre, to takie bez hamulca innego niż nożna, no i koniecznie 20 cm szerokości kierownica.

            • Olgierd Rudak
              13 czerwca 2018 at 15:02

              Ech, Macinato były piękne.
              W tamtym czasie jeździłem Trekiem District 2nd, ale to nie było to samo (pomijając ramę, to bolączką był cholerny rozpinany tylny trójkąt).

  4. 11 czerwca 2018 at 08:35

    ja to jeszcze jako 5latek jezdziłem na singlespeedzie aż do komunii, gdy dostałem pierwszego górala z shimanowskimi przerzutkami (chyba :-p).

    Jesli masz płaski teren, to ok – sens posiadania takiego roweru rozumiem. ale gdy ma sie górki i pagórki, to szkoda mi kolan…

    • b52t
      11 czerwca 2018 at 09:20

      Takie ostre to miał każdy ;-)

      • Olgierd Rudak
        11 czerwca 2018 at 11:19

        I się zapytam, nie dało pod górki wjeżdżać? przez krzaki mknąć? (Pewnie, kółko mniejsze, to troszkę łatwiej — ale dało się i to jak!)

        • b52t
          11 czerwca 2018 at 11:43

          Jak się było (znacznie) młodszym, to mało rzeczy się nie dało. A jak się nie dało, to się schodziło i pchało. ;-)

          • Olgierd Rudak
            11 czerwca 2018 at 12:06

            Ja tam starałem się nie pchać, trza być twardym, nie miętkim.

            Inna sprawa, że jedyne w życiu zawody, w jakich wziąłem udział (nie licząc szkolnych) — nie dość, że wygrałem, to jeszcze na singlu (XIX Mały Wyścig Pokoju, ale fakt, że w klasie składaków ;-)

            To były dobre czasy :)

            Olgierd Rudak

            Olgierd Rudak

            • b52t
              11 czerwca 2018 at 12:11

              Pod górkę, w piasku – to chyba tylko torowiec mógłby próbować;-)

            • 12 czerwca 2018 at 12:35

              Respekt :))

              • Olgierd Rudak
                12 czerwca 2018 at 13:27

                No ba :)

                (dzięki)

  5. 11 czerwca 2018 at 12:28

    czy na pewno to jest dobre dla kolan? Przecież singiel, o ile pamiętam dobrze moje single z młodości, oznacza że jeżeli przełożenie jest dobre do jazdy po równym, to pod górkę trzeba strasznie siłowo jechać, co jest niedobre dla kolan.

    • Olgierd Rudak
      11 czerwca 2018 at 12:52

      Nie wiem jaką górkę masz na myśli i co pamiętasz z młodości.

      Przysłowiowy Wigry 3 miał (na oko) przełożenie 44:17 (takie miałem w moim poprzednim, miejsko-wyścigowym singlu). Czymś takim pojeździsz co najwyżej po żwirkowej alejce, bo nawet po trawniku jest ciężko.

      Ale na przełożeniu 32:16 jeździłem na wielokilometrowe terenowe wyrypy (las, łąki, pola) i dopóki nie musiałem przedzierać się przez błocko, rower jechał.
      Każde bardziej bezpośrednie przełożenie będzie dawało jeszcze więcej momentu.

      • Mike
        11 czerwca 2018 at 17:34

        Na Wigrach nie szło jechać po trawniku, w każdym razie szybciej i prościej było prowadzić.

        Swoją drogą, jako niecyklista, mogłem się z tego artykułu wiele nauczyć, przy pomocy wujka gugla – ach ta kadencja i przełożenia

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.