Film „Pierwszy człowiek” — małymi kroczkami, byle do przodu

Z cudów na kiju najlepsze są sprawy realne, nawet takie, które wyznawcy teorii spiskowych traktują jako rządowy spisek — albo takie, które były dawno i nieprawda. O tym, a dokładnie o długiej drodze gatunku człowieka na Księżyc traktuje najnowszy film Damiena Chazelle’a — „Pierwszy człowiek”.


film pierwszy czlowiek recenzja

„Pierwszy człowiek”, reż. Damien Chazelle, w rolach głównych Ryan Gosling, Claire Foy, Jason Clarke, Kyle Chandler, Patrick Fugit


W skrócie i nie paląc (ale co tu można spalić?): w wyścigu o podbój kosmosu Amerykanie zostali w na tyle w tyle za Sowietami, że jedyną szansą na odrobienie strat jest wielki skok — wprost na Księżyc. Do programu, który ma poprowadzić na naszego jedynego satelitę zbierają kilkunastu śmiałków (wśród nich jest Neil Armstrong, w tej roli świetny Ryan Gosling) — odwaga i brak rozwagi są o tyle konieczne, że na początku program Apollo posuwa się do przodu metodą prób i błędów (bliżej mu czasom wypraw na biegun, niż aktom prawnym w/s testów pojazdów autonomicznych).

Przesuwając sporo do przodu: w lipcu 1969 r. Neil Armstrong postąpił swój „mały krok człowieka, ale wielki krok ludzkości” na srebrnym globie (to w filmie też widzimy) — ale już w grudniu 1972 r. było po wyprawach na Księżyc, co mnie — biorąc pod uwagę stan ówczesnej techniki (myślę, że cała moc obliczeniowa Houston mogła być mniejsza, niż komputerek, który noszę w kieszeni wychodząc z psinką na spacer; dla przypomnienia: Armstrong stanął na Księżycu ledwie 16 lat po tym jak Edmund Hillary i Tenzing Norkay wdrapali się na Mt. Everest — przewijając tyle wstecz mamy aferę Rywina, epicentrum Małyszomanii i co tam kto jeszcze pamięta) i tak szalenie dziwi i szokuje…

Tyle niepotrzebnych dygresji, wszakże dziś liczy się tylko film, który jest naprawdę bardzo dobry (z ciekawostek: panią Armstrong gra Claire Foy, którą jeszcze wczoraj widziałem jako „Dziewczynę w sieci pająka”); może nie jest to kino wybitne — solidna biografia solidnego faceta — ale u mnie ma mocne 7,5/10: plus za realizm (przynajmniej tak jak ja go widzę — a widzę go bardzo klaustrofobicznie, jak na pokładzie „Das Boot”), za prawdziwe emocje (siedzące obok mnie panie niektóre sceny naprawdę bardzo ale to bardzo przeżywały) i brak dłużyzn, co zważywszy na długość utworu (141 minut) wcale nie musiało wyjść aż tak dobrze.
Zdecydowanie polecam, nie tylko tym, którzy za młodu marzyli o lotach w kosmos :-)

1 comment for “Film „Pierwszy człowiek” — małymi kroczkami, byle do przodu

  1. 30 października 2018 at 21:54

    no to idę, ale w listopadzie

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.