„Gentleman z rewolwerem” — czyli czy można mieć głęboką wewnętrzną potrzebę napadania na banki?

Czy kino potrzebuje filmów lekkich, łatwych i przyjemnych — a przy okazji przyjemnie się oglądających? Mnie się wydaje, że niewątpliwie tak, a w przekonaniu tym utwierdza mnie najnowsza premiera dzieła z Robertem Redfordem w roli głównej — czyli  „Gentleman z rewolwerem”.


Film Gentleman rewolwerem recenzja

„Gentleman z rewolwerem”, reż. David Lowery, w rolach głównych Robert Redford, Casey Affleck, Sissy Spacek, Danny Glover, Tom Waits


Schemat filmu jest dość prosty: przez banki idzie fala napadów, za którymi stoi tajemniczy starszy pan, gangster-dżentelmen (a może dżentelmen-gangster). Z czasem się okazuje, że czarującym (nawet w przekonaniu swych ofiar, a także policjanta, który postanawia go złapać) starszym panem Forrest Tucker (w roli głównej Robert Redford), który ma dwie zasadnicze cechy: bardzo silną motywację do dokonywania napadów (acz nie chodzi o pieniądze — raczej o styl życia) oraz dużą łatwość w uciekaniu z więzienia (w/g filmu udało mu się to uczynić 16 razy — siedemnastego nie było, bo zdecydował się odsiedzieć cały wyrok; Wikipedia podaje, że z więzienia uciekał „18 razy z sukcesem i 12 razy bez powodzenia”).
(Fanom Toma Waitsa podpowiem, że w pewnym czasie Forrest Tucker działa wraz z dwoma innymi starszymi panami — jednego z nich gra właśnie Waits — ale ta rola to naprawdę epizodzik.)

Ktoś powie, że to już grali — o trzech emerytach, którzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce był przecież film „W starym dobrym stylu” — i ja się muszę z tym zgodzić, bo rola Redforda niewątpliwym nawiązaniem zarówno do świetnego „The Sting” (czy tylko mi się nasunęło, że Tucker mógłby być po prostu znacznie starszym „Kelly” Hookerem?) oraz bardzo dobrego westernu „Butch Cassidy i Sundance Kid” (kto nie widział, niech żałuje).

Dla jasności: „Gentleman z rewolwerem” nie jest kinem wybitnym, nie porusza się tutaj wielkich tematów, nie mamy cudnych ujęć — mamy za to świetnie pokazaną radość życia (przewrotnie wszyscy trzymamy kciuki za gangstera) — co jednak nie oznacza, że nie warto go zobaczyć.
U mnie ma mocne 7/10: plus za klimat, bezpretensjonalność, Redforda, nawet za Waitsa; głębszych minusów nie stwierdzam.

8 comments for “„Gentleman z rewolwerem” — czyli czy można mieć głęboką wewnętrzną potrzebę napadania na banki?

  1. Guolec
    16 listopada 2018 at 19:01

    A Suspirię albo Winnych Redaktur oglądał?

    • Olgierd Rudak
      16 listopada 2018 at 20:45

      Horrory mnie nie interesują (chyba że są klasykami, czyli za 20-30 lat pogadamy — na razie kojarzę „Dziecko Rosemary”); „Winnych” jakoś przeoczyłem, a być może warto się zainteresować — obadam temat, może, może…

      • Guolec
        17 listopada 2018 at 23:02

        Jeśli Redaktur wybierze „Winnych”, to niech w recenzji napisze, czy gdyby historia Iben byla prowokacja kolegow lub prokuratury, to czy monolog glownego bohatera mógłby posluzyc jako dowod, gdyby został odtworzony w sądzie?

  2. b52t
    19 listopada 2018 at 07:44

    nawet za Waitsa? Que? Waits gra w filmach już od jakiegoś czasu, jasne jego gra nie jest tego rzędu co Redforda, ale zawsze ma ciekawe smaczki oparte dość często na jego scenicznym emploi.
    Film na pewno zobaczymy (aczkolwiek raczej już nie w kinie, bo brak czasu).
    A czy RedNacz wybiera się lub był na Bohemian Rhapsody? (Mam mieszane uczucia, ale film nadrabia tym czy powinien).

    • Olgierd Rudak
      19 listopada 2018 at 09:25

      Nie, na film o Queenach nie idę — z recenzji wynika, że jest dość rozczarowujący.

      Waits gra naprawdę epizod, to nie jest „Down by Law”.

      • b52t
        19 listopada 2018 at 10:18

        Jasne, załapałem, że to tylko drobny epizod (że się posłużę pleonazmem).

        Co do filmu o Queen, to recenzje są mieszane. Jest przyjmowany skrajnie, co dla mnie zawsze jest plusem – tym bardziej wolę wyrobić sobie swoje zdanie. Mając na uwadze, że to film o zespole, który słynął z koncertów, poszliśmy na niego, bo nie mamy odpowiedniego sprzętu stereo, żeby móc mieć te same wrażenia słuchowe – nie zawiedliśmy się.

        • Olgierd Rudak
          19 listopada 2018 at 10:21

          Pewnie musiałbym naprawdę lubić muzykę Queenów, żeby się wybrać — a glamour rock, czy jak to nazwać, nigdy nie był mą domeną :)

          • b52t
            19 listopada 2018 at 10:40

            Dla mnie Queen nigdy nie byli w jednej szufladce i za to ich uwielbiam. Na jednej płycie potrafili żonglować kilkoma stylami. Więc jeśli już coś, to powiedziałbym rock w całej skali. A, że nie jestem dziennikarzem muzycznym nie potrzebuję metek – muzyka albo jest (dla mnie) dobra, albo jest (dla mnie) zła.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.