„Mary Poppins powraca” — banał, który warto zobaczyć

Czasem mi się wydaje, że zrobić banalny film — w taki sposób, żeby się mógł podobać — jest naprawdę trudno, trudniej, niż zrobić dobry film o ważnych rzeczach. To zdanie świetnie udało się twórcom kinowego musicalu „Mary Poppins powraca”.


Mary Poppins powraca recenzja

„Mary Poppins powraca”, reż. Rob Marshall, w rolach głównych Emily Blunt, Lin-Manuel Miranda, Ben Whishaw, Emily Mortimer


Fabuła… Fabuła właściwie jest o niczym (toć to Disney), lecz przecież nie o fabułę — ani chyba nawet nie o Mary Poppins (nianię, która rodzinie Banksów wręcz spada z nieba, przy czym jak sam tytuł wskazuje jest to powrót po latach — przyznam, że postaci tej nie znałem, bo chyba nie jestem targetem) i jej specyficzne podejście do życia — chodzi.
Ani nawet o Emily Blunt, której rola (dość sztywniacka) wcale nie pozwala na rozwinięcie aktorskich skrzydeł (o niebo lepsza była w „Sicario”).

Natomiast patrząc na rzecz z perspektywy gatunku, mamy tutaj chyba wszystko, czego należy oczekiwać i wymagać: jest dowcip, jest poetycka umowność, jest morał — no i są fajne piosenki (może nie takie, które będą leciały w radiu na okrągło, ale naprawdę fajne) — a zwłaszcza świetna choreografia (bardzo podobały mi się sceny z latarnikami na rowerach).
(Momentami sobie wyobrażałem jak by to zrobił wrocławski Teatr Capitol — i wychodziło mi, że daliby radę na luzie.)

Aha, film jest zdecydowanie dla dzieci, więc nie mieszkajcie — wyjdźcie ze swoich mieszkań ze swoimi dziećmi, śmiało pójdźcie na „Mary Poppins powraca” do kin, bo warto (ja byłem z Małżonką, też się podobało ;-)

U mnie mocne 6,5/10 — byłoby więcej, gdybym był dzieckiem (ale dzieckiem będąc wolałem przecież inne bajki…)

9 comments for “„Mary Poppins powraca” — banał, który warto zobaczyć

  1. Gryncz
    23 grudnia 2018 at 12:03

    Podaje pomysły na artykuły świąteczne. Czy niespodziewany gość wigilijny narusza mir domowy? Czy można sprzedawać, kupować i strzelać fajerwerkami w okresie świątecznym? Czy u Pana w domu pies siedzi przy wigilijnym stole? Czy ma Pan żywa czy sztuczna choinkę? Czy popiera Pan alternatywne pokazy miejskie na Sylwestra (lasery, światła, brak pokazu)? Czy na wigilii w pracy obowiązuje zasada niedyskryminacji, gdy szef daje wartościowszy prezent swojej sekretarce niż księgowej? Czy Kuata jest na uspokajaczach od 31.12 do 1.01? Czy właściciel sklepu z fajerwerkami, który w okresie wolnym z rodziną odpala fajerwerki kupione w swoim sklepie odpowiada na zasadzie 435 kc? Jakie ma Pan postanowienia noworoczne i czy coś zmieni się na blogu (np. wprowadzenie sond, wywiady z prawnikami)?

    • Karmazynowy_Pajrat
      23 grudnia 2018 at 14:34

      O sku**esyn! To jeszcze może czy z KRO wynika obowiązek męża do tarcia chrzanu do ćwikły i zbierania grzybów na grzybową?

      • Olgierd Rudak
        23 grudnia 2018 at 20:51

        Ze zbieraniem grzybów lepiej uważać, bo może się pomylić i złe grzyby podnieść. Co do chrzanu może się nie wypowiem, ale z pewnością nie będzie bezprawna odmowa przyniesienia w reklamówce karpia i ubicia go domową metodą.

    • Olgierd Rudak
      23 grudnia 2018 at 20:47

      Nie może naruszać miru domowego ktoś, kto jest może niespodziewany (więc niezaproszony), ale został, zgodnie z chrześcijańskim obyczajem ugoszczony. Nie można fajerwerków kupować i sprzedawać, bo to głupie jest niepomiernie. Pies, psim zwyczajem, kręci się wokół stołu, poleguje pod stołem (a później zmęczona idzie spać). Choinka tylko żywa — od 3 bodajże lat ta sama (właśnie moczy się na balkonie). Na Sylwestra popieram wszystko, co jest ciche (to powinna być cicha noc), bo po prostu nie lubię hałasu. Jeśli chlebodawca finansuje prezenty z kasy firmowej to chyba ma większy problem, niż dyskryminacja. Kuata w tym roku raczej nie dostanie niczego na luz (rok temu dostała, przespała spokojnie godzinkę, obudziła się jakoś o 23.30 — ale na szczęście kanonady strasznie jej nie martwiły). Prywatna strzelanka właściciela fabryki patronów nie jest strzelanką przedsiębiorstwa posługującego się takimi materiałami. Postanowień nie mam żadnych, zmian nie przewiduję żadnych (tj. nie mam nic zaplanowanego, bo czasem coś się może zmienić).

      PS na szczęście tekst okołoświąteczny mam już napisany — będzie jutro z rańca ;-)

  2. b52t
    24 grudnia 2018 at 08:31

    Nie czytam, żeby sobie nie zepsuć.
    W naszym domu oryginalny (pierwszy) film o Mary Poppins, to świętość, dziecię tak się zakręciło, że raz chciała dwa razy z rzędu oglądać, książki czytane … koniec końców mam obawy czy nowa wersja, to nie będzie jechanie na sentymentach, ale obowiązkowo w przyszłym tygodniu idziemy do kina.
    (Oczywiście przedstawię swój pogląd).

  3. b52t
    31 grudnia 2018 at 09:36

    No i poszliśmy.
    Oceniam film jako film, bez kontekstu i genialnego filmowego poprzednika.
    Zgadzam się z oceną RedNacza, 6,5/10, może nawet 6,85/10, to sprawiedliwa ocena. Jest to rzeczywiście lepszy film rodzinny niż wiele, które można zobaczyć. Mary Poppins jest bliska tej książkowej, gdy idzie o zachowanie. Zgrabnie zrobiony, z dużą dozą fantazji i wyobraźni, a przy tym nie przesadzili z efektami specjalnymi, czy też raczej nie drażni nadmiar komputerozy. Jeden zarzut, to fakt, że przy tej ilości piosenek (moim zdaniem wciskanych na siłę, jakby chcieli zrobić swój własny ranking, listę TOP10), nie ma żadnej, którą pamięta się po wyjściu z kina. Niestety na tym polu położyli sprawę.

    A teraz szerzej, bo jak napisałem, że w naszym domu Mary Poppins w wersji książkowej i filmu sprzed 50 lat, to świętość, czyli, że odniosę się do pierwszego filmu i zestawią z MP R. I to porównanie wypada o wiele bladziej. Po pierwsze i najważniejsze: nie ma tej „magii”, oczywiście jest optymizm i to ratuje. Wspomniana muzyka/piosenki: w pierwszej części piosenek jest kilka, w kluczowych momentach, utwory są wspaniale napisane, zaaranżowane i pamięta się je długo i nuci czasem i bezwiednie. Tutaj piosenki są mdłe i, jak napisałem, wciskane na siłę. Chcieli zrobić z tego większy musical niż wynika to z jakiekolwiek potrzeby i fabuły. Nie jestem też przekonany, czy trzeba było walić z tą dramaturgią i szarzyzną życia, zupełnie jakby chcieli zrobić z tego film dla wszystkich członków rodziny, a nie przede wszystkim dla dzieci z przypomnieniem rodzicom co (też) jest ważne w życiu. Nawiązania do pierwowzoru, to też takie bezpieczne zagranie (nie chodzi mi tu stricte o fabułę, bo tak – jak wyjaśniła mi żona – jest dość powtarzalna we wszystkich książkach), jest miłe, ale też troszeczkę – IMHO – przesadzili. Niektóre sceny niemalże skopiowali, tylko uparli się, żeby było up-to-date (skaterzy, parkourowcy), ale spośród tych nawiązań niektóre były wielkie: powrót Dicka Van Dyka (na marginesie ten Pan jest z rocznika 1925 – KONDYCJA!), motywy muzyczne z pierwszej części (swoją drogą to tylko podkreśla niemoc twórczą na tym polu współczesnej wersji), pingwiny i całą scena rysunkowa i na samym końcu: obrazek na chodniku przy wejściu do parku. Mary Poppins Powraca to niewątpliwie bezpieczny film w tym sensie, że nie starając się robić nic nowego i ekstrawaganckiego, nawiązali zgrabnie do książek i do filmu, i na zacząłem: oceniając film bez nawiązania do wcześniejszego, jest on dobry.

    • Olgierd Rudak
      31 grudnia 2018 at 09:39

      Myślę, że owa „magia” to jest to, co się dzieje z czasem (twórczość musi się uleżeć, ucukrować).
      Wcześniejszego filmu nie znałem, osoby Van Dycka także, ale po filmie (jak zawsze) sprawdziłem kilka faktów i rzeczywiście :)

      (BTW trafiliśmy wreszcie na „Bohemian Rhapsody”, fakty też posprawdzałem ;-)

      • b52t
        31 grudnia 2018 at 10:12

        Jeśli idzie o „magię”, to nie miałem podstawy książkowej, ni też filmu wcześniej nie widziałem, oglądałem go pierwszy raz z córką – urzekł mnie za pierwszym razem. Ale może być i tak, że potrzeba czasu.
        (Rola Dick Van Dyka o tyle znamienita, że 50 lat temu do roli, którą zagrał teraz musiał mieć charakteryzację).

        A tak swoją drogą, to co też jest z jednej strony bezpieczne, a drugiej strony bardzo dobre – kadry, kolory, światło – jest blisko pierwszego filmu, to też mi się podobało.
        To co wypada słabiej ogólnie, to moim zdaniem laika, poziom aktorstwa. Oczywiście, Emily Blunt zagrała dobrze, wspaniale się odniosła do filmu i nie ścigała z Julie Andrews. Epizody Colina Firtha Meryl Strip są zacne, ale to poziom, który mówi sam za siebie. Mam takie smutne przeświadczenie, że dzisiaj filmy do za często szoł jednego aktora, który ma innych nie dorastających do pięt, a przynajmniej różnica poziomów jest za duża.

        Oglądając film wpadłem na myśl, że (idąc tropem tej fabuły i „logiki”) następna część będzie się działa w czasie IIWŚ.

        • b52t
          31 grudnia 2018 at 10:23

          Errata: zamiast: Emily Blunt zagrała dobrze, wspaniale się odniosła do filmu; powinno być: Emily Blunt zagrała dobrze, wspaniale się odniosła do książki.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.