O tym, że akcyjność w rozwiązywaniu problemów zwykle prowadzi na manowce zapomnienia

Starałem się nie pisać o zamachu na prezydenta Pawła Adamowicza, jego niewyobrażalnych przyczynach i wyobrażalnych konsekwencjach, podobnie jak o wcześniejszej tragedii w Koszalinie (z przykrością stwierdzam, że Polska na jedynkę Guardiana niestety trafia głównie w takich momentach). Jednak słysząc i czytając o tym, że organy wzięły się za piewców mowy nienawiści, a znawcy problematyki mają pochylić się nad jej przyczyną i skutecznymi sposobami reagowania (zaś jeden z większych parlamentarnych jątrzycieli posypał głowę popiołem i zapowiedział wstrzemięźliwość) — pragnąłbym, żeby w tym wszystkim było mniej akcyjności i doraźnego działania, a więcej rozwagi, myślenia i jakiegoś planowania.

Pierwszym skutkiem zabójstwa prezydenta Gdańska jest zintensyfikowanie działań penetrujących mniej lub bardziej chamskie i durnowate wpisy w internecie: tego zatrzymali pod zarzutem publicznego pochwalania popełnienia przestępstwa, tamtemu przypisali publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni, u któregoś tam przy okazji znaleźli parę kilogramów narkotyków.
Można przeto odnieść wrażenie, że całe to „wypruwanie” i „śmierć wrogom!” pojawiło się dopiero w niedzielę wieczorem — zaś wcześniej co najwyżej kłębiło się w jakimś darknecie. Ale przecież tak nie jest, bo wszyscy dobrze wiemy, że takie wypowiedzi funkcjonują i nieźle się mają od lat, a organy rzadko zadają sobie trudu by rozważyć kwalifikację tego rodzaju działań (choćby dochodząc do jakichkolwiek konkluzji co do istoty wolności słowa; być może wygrywa zwulgaryzowane pojęcie o „amerykańskości” podejścia do swobody wypowiedzi — zwulgaryzowane, bo wystarczy sprawdzić co orzecznictwo tamtejszych sądów mówi o możliwości poniesienia konsekwencji przez osobę, która „krzyczy ‚pożar’ w zatłoczonym teatrze”).
Drugim efektem zbrodni będzie zapewne uchwalenie kilku nowych przepisów: na pewno przy okazji po kościach dostanie prywatność internautów, zapewne jakieś obowiązki zostaną nałożone na wydawców serwisów internetowych (to wszystko zgodnie z zasadą, że źdźbło w oku bliźniego uwiera najbardziej), być może ktoś wpadnie na pomysł uregulowania tej przysłowiowej dopuszczalnej długości noża.

To jest właśnie ta polska (pewnie nie tylko nasza) predylekcja do akcyjności w rozwiązywaniu problemów: zdarzyło się zjawisko, zajmijmy się tym zjawiskiem — teraz, póki temat świeży, bo jest społeczne oczekiwanie, bo raptem się okazuje, że jest potrzeba, a być może nawet są narzędzia prawne, które może dotąd pomijaliśmy, nie dostrzegaliśmy ich (bo minister wolał ględzić o tym, że nasza chata z kraja, że przez nasze przedmurze żaden groźny imigrant się nie przedrze — a inny dostojnik promować byłego Wielkiego Czarownika na wiceministra w swoim resorcie cyfryzacji). (A jeśli narzędzi nie ma, przygotujmy je naprędce: polecam uwadze P.T. Czytelników nowelizację rozporządzenia w/s ochrony przeciwpożarowej dot. escape-roomów, w którym jak wół stoi, że podwyższone standardy dotyczą budynków, w których „prowadzona jest działalność gospodarcza o charakterze rozrywkowym, polegająca na organizowaniu gier lub zabaw, w trakcie których ich uczestnicy uwalniają się z zamkniętej przestrzeni lub w inny sposób ograniczona jest możliwość przemieszczania się tych uczestników, wskutek czego ograniczona jest możliwość ich ewakuacji” — więc jeśli jest knajpa w piwnicy, do której prowadzą wąskie schodki, to nie trzeba, a dlaczego nie trzeba? Bo przecież już rok temu Sąd Najwyższy trzeźwo skonstatował, iż „Nowele mają często charakter prowizoryczny i doraźny, a prawodawca wprowadza je bez dostatecznej refleksji i bez konsultacji, w wyniku fałszywych impulsów oraz bezkrytycznego przekonania, że jedynym remedium na nieprawidłowości występujące w stosowaniu prawa, często jednostkowe, ale uzyskujące rozgłos medialny, jest jego natychmiastowa zmiana”).

Istotą polityki jest spór, ta oczywista prawda nie ustąpi pod wpływem żadnych zaklęć — i to jest prawidłowe, bo przecież jeśli ja mam swoje zdanie, a Ty masz swoje, to albo się dogadamy, albo pozabijamy (do dziś pamiętam, że odstęp między frontbenches w brytyjskim parlamencie jest na tyle szeroki, żeby nie zetknęła się wyciągnięta z obu stron broń). Źle, że w ostatnich latach górę biorą politycy, dla których istotą ich aktywności i rozpoznawalności jest nie spór (i jego rozwiązywanie), lecz awantura, szczucie i wygadywanie głupot. Ja zaś z niemałym rozrzewnieniem wspominam „dawne” czasy i nazwiska — czasy, kiedy w parlamencie III RP zasiadali i nawet mieli coś do powiedzenia men of letters, a emocje tonowali Wiesław Chrzanowski, Bronisław Geremek, Olga Krzyżanowska, Zofia Kuratowska czy Józef Zych (z którymi wielokrotnie się nie zgadzałem i zapewne nadal bym się raczej nie zgadzał — ale nie miałbym wątpliwości, że nie tylko nie posuną się do prymitywnego szczucia, ale też nie będą ukrywać swego absmaku dla takich zjawisk. Tymczasem dziś dominują patopolitycy, z którymi nie tylko trudno się zgodzić, ale chyba nawet niełatwo byłoby podać im rękę…)

To se ne vrati? Na pewno, jeśli dalej będziemy dawać się podpuszczać: sekundować polityce nagonki prowadzącej do podziałów (bo przecież divide et impera), utożsamiać jawne wezwania do agresji z wolnością słowa — oraz popierać i wybierać osoby, które ewidentnie są zdania, że swoboda ekspresji oznacza bezkarność (a myślę tu raczej o karze zapomnienia i odtrącenia, niekoniecznie o kodeksie karnym!).
Jeśli do tego nie dojdzie, znów nie pozostanie nam nic innego jak akcyjność rozwiązywania problemów — oraz oczekiwanie na dalszy rozwój wypadków, i tak da capo al fine.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

26 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze