„Vice” — czyli dlaczego lepiej nie tańczyć z diabłem w świetle księżyca

Czy tańczyliście kiedyś z diabłem w świetle księżyca? Pytam nie bez kozery, bo ponoć Christian Bale (odtwórca głównej roli w świetnym filmie „Vice”) miał powiedzieć, że rola o tyle przyszła mu z łatwością, że przygotowując się do niej inspirował się szatanem.


Film Vice recenzja cheney

„Vice”, reż. Adam McKay, w rolach głównych: Christian Bale (jako Dick Cheney), Amy Adams (jako Lyne Cheney), Steve Carell (jako Donald Rumsfeld), Sam Rockwell (jako George W. Bush), Eddie Marsan (jako Paul Wolfowitz), Jesse Plemons (narrator, który okazał się dawcą serca dla Dicka Cheneya)


Zaczynając od początku: pełnienie urzędu wiceprezydenta U.S.A. oznacza, że jest się praktycznie pozbawionym formalnym wpływów — rola wiceprezydenta właściwie sprowadza się do przewodniczenia Senatowi (z możliwością oddania głosu wyłącznie w przypadku równowagi głosów) oraz oczekiwania na „ten dzień” (chyba najwięcej wiceprezydent mógł do czasu, póki był szefem opozycji w gabinecie — ale to skończyło się wraz z 12 poprawką do konstytucji). Co innego jednak — przynajmniej tak przekonuje nas film — jeśli urząd ten obejmie osoba bezwzględna, demonicznie przebiegła oraz opętana pewnego rodzaju obsesją; w przypadku Cheneya obsesją taką miała być koncepcja jednoosobowej władzy wykonawczej  (nie chodzi przy tym o fakt, że egzekutywa jest jednoosobowa, zaś gabinet prezydencki nie jest „radą” — prezydent może zarządzić głosowanie nad swoim pomysłem, w którym 100% głosów padnie na „nie”, a następnie podejmie decyzję na „tak” — raczej o teorię prawną, iż wszystko co uczyni prezydent jest legalne plus pomniejszenie zasady advice & consent).

Tu na scenę wkracza film Adama McKaya (tego od „Big Short” — wydaje mi się, że zobaczywszy „Vice” zaczynam rozumieć tamten film!), który w stylu Michaela Moore (ale dziesięć razy mniej łopatologicznie i z pięćdziesiąt razy większym stylem i wdziękiem) przedstawia kulisy władzy w Waszyngtonie — albo przynajmniej to jak on je widzi. W tej operacji naprawdę świetnie sprawdza się Christian Bale (który chyba pozazdrościł Churchillowi Gary’ego Oldmana) oraz cała reszta towarzyszących mu postaci z piekła rodem.
Tezy, jak przystało na film z tezą, są śmiałe (i nieweryfikowalne): począwszy od tego, że Cheney w pewnym sensie „wrobił” GWB we własną wiceprezydenturę (przypomina mi się nieczytana książka z pt. „kto stał za Hitlerem?”), poprzez quasi-pucz z 11 września 2001 r., który Cheney wykorzystał do wejścia w buty prezydenta oraz dowód na to, że to Cheney z Rumsfeldem przy okazji różnych przekrętów „wymyślili” ISIS. (O tym, że reżyser skorzystał z możliwości jakie daje mu licencia poetica przekonują znawcy tematu, przekonując, że Cheneyem kierował wewnętrzny popęd do władzy, a nie przedsiębiorcza żona.)

Poza tym film jest naprawdę świetnie zrobiony: wartko, dowcipnie, momentami surrealistycznie (postać narratora; pierwsze napisy końcowe pojawiają się w jego połowie — bo gdyby demon z Wyoming wybrał opcję na szczęśliwe życie biznesmena, film kończyłby się w okolicach 1993 r.; nie wiedząc o czym małżonkowie mogli rozmawiać w kluczowym momencie — wkłada im w usta Szekspira), praktycznie nie ma chwili przestoju czy dłużyzny, chociaż nie jest to przecież film akcji.

U mnie naprawdę mocne 8,5/10 — plus za temat i jego twórcze rozebranie, za quasi-dokumentalną i mocno publicystyczną konwencję; minusem jak zawsze jest brak dowodów (80% scen powinno być opatrzonych przypisem i odesłaniem do źródła — w przeciwnym razie jednak nie uwierzę, że Cheney był po prostu amerykańskim Berią) — jednak uważam, że film naprawdę może się podobać, chociaż obawiam się także, że niekoniecznie osobom, które są raczej ponad ten cały polit-cyrk (nawet jeśli jest już pokryty lekką patyną).

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

4 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze