Czy Google ponosi odpowiedzialność za link i wygenerowanego snippeta zawierającego dane osobowe?

Czy Google może ponosić odpowiedzialność za link do tekstu, w którym są dane osobowe? A jeśli imię i nazwisko opisywanej osoby pojawia się w wygenerowanym przez wyszukiwarkę snippecie? Czy odpowiedzialność Google za link do danych osobowych może wynikać z samego faktu funkcjonowania algorytmu wyszukującego? A na marginesie: czy stwierdzenie ewentualnego naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych przekłada się na ocenę bezprawnego naruszenia dóbr osobistych?


Odpowiedzialność Google link danych osobowych

Odpowiedzialność Google za link do danych osobowych i treść wygenerowanego przez wyszukiwarkę snippeta nie może wynikać z samego faktu funkcjonowania algorytmu wyszukującego


wyrok Sądu Najwyższego z 13 grudnia 2018 r. (I CSK 690/17)
Mechanizm działania wyszukiwarek internetowych jest znany powszechnie osobom korzystającym z nich jako z narzędzia dostępu do informacji w sieci. „Przeciętnego odbiorcy”, który poszukuje w sieci informacji na zadany temat i do którego adresowane są wyniki wyszukiwania dostarczane przez wyszukiwarkę internetową nie można zatem postrzegać jako osoby spędzającej ograniczony czas na wyszukiwaniu, pozostającej na efekcie „pierwszego wrażenia”, dokonującej niepogłębionych racjonalnie ocen, czy wyciągającej pochopne wnioski na podstawie niezweryfikowanych przesłanek. 

Sprawa dotyczyła odpowiedzialności Google za umożliwienie wyszukania — po wpisaniu imienia, nazwiska i miejsca zamieszkania — odnośnika do opublikowanego tekstu oraz urywku samego artykułu prasowego (snippeta) zawierającego imię i nazwisko osoby, której dotyczył artykuł prasowy.

Zdaniem mężczyzny (sprzedawcy luksusowych samochodów) doszło w ten sposób do naruszenia czci, dobrego imienia, dobrej renomy i wiarygodności zawodowej, zatem do sądu trafił pozew, w którym zażądał od Google Polska sp. z o.o. zaprzestanie prezentowania tych danych oraz 10 tys. złotych zadośćuczynienia (w toku procesu do sprawy przystąpił a spółka Google LLC, zaś powód rozszerzył żądanie do 300 tys. złotych).
(Pozostawione w tekście okruszki pozwalają ustalić, że chodzi o tekst „Bardzo biedny gangster” dostępny w internetowym archiwum „Polityki”, a poświęcony był on odważnej postawie mężczyzny, który odmówił przestępcom płacenia za „ochronę” kawiarni, zaś jego zeznania umożliwiły ściganie bandytów; w toku procesu administrator portalu Polityka.pl usunął sporny snippet.)

Sąd I instancji powództwo oddalił: wprawdzie sprawa nie dotyczy przetwarzania danych osobowych, lecz ochrony dóbr osobistych, ale istotnym punktem odniesienia jest wyrok TSUE w sprawie „prawa do zapomnienia” (wyrok z 13 maja 2014 r. w sprawie Google vs. Gonzalez, C-131/12). Powiązanie imienia i nazwiska osoby z informacją opublikowaną w internecie może prowadzić do naruszenia dóbr osobistych jednostki, jednak utworzenie przez Google algorytmu wyszukiwarki, która potrafi powiązać dane osobowe z opublikowanym artykułem i wyświetlenie urywku tekstu nie jest działaniem bezprawnym, bo treść linków i opisów stron leży wyłącznie po stronie twórców stron internetowych (zwłaszcza, że opis strony został zmieniony). Google nie ma zatem wpływu, iż dziennikarz opatrzył swój artykuł chwytliwym tekstem, a w tekście podał nazwisko powoda — zaś wyszukiwarka jest w stanie informacje te wyszukać. Jeśli nawet doszło do naruszenia dóbr osobistych, to od momentu usunięcia spornego wycinka sytuacja taka już nie ma miejsca.
Należy też mieć na uwadze, że powód był w tekście opisany wyłącznie jako ofiara przestępców (nie można omyłkowo wziąć go za jednego z bandytów), zatem nawet jeśli obecni klienci powoda poświęcą swój czas na wyszukiwanie informacji o sprzedawcy aut, nie będzie wątpliwości co do jego roli w tamtej sprawie.

Odmiennie rzecz ocenił sąd II instancji: wprawdzie to administrator portalu kształtuje treść prezentowanych urywków, w tym może zadecydować o jego niedostępności, ale jeśli link do artykułu jest wyświetlany jako wynik wyszukiwania dla nietypowej frazy (w tym przypadku imię i nazwisko oraz nazwa miejscowości powoda), Google ignoruje propozycję zaprogramowaną przez portal, zamiast tego tworzy własny, wybierając fragmenty tekstu najlepiej pasujące do zapytania (automatycznie, w oparciu o własny algorytm). Z tego względu wydawca serwisu internetowego może całkowicie usunąć snippet, ale nie może zaprogramować (w tym wyłączyć) pojawienia się określonych słów w przypadku każdego możliwego zapytania.

Źródłem naruszenia dóbr osobistych nie jest w takim przypadku określona treść linku (tym bardziej imię i nazwisko lub nazwa miejscowości, w której mieszka mężczyzna), ale połączenie między frazą a linkiem — sposób funkcjonowania tego mechanizmu leży wyłącznie po stronie twórcy algorytmu wyszukującego. Usunięcie urywku nie doprowadziło do usunięcia stanu naruszającego dobra osobiste powoda, ponieważ nadal wprowadzenie feralnej frazy do wyszukiwarki skutkuje wyświetleniem tekstu, który może jednoznacznie kojarzyć powoda z działalnością przestępczą — chodzi o „efekt pierwszego wrażenia”, który wynika z faktu, że ludzie nie poświęcają wiele uwagi analizie wyników wyszukiwania, lecz polegają na prostych skojarzeniach.
Odpowiedzialność Google za bezprawne naruszenie dóbr osobistych wynika z tego, że wyłącznie w jego gestii leży sposób funkcjonowania algorytmu wyszukiwania i prezentacji danych w wyszukiwarce, zarazem każdemu przysługuje prawo do zapomnienia, zatem strona pozwana powinna była albo usunąć link do tekstu (art. 32 ust. 2 d. uoodo), albo przekazać żądanie do GIODO w celu wydania decyzji.
Skoro Google zbagatelizowało zgłoszony sprzeciw, to uzasadnione jest przypisanie mu winy za wyrządzoną krzywdę, co uzasadnia przyznanie zadośćuczynienia w wysokości 10 tys. złotych, a także nakazanie zaprzestania prezentacji linku do tekstu w odpowiedzi na zapytanie obejmujące frazę składającą się z imienia i nazwiska powoda oraz nazwy miejscowości.

W skardze kasacyjnej Google LLC powołało się m.in. na to, że przetwarzanie danych osobowych powoda nie naruszało przesłanki usprawiedliwionego celu (art. 23 ust. 1 pkt 5 d.uoodo), zatem pomimo wniesienia sprzeciwu administrator mógł je nadal przetwarzać — co w konsekwencji uniemożliwia ocenę, iż doszło do naruszenia dóbr osobistych mężczyzny.

Rozpatrując odwołanie wniesione przez stronę pozwaną Sąd Najwyższy przypomniał, iż dane osobowe nie są tożsame z dobrami osobistymi, chociaż w pewnym stopniu składają się na tożsamość i prywatność jednostki, które podlegają ochronie na podstawie art. 23 kc. Nie zmienia to faktu, iż w przypadku dochodzenia roszczeń wynikających z naruszenia dóbr osobistych poprzez korzystanie z danych osobowych nie wystarczy wskazać naruszenia przepisów o danych osobowych — należy także wykazać przesłanki określone w art. 23 kc, art. 24 kc, a także art. 448 kc, jeśli żądanie obejmuje zapłatę zadośćuczynienia.

Jednakże powód nie dochodził roszczeń w oparciu o przepisy obowiązującej w tamtym czasie ustawy o ochronie danych osobowych z 1997 r., nie czynił zarzutu, iż Google operuje jego danymi osobowymi, nie żądał ich usunięcia i zaprzestania przetwarzania. Powód skupiał się wyłącznie na tym, że sposób funkcjonowania algorytmu prowadzi do powiązania jego imienia i nazwiska z linkiem do artykułu, co stawia go w złym świetle, godząc w jego cześć.
Sąd, związany żądaniem pozwu (art. 321 kpc), nie powinien był wyjść poza rozważania dotyczące naruszenia czci, dobrego imienia, renomy, wiarygodności zawodowej i sfery prywatności (to ostatnie przywołane zostało w piśmie procesowym podsumowującym postępowanie, ale bez bliższego uzasadnienia). Mimo tego sądy obu instancji w swoich rozważaniach opierały się właśnie na przepisach o ochronie danych osobowych — w orzeczeniach mówi się o „prawie do zapomnienia”, o tym czy przetwarzanie danych osobowych przez wyszukiwarki internetowe stanowi prawnie usprawiedliwiony cel administratora danych osobowych.

Rzecz jednak w tym, że niezależnie od tego, iż istotnie działalność wyszukiwarki Google może stwarzać zagrożenie dla prywatności, to trzeba pamiętać, że powód nie formułował takich zarzutów (wyjąwszy użycie słowa „prywatność” w piśmie procesowym). Należy też mieć na uwadze, że powiązanie danych osobowych z informacją dotyczącą konkretnej osoby może co najwyżej tworzyć warunki do spostrzeżenia dokonanego naruszenia dóbr osobistych — jego źródłem nie jest jednak funkcjonowanie wyszukiwarki, lecz działanie osoby, która wprowadziła do sieci naruszające dobra osobiste sformułowania.
Nie jest zatem dopuszczalne jednoznaczne stwierdzenie, iż funkcjonowanie algorytmu wyszukującego informacje w internecie jest działaniem bezprawnym — usługi wyszukiwania danych bezprawne nie są, natomiast ryzyko może wynikać z udostępnienia użytkownikom treści godzących w dobra osobiste; jeśli Google miałoby o tym wiedzę i nie zareagowało w sposób prawidłowy, można rozważać przypisanie odpowiedzialności, która nie wynika jednak z tego, że stworzono taki algorytm, lecz za pasywną postawę wobec ewentualnego naruszenia (brak zapobieżenia naruszenia dóbr osobistych jest jedną z przesłanek odpowiedzialności z art. 24 kc). Owo zaniechanie można oceniać przez pryzmat odniesienia się do wykonania obowiązków wynikających z art. 32 ust. 1 pkt 7 d.uoodo (nb. Sąd Najwyższy notorycznie pisze „art. 31 ust. 1 pkt 7”) i art. 32 ust. 2 d.uoodo.

Tymczasem w toku sprawy powód nie twierdził, iżby opublikowany w „Polityce” artykuł naruszał jego dobra osobiste (powód jest jego pozytywnym bohaterem, ofiarą przestępców), roszczenia nie dotyczą także zarchiwizowania materiału w internecie, co pozwoliło na ich zagregowanie przez wyszukiwarki i obecne udostępnianie internautom. Zasadą jest, iż przy ocenie czy doszło do naruszenia dóbr osobistych bierze się pod uwagę nie tyle subiektywną ocenę zainteresowanej osoby, lecz kryteria obiektywne (jak zachowanie mogło być odebrane przez opinię publiczną).

W konsekwencji SN przyjął, iż odpowiedzialność Google za link do danych osobowych nie może wynikać w opracowaniu algorytmu, który pozwalał na powiązanie jego osoby z opublikowanymi informacjami oraz ze snippetem utworzonym przez wyszukiwarkę na podstawie informacji rozpowszechnionych w artykule. Rzecz nie dotyczyła bowiem bieżącej informacji, z którą często internauci zapoznają się „bezwiednie i bezrefleksyjnie”, lecz o materiał archiwalny, którego wyszukanie wymaga procesu podejmowanego świadomie i w określonym celu. Internauci znają mechanizmy funkcjonowania wyszukiwarek, wiedzą, że wyniki wyszukiwania mogą być dość przypadkowe, a zestawienie informacji w różnym stopniu związane z interesującym ich hasłem — taki „przeciętny odbiorca” nie bazuje na niepogłębionych wrażeniach, lecz otwiera, czyta i analizuje opublikowane informacje — zatem już z pierwszych słów artykułu dowie się, że powód nie jest przestępcą, lecz ofiarą przestępców i osobą, która zdecydowała się wystąpić przeciwko przestępcom.
Z tego względu Sąd Najwyższy uwzględnił skargę kasacyjną i uchylił zaskarżony wyrok, zatem sprawa wraca do ponownego rozpoznania przez sąd II instancji.

4 comments for “Czy Google ponosi odpowiedzialność za link i wygenerowanego snippeta zawierającego dane osobowe?

  1. superwajzor
    7 lutego 2019 at 12:19

    Pamiętam prezentacje i prace szkolne robione na podstawie pierwszego wyniku Google. Widzę rozpowszechnienie teorii pseudonaukowych. Znam ludzi zadowalających się czytaniem leadu lub samego tytułu artykułu. SN chyba za bardzo wierzy w „przeciętnego odbiorcę”. Rozumienie mechanizmu działania wyszukiwarek? Dobre sobie.

  2. Anonim
    7 lutego 2019 at 20:22

    Ciekawe ile pieniędzy go kosztował łącznie ten pozew?

    • Sebek
      8 lutego 2019 at 02:58

      To by trzeba było pytać Autora, który notabene ostatnio napisał, ze w sprawach do 1000 zł nie opłaca się procesować, bo sąd wyjdzie drożej niz ten dług warty. Szczerze nie rozumiem tego, bo przecież jak się wygra, to i tak płaci strona przegrana, więc nie powinien istnieć „próg opłacalności wnoszenia spraw do sądu”.

      • Olgierd Rudak
        8 lutego 2019 at 09:15

        Jak ktoś umie, to można.
        Jak nie umie i potrzebuje pomocy, to może się okazać, że pomoc droższa niż sprawa.

        To tak jak z butami: potrafisz zreperować, to rób, ale może wyjść na to, że szewc relatywnie droższy od nowych butów (aka Hanwag, który za wymianę podeszwy bierze bodajże 100 euro — a nowe buty kosztują 200-300 euro).

        PS jakie powód poniósł koszty, nie wiem, ale możemy coś tam sobie z grubsza wyobrazić:
        – zażądał 300 tys. złotych, prawomocnie wygrał 10 tys. (czyli 3,333%),
        – taki też jest rozkład kosztów procesu (zapewne liczone od 14,4 tys. złotych),
        – ale skargę kasacyjną przegrał (płaci),
        – i wiele wskazuje na to, że finalne rozstrzygnięcie będzie na niekorzyść (płaci),
        – plus wynagrodzenie pełnomocnika (za sprawę, za skargę kasacyjną).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.