Antony Beevor, „Ardeny 1944. Ostatnia szansa Hitlera” — historia alternatywna

Już chyba kiedyś o tym mówiłem: uwielbiam opowieści rzeczywiste i odnoszące się do faktów (stąd do dziś nie mogę wyjść z podziwu nad opisami np. pomieszczeń lub budynków w kryminałach — przecież tego nie było, nikt tego nie widział i właściwie to jest bez znaczenia czy bohater wszedł do pubu ciemnego i zacienionego, czy skąpanego w krwistym świetle!) — ale czytając niektóre pozycje traktujące o przeszłości nie potrafię uciec od dywagacji nad historiami alternatywnymi. Oto po przeczytaniu książki „Ardeny 1944. Ostatnia szansa Hitlera”, której autorem jest Antony Beevor, można sobie zadać sakramentalne pytanie: co by było, gdyby?…


Antony Beevor Ardeny 1944 Ostatnia szansa Hitlera recenzja

Antony Beevor, „Ardeny 1944. Ostatnia szansa Hitlera”, wyd. Znak Horyzont, tłum. Andrzej Goździkowski, na papierze 512 stron


Zaczynając od początku: o co chodzi w tych Ardenach, dlaczego znów na tutejszych łamach piszę o jakiś górach, no i czemu mowa jest o ostatniej szansie Adolfa Hitlera? Otóż wychodzi na to, że w grudniu 1944 r. Führerowi wpadł do głowy jeszcze jeden wunder-pomysł — skoro Rzesza ściskana jest przez kleszcze armii alianckich z obu stron (brutalniej od wschodu, ale przecież Anglia i Ameryka nie mogą się na dłużej dogadywać z Sowietami), trzeba doprowadzić do oczywistej sytuacji: rzucić wszystkie siły na front zachodni, pobić wojska dowodzone przez Eisenhowera, skłonić ich do zawarcia pokoju — po zabezpieczeniu tyłów skupić się na obronie przed zagrożeniem ze wschodu (być może w koalicji z niedawnymi wrogami). Zafascynowany postacią króla Fryderyka Wielkiego rozpamiętywał cud domu brandenburskiego, który uratował tyłek Prusakom — wykonanie trzeciego już w historii manewru zbrojnego przez te góry miało skończyć się kolejnym odwróceniem przymierzy i uratowaniem zdobycznego status quo. (Przeciwna logika zakładała coś zupełnie odwrotnego: skoro śmiertelne niebezpieczeństwo grozi z rąk żołnierzy Stalina, należy poddać możliwie dużo ziemi aliantom, być może nadal licząc na ów konflikt, wprost do rozwiązań politycznych nawoływał m.in. Göring, wyprawie sprzeciwiał się m.in. Guderian — ale przecież Hitler uważał, że naród poddający się po przegranej nie jest wart egzystencji…).

A skąd to, dlaczego i w jaki sposób udało się Niemcom przez ładnych kilkanaście dni potrzymać aliantów w niepewności? Szereg podpowiedzi i ciekawostek znajdujemy właśnie w książce Antony Beevora, a mianowicie:

  • po czerwcu 1944 r. w szeregach prących od zachodu zapanowała nieomalże euforia, stanąwszy jesienią na granicy Niemiec przewidywano, że wojna skończy się jeszcze do końca roku (w samym wrześniu front przesunął się o ok. 340 km — ile więcej zostało do Berlina, byle udało się szybko sforsować Ren?). Od tego momentu zaczęły pojawiać się niesnaski w samej koalicji, a to głównie za sprawą chorobliwie ambitnego brytyjskiego marszałka Bernarda Lawa Montgomery’ego, któremu marzyła się gloria zwycięzcy, a choćby przejęcie zwierzchnictwa nad wszystkimi siłami lądowymi aliantów. Szereg niestandardowych posunięć Monty’ego, wymuszona konieczność zważania na jego dąse i pretensje — łatwość w skłócaniu się z dowództwem amerykańskim — znacząco utrudniła współpracę wojsk;
  • tymczasem armia amerykańska stanowiła wysoce zmechanizowaną, a więc wymagającą olbrzymich ilości zaopatrzenia, siłę (paliwo do czołgów i pojazdów, amunicja, żywność, etc.). Całość materiałów przewożono z portów, z kluczową Antwerpią na czele — w ocenie Hitlera oznaczało to, że wystarczy odbić to miasto, aby uniemożliwić przerzut niezbędnych ilości wyposażenia, przetrącając kręgosłup anglosaskiej machinie wojennej; (w samej Belgii był dodatkowy problem: belgijska partyzantka miała nastawienie zdecydowanie prokomunistyczne, co skłoniło Eisenhowera do wydania rozkazu jej rozbrojenia już jesienią 1944 r.);
  • podczas ofensywy w Ardenach na szeroką skalę wykorzystano podstęp, a nawet działania sprzeczne z konwencją haską IV — starannie wyselekcjonowani (dobrze znający język angielski) ludzie Skorzennego mieli przeniknąć na tyły, siać panikę (m.in. rozpuszczono plotkę, że wysłano tajne komando celem porwania Ike’a — „Eisenhower Aktion”), przestawiać drogowskazy — część tych ludzi przebrano w amerykańskie mundury (ale też, co ciekawe, ćwiczono ich w amerykańskim stylu bycia: salutowanie, wydawanie rozkazów po angielsku, uczono ich idiomów, a nawet posługiwania się „widelcem po odłożeniu na stół noża” (czy komuś nie przypomina to tej dość karkołomnej sceny z filmu „Inglorious Bastards”?);
  • Ardeny wskazywane są jako jedna z największych porażek alianckiego wywiadu (i jeden z przyczynków do teorii, że cała działalność wywiadowcza polega na łucie szczęścia — odkryć plany wroga to jedno, ale je odpowiednio ocenić i zareagować, to drugie). Część analityków przestrzegała przed planowaną ofensywą, niektórzy nawet mówili o grudniu — ale nikt nie powiedział, że Niemcy znów uderzą w górach (zaobserwowano nawet przenoszenie niektórych dywizji z frontu wschodniego, ale zinterpretowano tych obserwacji w sposób należyty);
  • (tymczasem kiedy hitlerowcy grzali już silniki czołgowe, Eisenhower i Bradley opijali piątą gwiazdkę głównodowodzącego — szampanem, przy brydżu, ostrygach i jajecznicy (generał Bradley był uczulony na ostrygi);
  • pierwsze chwile bitwy o wybrzuszenie (Battle of the Bulge) okazały się dla jankesów olbrzymim szokiem i porażką (m.in. największą kapitulacją w Europie — tylko za jednym zamachem do niewoli poddało się 6 tys. G.I.’s);
  • inni mieli mniej szczęścia: zapewne według standardów z frontu wschodniego liczba amerykańskich jeńców zamordowanych na skrzyżowaniu opodal Malmedy jest znikoma, ale zdarzenie to przełożyło się na generalną niechęć do brania do niewoli poddających się Niemców (zaś jeńców w mundurach SS nie było prawie wcale…); sprawcy masakry w Malmedy z Kampfgruppe Peipera (w tym sam Joachim Peiper), stanęli za swoje zbrodnie przed sądem — dowódca ostatecznej sprawiedliwości doczekał się 30 lat później…);
  • Ardeny to także ostatni podryw Luftwaffe (noworoczna operacja „Bodenplatte”) — do ataku na lotnictwo alianckie rzucono przeszło 1000 samolotów; taktyczny sukces (Niemcom udało się zniszczyć więcej samolotów, niż sami stracili) okazał się być strategiczną porażką (alianci raz-dwa straty uzupełnili — a Luftwaffe już nigdy się po takich stratach nie podniosło);
  • na szczęście ofensywa rzecz jasna była skazana na porażkę (o czym łatwo wyrokować po czasie), i tak też się stało: dopóki działał efekt zaskoczenia, a zła pogoda trzymała na ziemi amerykańskie samoloty, Niemcom udawało się realizować szereg celów — ale przyszedł wyż, rozwiał chmury, alianci się spięli…

Wracając do samej książki: dzieło Beevora to pokaźne tomiszcze (na szczęście trzymając w dłoni czytnik tego nie czuć), bardzo szczegółowe (momentami ilość detali może przytłaczać — a nawet przytłacza), świetnie udokumentowane. Autor nie boi się walić prawdy prosto z mostu (obrywa się głównie Montgomery’emu, ale nie bez winy jest przecież też Bradley).
Polecam, ale na pewno nie każdemu, bo czyta się niełatwo (momentami sam się wyłączałem), a i tematyka raczej niszowa.

8
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
mmm777
Gość
mmm777

Skibiński jest krótszy i chyba łatwiejszy w lekturze ;) “Sztab 1 armii amerykańskiej będzie dwukrotnie zmieniał stanowisko dowodzenia, po raz pierwszy w tej wojnie ku tyłowi, dalej od nieprzyjaciela, a 18 grudnia francuski generał, który przybył do SHAEF (Naczelnego Dowództwa Sprzymierzonych) w Wersalu, powiedział ze zdumieniem do generała Stronga „Jak to – nie pakujecie się”? Nawet bojowy fanfaron – generał Patton (zwany popularnie „krew i flaki”), którego zewnętrzna postawa i sposób postępowania w żadnym razie nie pozwalały na podejrzewanie takich myśli i uczuć, zapisał pod datą 4 stycznia 1945 roku: „…możemy jeszcze przegrać tę wojnę”. Natomiast premier Churchill zwrócił się… Czytaj więcej »

Judykator
Gość
Judykator

Zdobycie Antwerpii nic by nie zmieniło, tylko odrobinkę przedłużyło by wojnę. Lepiej było użyć tych sił na wschodzie a od zachodu nie walczyć. Tylko Hitler musiałby już nie żyć, lepiej staufenberg by działał to byłoby może inaczej.