Kateřina Tučková, „Boginie z Žítkovej” — chodź, opowiem ci bajeczkę…

Czy czechosłowacka StB rzeczywiście rozpracowywała żyjące w Białych Karpatach wiejskie babki-uzdrowicielki, węsząc knucie przeciwko socjalistycznemu porządkowi rzeczy, nielegalne dochody i oszustwo na szkodę naiwnych obywateli? Czy owo zainteresowanie służb specjalnych po części wynikało z półjawnej współpracy niektórych bogiń z hitlerowskimi badaczami szukającymi śladów pre-germańskiego osadnictwa w Protektoracie Czech i Moraw? Czy Himmler faktycznie chciał użyć pamięci o milionach spalonych rzekomych czarownic — a tak naprawdę kobiet kultywujących pogańskie tradycje — w walce przeciwko wpływom papiestwa? Czy może całe szaleństwo Reichsführera-SS miało na celu lepsze poznanie technik torturowania ludzi?
Czytając rewelacyjną książkę „Boginie z Žítkovej” („Žítkovské bohyně”) autorstwa Kateřiny Tučkovej nie sposób przejść nad takimi pytaniami do porządku dziennego.


Kateřina Tučková Boginie Žítkovej recenzja

Kateřina Tučková, „Boginie z Žítkovej”, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, na papierze 448 stron


W skrócie i nie paląc: na kartach tego pasjonującego reportażu śledzimy sposób, w jaki Dora Idesová — wywodząca się z Žítkovej, na pograniczu Moraw i Słowacji, enografka pracująca na Uniwersytecie Masaryka w Brnie, którą zbiera materiały do doktoratu poświęconego boginiom — kobietom znającym się na tradycyjnej (naturalnej) medycynie, zielarstwie i tym wszystkim o czym nie wolno pisać na pieczątkach. Idesová, dodać warto, sama pochodzi z rodziny dotkniętej tą umiejętnością: bogowała jej matka, a także Surmena, czyli ciotka, która wzięła ją pod opiekę po tragicznej śmierci rodzicielki.
Bohyně od zawsze miały przerąbane: w średniowieczu i nieco później płonęły na stosach za czary (w najlepszym przypadku dawały głowę pod topór), postęp społeczny w ich przypadku wiązał się z pewną zmianą jakościową — już nie o czary, lecz o nielegalne prowadzenie praktyki medycznej były oskarżane. Po tym jak fałszywie oskarżona o spędzenie ciąży Surmena zostaje podstępnie zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, Dora trafia do dość nieprzyjemnego sierocińca (tu jej los nieszczególnie odbiega od Lisbeth Salander); odbiwszy się od dna swą pracę magisterską (jeszcze w komunistycznej ČSSR) poświęca boginiom, zaś pragnąć poznać prawdę o przeszłości swej rodziny — zapuszcza się m.in. w poznańskie archiwalia SS Hexen-Sonderkommando (autorka przytacza m.in. obszerne fragmenty frapującej korespondencji prowadzonej przez dwóch niemieckich badaczy, z których wynika, że dla dobra swojej pracy potrafili przymknąć oko na wybryki współpracujących z nimi bogiń).

Ciekawe? Moim zdaniem frapujące; a najlepsze jest to, że… ten zapis reporterskich poszukiwań jest powieścią! Tučkova niczym Tarantino — miesza w czarodziejskim kotle fakty z fantazją, dosypuje szczyptę materiałów źródłowych (opis podróży i antyszambrowania w Poznaniu, nie mówiąc o dołączonych dokumentach, wycinkach z gazet, etc., etc.) — finalnie dostajemy produkt, który…
To zabawne, bo chociaż nie przepadam za książkami-bajkami (Pratchetta przeczytałem jednego i znudził mnie strasznie, a „Autostopem przez galaktykę” nie dokończyłem), to „Boginie z Žítkovej” — chyba na tej samej zasadzie jak „Pewnego razu… w Hollywood” czy „Inglorious Bastards” — spodobały mi się bardzo-bardzo.
Jak dla mnie bomba, i to chyba nie tylko dlatego, że w książce czuć ten czeski ton (który, nie ukrywam, zachęcił mnie do lektury).

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze