Czy lekarz medycyny komplementarnej nie ma wyższego wykształcenia — chociaż ma tytuł dr hab. nadany przez rosyjską uczelnię?

A teraz coś z całkiem innej beczki: czy lekarz medycyny komplementarnej, który nie ukończył żadnej wyższej szkoły — ale ma stosowne dyplomy wydane przez uczelnie rosyjskie — może przedstawiać się jako „doktor habilitowany psychologii stosowanej”? I czy media, opisując stosowane przezeń metody diagnozy i terapii, mają prawo twierdzić, iż nie dysponuje żadnymi tytułami? (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 18 kwietnia 2019 r., I ACa 168/18).


Lekarz medycyny komplementarnej

Lekarz medycyny komplementarnej — którego metody diagnostyki i terapii można krytykować — ma prawo używać tytułów nadanych przez rosyjską uczelnię


Orzeczenie jest w pewnym sensie kontynuacją odwiecznego sporu o to czy można wykonywać zawód „lekarza medycyny komplementarnej” (por. „Prokuratura przeprosiła Józefa Rawicz Popławskiego” oraz osiągalny tych w archiwum internetów tekst „Historia pewnej wizytówki”).

[Pozwana telewizja] przeprasza Pana [powoda] za zawarte w programie (…) wyemitowanym w dniu 28 kwietnia 2006 r. informacje podważające posiadanie przez Pana [powoda] wyższego wykształcenia wraz z przysługiwaniem mu tytułu dr hab. (…).

Zaczęło się od wyemitowanego w TVN w 2006 r. reportażu, w którym powiedziano, że chociaż jego bohater nie jest wpisany do żadnego rejestru lekarzy, przyjmuje w swoim gabinecie tysiące chorych ludzi, a mimo tego, że prokuratura oskarżyła go o złamanie ustawy o zawodzie lekarza, bezprawne diagnozowanie i leczenie pacjentów oraz czerpanie z tego korzyści majątkowych — „nadal leczy”. Częścią reportażu były wywiady z zadowolonymi pacjentami oraz z samym zainteresowanym, który powiedział, że jest „lekarzem medycyny naturalnej”, w 2001 r. uzyskał tytuł doktora, w 2003 r. habilitację w zakresie psychologii stosowanej; w ramach repliki zostało powiedziane, że jego dyplomy nie są w Polsce uznawane, a prokurator twierdzi, że lekarzowi brak wyższego wykształcenia, co jednak nie przeszkadza mu wystawiać „recept” na leki homeopatyczne, które opatruje pieczątkami z takimi oznaczeniami. Pokazano także przebieg prowokacji dziennikarskiej: po tym jak powód przez telefon powiedział, że od roku nie przyjmuje już pacjentów, poszedł doń reporter z ukrytą kamerą i pewnymi dolegliwościami, aby otrzymać diagnozę (problemy w części lędźwiowej i piersiowej kręgosłupa) i „zabieg za pomocą igieł i prądu”. W reportażu wypowiadał się także psychiatra (biegły sądowy, który badał mężczyznę), który określił go jako człowieka gwałtownego, „który nie przebierając w środkach doprowadza do realizacji swojego celu i dlatego można się go obawiać” — cały materiał był okraszony muzyką mającą „wywołać nastrój niepokoju”.
Dwa dni później telewizja wyemitowała następną audycję poświęconą powodowi, w której padały z jego ust m.in. niecenzuralne wypowiedzi dotyczące pacjentek (wszystko nagrane ukrytą kamerą); natomiast była żona powiedziała, że poznała się z mężem w szpitalu psychiatrycznym (wówczas „podawał się za inżyniera”), a każdy z tytułów wiązał się z 7-dniowym wyjazdem, dyplomem uzyskanym korespondencyjnie oraz wpłatą w wysokości 5-7 tys. dolarów (siostra mężczyzny nazwała jego działalność „pseudoleczeniem”), za medycynę wziął się po tym jak przestał zajmować się rzemiosłem, zaś popularność jego usług wynika z faktu, że przyjmuje w pobliżu szpitala, w budynku, gdzie jest wiele gabinetów lekarskich, a jego szyld ma największy napis „prof. dr”.

Dla dopełnienia formalności: dziennikarz, który brał udział w badaniu-prowokacji, podpisał oświadczenie, że „przyjął do wiadomości, że terapia wykonywana przez powoda nie jest leczeniem w rozumieniu medycyny akademickiej”, lecz opracowaną przez mężczyznę „terapią holistyczną” — natomiast powód wyraził zgodę na wykorzystanie jego wizerunku, głosu i wypowiedzi w reportażach nadawanych przez TVN.
Po jakimś czasie mężczyzna został uniewinniony od zarzutu posługiwania się wizytówką z tytułem doktora psychologii i licencjonowanego lekarza medycyny naturalnej (art. 61 par. 1 kw); prawomocnie uniewinniony od zarzutu udzielania świadczeń zdrowotnych bez uprawnień, ale w celu osiągnięcia korzyści majątkowej; prawomocnie uznano, iż wypowiedzi rzecznika prokuratury — te, które cytowano w reportażu — naruszały jego dobra osobiste (wyrok SA w Krakowie z 7 listopada 2014 r., I ACa 1064/14).

Do sądu trafił pozew, w którym powód zażądał 10-krotnej emisji przeprosin na antenie, na stronie internetowej telewizji, 100 tys. złotych zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych w postaci czci, godności, dobrego imienia, wizerunku, informacji o stanie zdrowia i życiu prywatnym, a także symbolicznej złotówki tytułem odszkodowania za szkodę wyrządzoną wskutek naruszenia tych dóbr.
Zdaniem TVN roszczenia były bezzasadne, bo opisywanie wykształcenia i tytułów, którymi posługuje się powód nie narusza jego dóbr osobistych, zaś dziennikarze dochowali należytej staranności i rzetelności, a emisja reportażu miała na celu ochronę interesu społecznego. Wyroki, na które powołuje się powód, zostały wydane po emisji materiału w telewizji, zaś roszczenia majątkowe uległy już przedawnieniu.

Sąd I instancji oddalił całość żądań: stwierdzenie, że powód nie posiada ani wyższego wykształcenia medycznego i psychologicznego, ani tytułów naukowych, jest prawdziwe, zaś „leczenie alternatywnymi metodami innymi niż medycyna akademicka” nie pozwala mu na używanie tytułu lekarza (w rozumieniu ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty). Przedstawione dyplomy wystawione przez rosyjskie uczelnie budzą wątpliwości co do ich zgodności z rzeczywistością, zaś powód nie przedstawił dowodu, że polskie władze dyplomy te uznały. Wypowiedzi odnoszące się do stosowanych metod leczenia miały charakter ocenno-informacyjny; jednak aby ocenić skuteczność terapii niezbędne byłoby powołanie biegłego (podziękowania od różnych osób nie są wystarczające), uprawnione były natomiast przywołane w reportażu oceny innych lekarzy o zarejestrowanych „zabiegach”.
Oznacza to, że wyemitowane w telewizji materiały rzeczywiście naruszały dobra osobiste powoda — ale naruszenie to nie miało charakteru bezprawnego, ponieważ dziennikarz, który dochował należytej staranności, zwolniony jest z odpowiedzialności za przedstawienie nieprawdziwej informacji — jego odpowiedzialność ogranicza się do rzetelności w wyborze źródeł informacji, weryfikacji i sprawdzenia tych źródeł. Reporter, kontaktując się z osobami zainteresowanymi, rzecznikiem prasowym policji i prokuratury, pacjentami — a także dokonując potajemnego nagrania w gabinecie — zachował należytą staranność dziennikarską (art. 12 ust. 1 pr.pras.). Prasa nie musi samodzielnie weryfikować informacji pozyskanych od rzeczników prasowych organów, ponieważ stałoby to w sprzeczności z zasadą zaufania do władzy publicznej, zaś w przypadku nieprawdziwości tych informacji ani wydawca, ani dziennikarz, odpowiedzialności ponosić nie mogą. Oceny tej nie zmienia późniejsze uniewinnienie powoda od wszelkich zarzutów karnych, ani też uzyskanie od prokuratury przeprosin — bo brak penalizacji działań nie oznacza, że nie może ono być oceniane jako społecznie szkodliwe, zaś tytułowanie się lekarzem (nawet ze sprecyzowaniem, iż „medycyny naturalnej” czy „komplementarnej”) przez kogoś, kto nie ma za sobą studiów medycznych może wprowadzić w błąd klientów oraz wyrządzić im szkody zdrowotne.

Co do zasady potajemne nagranie „badania” z ukrytej kamery naruszyło prywatność i wizerunek powoda, ale w realiach sprawy naruszenie to było dopuszczalne, albowiem bezprawność wyłącza doniosłość tematyki, a zwłaszcza potrzeba ochrony takich wartości jak życie i zdrowie „leczonych” osób. Natomiast podanie informacji o tym, że powód leczył się psychiatrycznie oraz o jego relacjach z byłymi żonami naruszyło prawo do prywatności — ale tu znów trzeba mieć na uwadze, że materiał odnosił się do osoby, która twierdziła, że prowadzi działalność leczniczą, także w zakresie psychologii, zatem odniesienie się do relacji rodzinnych i zdrowia psychicznego mają wpływ na postrzeganie powoda przez klientów, a zatem są ściśle związane z prowadzoną działalnością. Tak rozumiany wizerunek miał związek z działalnością publiczną (zawodową) powoda, zatem jego rozpowszechnienie było zgodne z art. 81 ust. 2 pkt 1 pr.aut.

Roszczenia majątkowe (zadośćuczynienie dochodzone na podstawie art. 448 kc) zostały natomiast oddalone ze względu na ich przedawnienie: emisja reportażu miała miejsce w 2006 r., pozew wpłynął do sądu w 2015 r., zaś roszczenia deliktowe ulegają przedawnieniu po upływie 3 lat; bezzasadne były argumenty, iż nadawca dopuścił się przestępstwa zniesławienia (co wydłużałoby okres przedawnienia do 10 lat) — raz, że dozwolona krytyka nie jest przestępstwem, dwa, że powód nie przywołał żadnych dowodów na okoliczność popełnienia przestępstwa, ani tym bardziej nie wskazał kto miałby się jego dopuścić (tu należy zwrócić uwagę, że stroną pozwaną była spółka, która czynu z art. 212 kk co do zasady popełnić nie może).

Nieco odmiennie sprawę oceniono w apelacji: nie ma wątpliwości, iż w świetle konwencji o uznawaniu studiów, dyplomów wyższego wykształcenia i stopni naukowych w państwach regionu Europy z 1979 r. (Dz.U. z 1983 r. nr 7 poz. 38) oraz (już nieobowiązujących) konwencji o wzajemnym uznawaniu równoważności dokumentów ukończenia szkół średnich, szkół średnich zawodowych i szkół wyższych, a także dokumentów o o nadawaniu stopni i tytułów naukowych z 1974 r. i Porozumienie miedzy rządem PRL i rządem ZSRR o równoważności dokumentów o wykształceniu, stopniach i tytułach naukowych wydanych w PRL i ZSRR z 1974 r. uzyskane przez powoda w Rosji stopnie i tytuły zostały uznane przez polskie władze, zaś wypowiedzenie tych umów międzynarodowych nie odbiera mu praw nabytych wcześniej — toteż powód miał prawo przedstawiać się jako doktor habilitowany.

Odmawiając prawa do posługiwania się tytułem doktora habilitowanego dziennikarz posłużył się nieprawdziwym zarzutem, przeto — chociaż bezprawność takiego działania wyłącza zachowanie należytej staranności (powołanie się na pogląd prokuratury, która przecież z swoje elukubracje przeprosiła) — podanie przez prasę nieprawdy wiąże się z obowiązkiem odwołania fałszywego zarzutu. Taka czynność swoistego „autosprostowania” (nie będącego sprostowaniem w rozumieniu art. 31a pr.pras.) ma zapewnić osobie poszkodowanej satysfakcję.

Z tego względu sąd finalnie nakazał pozwanej telewizji wyemitowanie oświadczenia odczytanego przez lektora — przeprosin za podanie informacji podważających posiadanie przez powoda wyższego wykształcenia i tytułu doktora habilitowanego psychologii stosowanej (w pozostałym zakresie wyrok pozostawiono bez zmian).

Q.E.D.

6
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
1 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
sjs
Gość
sjs

To jest ładne: „aby ocenić skuteczność terapii niezbędne byłoby powołanie biegłego (podziękowania od różnych osób nie są wystarczające)”.

Robert
Gość
Robert

Cały problem polega na tym, że nie jest wpisany do żadnego rejestru lekarzy. Gdyby był to mógłby: stawiać błędne diagnozy, prowadzić podwójną dokumentację, wprowadzać w błąd pacjentów co do działania leków, wyciągać od nich pieniądze na wieloletnie pseudoleczenie, podważać historię choroby, wydawać fałszywe opinie sądowe itp. Bo takie były i są nadal standardy leczenia w SU w Krakowie, z którego to został przegoniony przez prokuraturę w 2005 r.

Art
Gość
Art

Doktor habilitowany, który przepisuje pacjentom leki homeopatyczne. To jedno zdanie mówi wszystko o tym człowieku i jego nic niewartych tytułach.

sjs
Gość
sjs

Kilka lat temu Śląski Uniwersytet Medyczny uruchomił studia podyplomowe z homeopatii. Na szczęście szybko je zlikwidował.

Ha Ha Ha
Gość
Ha Ha Ha

Czy to ten sam profesor, który przy pomocy skonstruowanej przez siebie lampy do koloroterapii „czakrotera” próbował leczyć ponad 200 schorzeń wobec których medycyna akademicka jest bezsilna?