Książki bez recenzji i niedoczytane (2019)

Zgodnie z niepisaną tradycją czas na pierwsze na tutejszych łamach podsumowanie upływającego roku — czyli lista książek, które przeczytałem, ale nie pokusiłem się o recenzję (takich jest aż 38), jak też tych, które zmordowały mnie na tyle, że porzuciłem je w trakcie lektury (życie jest za krótkie na szajs, zatem tych trafiło się aż 7).


Książki bez recenzji niedoczytane 2019

Janine di Giovanni: „Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii” — bardzo polecam


Książki, które przeczytałem, ale nie zrecenzowałem

  • Maciej Brencz: „Farerskie kadry” — to właściwie blog przepisany w formę książki — i doskonały dowód, że nie wystarczy prowadzić świetnego bloga, żeby napisać dobrą książkę. A szkoda, bo Wyspy Owcze rzeczywiście mogą być przedmiotem ciekawej opowieści;
  • John le Carré: „Ludzie Smileya”, „Szpiegowskie dzieciństwo” — pierwsza z książek niezła (zwłaszcza jak się pamięta film „Tinker Tailor Soldier Spy”), druga nieco jakby zagubiona w reminiscencjach (ale fragmenty o przedzieraniu się przez granicę DDR i Czechosłowacji, gdzieś w okolicach Szwajcarii, mogą być;
  • Lee Child: „Nieprzyjaciel” — jak na kryminał, postać Jacka Reachera odświeżająco ciekawa i pozytywna, a pomysł z osadzeniem opowieści w relacjach wojskowych naprawdę zaskakujący; nic więcej nie pamiętam ;-)
  • Arthur Conan Doyle: „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” — po „Irlandczyku” założyłem konto na Netfliksie, tam zobaczyłem bardzo dobrego „Sherlocka”, więc… znów (!) sięgnąłem do zbioru wszystkich opowiadań o przygodach ekscentrycznego detektywa-konsultanta i jego przyjaciela. Czyta się rewelacyjne, chociaż rzecz już nieco trąci myszką — a może właśnie dlatego?
  • Rafał Dębski: „Labirynt von Brauna” — takie troszkę Radio Erewań (nie w przedwojennym Breslau, lecz w mocno powojennej Oleśnicy, nie Eberhard Mock, lecz Michał Wroński) — wszyscy szukają schowanych przez SS skarbów Wehrnera von Brauna, dzielny policjant jest na tropie, acz nie do końca wie na tropie czego, trup ściele się gęsto… Hmm gdyby wziął się za to Tarantino, mógłby być niezły scenariusz ;-)
  • Åke Edwardson: „Dom na końcu świata” — dość nijakie, tyle dobrego, że się szybko czyta (dobre na odmóżdżenie);
  • Ian Fleming: „Casino Royale” — literacki Bond jeździ Bentleyem 4½ Litre a po pracy nocuje w agroturystyce; Fleminga czyta się (w oryginale) średnio, po prostu czuć upływ czasu, z którym popkulturowy Bond radzi sobie znacznie lepiej;
  • Jaroslav Hašek: „O Podhalu, Galicji i… Piłsudskim. Szkice nieznane” — tytuł lepszy, niż cała książka (będąca właściwie wyborem spośród iluś tam felietonów i opowiastek autora „Švejka”), przy czym Piłsudski wrzucony jest tam naprawdę bardzo na siłę. Momentami zabawne, momentami ździebko usypiające, pewnie lepiej by się czytało w formie jaką sobie autor kiedyś tam wymyślił (czyli ad hoc pisanych krótkich form gazetowych — niestety to nie pierwszy przypadek, kiedy zbiór traci właśnie przez natłok podobnych rzeczy);
  • Arnaldur Indriðason: „Ciemna rzeka”, „Zimny wiatr” — dość nijakie, tyle dobrego, że się szybko czyta (dobre na odmóżdżenie);
  • Janine di Giovanni: „Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii” — trudno wyrażać słowa zachwytu o książce, która tak sugestywnie — niejednostronnie, acz biorąc stronę cierpiących cywilów — opisuje koszmar syryjskiej wojny domowej… Reportaż bardzo trudny do przeczytania, ale naprawdę bardzo tego wart;
  • Alexander Gütsche: „Wieczór gorzkiej mgły” — pomysł dobry (jakieś retro-futuro-polo, okolice stanu wojennego połączonego z okupacją, akcja kryminalna, ale to wszystko w  realiach nalotu nolaków na Polskę), wykonanie mogłoby być lepsze (dobre, bo krótkie, ale nawet w tej krótkiej formie autor wcisnął niezrozumiałe opisy batalistyczne…);
  • Natalia Kołaczek: „I cóż, że o Szwecji” — przeczytane, bo w pewnym momencie wydawało się, że na wakacje pojedziemy właśnie do Szwecji (!). Książka sama w sobie nienajgorsza, przede wszystkim pozbawiona tego blogoidalnego nalotu, któremu nie oparły się „Farerskie kadry”;
  • Krzysztof Kotowski & Karol K. Soyka: „Cel za horyzontem” — bodajże po „Nieprzyjacielu” zachciało mi się czegoś rzeczywistego o armii, więc wróciłem do „Celu” po trzech latach. Czyta się naprawdę nieźle, chociaż dla mnie najciekawsze oczywiście wątki przygodowo-surwiwalowe, nie te zbrojno-walczące;
  • David Lagerkrantz: „Co nas nie zabije” — coś fatalnego! pisanie książki jak scenopisu do filmu sensacyjnego (oglądanie tej samej sceny oczami trzech różnych osób, zaraz po sobie) wydaje mi się tanim zabiegiem na szybką i prostą realizację zamówienia wydawcy; ach, dopiero później wziąłem się za „Millennium” i widzę, że ten scenopis to właściwie naśladownictwo stylu Larssona;
  • Stieg Larsson: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem”, „Zamek z piasku, który runął” — za bestsellerową trylogię „Millennium” wziąłem się lata świetlne po jej popularności i… żałuję, że tak późno. Mniejsza z warstwą kryminalną (która jest taka sobie) — natomiast spostrzeżenia polityczne, prawne i społeczne Larssona (wpływ nazistowskich inklinacji Szwedów w „Mężczyznach” oraz kwestie służb specjalnych w „Zamku”) to klasa sama w sobie!
  • Piotr Milewski: „Islandia” — miała być powieść drogi, a wyszło „pamiętniczku drogi”. Kolejny dowód potwierdzający tezę, że nawet jeśli ktoś ma jakąś wiedzę, niekoniecznie ma wiedzę jak się nią podzielić z czytelnikami (no dobra, dowiedziałem się, że jechać na Islandię — moje marzenie od lat — nie warto, bo wyspa jest zalana tumanami turystów);
  • Zygmunt Miłoszewski: „Jak zawsze” — przedziwna rzecz, pomysł świetny (Polska lat 60-tych w kręgu wpływów francuskich, a to po tym jak de Gaulle postawił się Sowietom po sfałszowanych wyborach i utrzymał Mikołajczyka przy władzy — wiele niezłych smaczków), wykonanie troszkę jak „Hiszpanka”, chociaż subiektywnie u mnie żadna książka nie ma szans jeśli nie skupia się na faktach (nawet tych zmyślonych);
  • Remigiusz Mróz: „Hasztag” — spośród około 333 książek, które napisał Remigiusz Mróz akurat „Hasztag” wybija się na duży plus, przede wszystkim ciekawą kompozycją oraz rzeczywistym suspensem; udziwnień nie brak, ale te udziwnienia są jakieś takie… sensowne (co nie zmienia faktu, że końcówkę przeczytałem dwa razy, a i tak chyba nie wszystko rozumiem). Być może mógłby być z tego niezgorszy film, coś między „Memento” Nolana i „Grą” Finchera?
  • Håkan Nesser: „Człowiek bez psa”, „Drugie życie pana Roosa” (nudne), „Jaskółka, kot, róża, śmierć” (dno), „Powrót”, „Rzeźniczka z Małej Birmy” (relatywnie niezłe) — no żebym się nie domyślił, że jeśli „bez psa”, to musi być kiepskie :( generalnie mistrz rozwlekłego pisania i akcji, której właściwie nie ma. Nb. podziwiam twórców takiej literatury, bo u mnie każdy kryminał zawierałby się na 3-4 stronach: kto zabił, dlaczego, jakie dowody na to wskazują, etc. Zawsze są dla mnie szokiem literackie didaskalia („ujął czerwoną filiżankę i strzepnął niewidzialny pyłek z mankietu swej świeżo odprasowanej koszuli”); cóż, to chyba zboczenie zawodowe;
  • Thierry Oberlé & Dżinan: „Niewolnica ISIS” — jedna z dwóch naprawdę wstrząsających współczesnych opowieści (patrz „Tamtego ranka…”) — autobiografia jazydzkiej dziewczyny zniewolonej przez bandziorów z tzw. Państwa Islamskiego. Dżinan udało się przetrwać i uciec, opisać swój los, ilu innym się to nie udało, chyba nikt nie wie;
  • Vinent V. Severski: „Zamęt” — ciekawe, bo pisząc ten felieton kilkanaście tygodni po przeczytaniu książki… nic z niej nie pamiętałem… ;-) chociaż tematyka szpiegowska sama w sobie przecież jest naprawdę ciekawa;
  • Paweł Smoleński: „Królowe Mogadiszu” — reportaż o współczesnej Somalii, czego w nim nie ma: obowiązkowe cytaty z Kapuścińskiego, opis scen z filmu „Black Hawk Down”… gorzej, że momentami czytelnik może mieć wrażenie, że nie ma też reportera. Autor jeździ opancerzoną Toyotą, siedzi w klimatyzowanym hotelu, opisuje historię marksistowskiej Somalii Siada Barre i watażki Aidida. Da się przeczytać, ale żeby z pasją, to nie powiem;
  • Filip Springer: „Wanna z kolumnadą” — powrót po latach, wciągnięte na jednym oddechu, po prostu rewelacja — ale i dowód na to, że Springer po świetnym początku (do którego zaliczam też „Miedziankę”) poszedł w nieco niejasne i przemiędlone rejony…
  • Szczepan Twardoch: „Morfina” — patrz „Jak zawsze” Miłoszewskiego, z tym, że pomysł chyba nawet lepszy, bo mniej sci-fi — ale wykonanie nawet gorsze. Na starość coraz mniej przepadam za wulgaryzmami, którymi niestety tekst jest nafaszerowany jak piernik rodzynkami (też nie przepadam);
  • Miloš Urban: „Lord Mord” — kolejną książkę z serii „patrzcie jaki jestem elokwentny, umiem wymyślić jak ludzie w Pradze końca XIX wieku się dziwili wielocypedom i ogumieniu Dunlopa” przebrnąłem tylko ze względu na pochodzenie. Miał być ni to kryminał, ni to horror (?), a w sumie gorsze niż „Morfina” (też jest dawno temu, też są narkotyki, też jest jakaś erotyka… nudy);
  • Malcolm XD: „Emigracja” — cudem przetrwałem te „śmieszne” elukubracje, chyba mnie ogarnia starość (właściwie chętnie zamieniłbym ją z „Cmentarzem w Pradze” — Malcolma XD uratowała niewątpliwa potoczystość pisaniny, dzięki czemu przemknąłem przez rzecz dość gładko;
  • Janusz A. Zajdel: „Cała prawda o planecie Ksi”, „Limes inferior”, „Paradyzja”, „Wyjście z cienia” — jeśli ktoś nie ma zdrowia czytać Pipesa lub Nadieżdy Mandelsztam, niechaj czyta Zajdla. Syntetyczne studium rozwoju egalitarystycznego totalitaryzmu, powołanego oczywiście dla dobra ogółu — można sobie pomyśleć czy w takich utopijnych społeczeństwach naprawdę założenia są słuszne, lecz co najwyżej przydarzają się wypaczenia…

Książki, którymi się tak zmęczyłem, że aż się poddałem

  • Douglas Adams: „Autostopem przez galaktykę” — widziałem kiedyś film, wydawał mi się śmieszny, przeczytałem (spróbowałem przeczytać) książkę, nie wydawała mi się śmieszna (ale to może dlatego, że Pratchett też mnie nie rozśmiesza);
  • Arne Dahl: „Ciuciubabka” — tytuł adekwatny do tematyki (przynajmniej o tyle, o ile ją poznałem), natomiast takiego nagromadzenia grafomańskich przemówień, objaśnień, etc., dawno chyba nie widziałem;
  • Umberto Eco: „Cmentarz w Pradze” — momentami tak bardzo nudne i niezrozumiałe (elementy „fabularne”), że sytuacji nie były w stanie uratować odniesienia historyczne (jednoczenie się Italii, Garibaldi, cesarstwo Ludwika Napoleona III). Próbowałem, walczyłem, niestety się poddałem;
  • Konrad T. Lewandowski: „Magnetyzer” — patrz „Lord Mord”, z tą różnicą, że mamy międzywojenną Warszawę, a w niej policjanta prowadzącego dysputy w „Ziemiańskiej” z Wieniawą i Słonimskim, opowieść bezładnie poprzetykana reminiscencjami z okolic Xsięstwa Warszawskiego… poddałem się po 1/4 objętości (szkoda oczu);
  • Remigiusz Mróz: „Zerwa” — nie da się w Polsce czytać książek i nie czytać Mroza; „Zerwy” przeczytać się nie udało, bo poziom nagromadzenia absurdów jest po prostu niebotyczny (z cyklu: znaleźli w Tatrach, na wierzchołku Rysów, zwłoki człowieka — w połowie leżą po stronie polskiej, w połowie po słowackiej, więc który organ śledczy jest właściwy do prowadzenia sprawy? a może prościej będzie po prostu przeciągnąć zwłoki na swoją stronę?);
  • Wacław Radziwinowicz, „Crème de la Kreml. 172 opowieści o Rosji” — ciekawe i interesujące, ale za długie i nużące? paradoks? nie, odkąd nie jest paradoksem, że relacja emocjonującego meczu sprzed 40 lat jest tylko odgrzewaniem kotleta. Radziwinowicz pisze dobre depesze, ma należytą ostrość widzenia i nie oszczędza rosyjskiego bezhołowia — przez ileś tam lat dowodził tego na łamach „Wyborczej” — natomiast problem polega na tym, że sczytany na raz korespondent wydaje się drążyć w kółko ten sam problem: 9 maja, „Nocne Wilki”, Putiniada, etc., etc., za każdym razem opisując wydarzenia, ale ślizgając się ledwie po wierzchu głębszej obserwacji. Dlatego przeczytawszy 3/4 książki można mieć wrażenie, że zaczyna się ją po raz trzeci… Cóż, wychodzi na to, że jednak niezły felieton (takie u Radziwinowicza też są, np. opowieść o moskiewskim metrze) po latach zawsze będzie lepszy od najlepszej już-nie-aktualnej korespondencji bieżącej;
  • Katarzyna Tubylewicz: „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” — i znów publicystycznie o Szwecji, tym razem z mocno lewicowym zacięciem (mocno, czyli takim, które przypomina mi stare porzekadło, że jeśli wyobrazić sobie politykę jako półokrąg, to trzeba pamiętać, że skrajna lewica jest bardzo blisko skrajnej prawicy). Dobry dowód na to, że obecnie lewica wraca do korzeni, czyli wychodzi z oparów róbta co chceta (ładnie nazwanych permisywizmem), by chętnie podążyć w kierunku integracji i asymilacji na siłę (możesz u nas być, ale musisz się z nami zgadzać). Osobiście rozumiem pewne obawy związane z liberalnym podejściem do różnych plemiennych obyczajów, ale też jajakoliberał nie rozumiem parcia do asymilacji na siłę (bo uważam, że siłą Ameryki był właśnie brak wymuszania asymilacji — w przeciwieństwie np. do takiej Kanady). Dla jasności: książki nie tyle nie dokończyłem, ile niektóre rozdziały po prostu ominąłem (ale niektóre były bardzo ciekawe).

Dla zainteresowanych: analogiczne wykazy powstały za rok 2016, 2017 i 2018.
I to by było na tyle, na razie.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

7 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze