Stefan Kisielewski, „Dzienniki” — back to the future

W ramach powrotów do literackich — publicystycznych i politycznych — fascynacji (por. „Folwark zwierzęcy” G. Orwella) zafundowałem sobie crème de la crème tego, czym dwie dekady temu zaczytywałem się po uszy. Wymagało to zdjęcia z własnej półki sążnistej papierowej cegły, pomęczenia oczu (i tak się wycwaniłem — teraz za takie rzeczy biorę się tylko w długie dni), ale warto było.
Proszę Państwa, przeczytałem „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego, mojego guru sprzed ćwierćwiecza.


Stefan Kisielewski Dzienniki recenzja

Stefan Kisielewski, Wydawnictwo Iskry, 1996 r., drukiem 952 stron (przeczytałem na papierze, Kisiela chyba w elektronice się nie wydaje) (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Na początek godzi się poczynić mały disklajmer: otóż wymarzywszy ongiś siebie jako żurnalistę, rychło doszedłem do wniosku, że właściwie to cierpliwości i temperamentu starczy mi ledwie na publicystykę (wiadomo, to ten, co klapnie na fotelu, wysączy to i owo, spokojnie poczeka na wenę, przeleje ją na klawiaturę, zainkasuje wierszówkę). Moim idolem był (niestety, już pośmiertnie) właśnie Kisiel.

I dla przypomnienia (lub wyjaśnienia niekumatym): Stefan Kisielewski był kompozytorem (z wykształcenia i dorobku), politykiem (z zamiłowania) i felietonistą prasowym (z zawodu wykonywanego). Politykiem niekochanym, bo chociaż przez dwie kadencje piastował mandat posła na Sejm PRL (w latach 1956-64, uważając się na przedstawiciela opozycji), to ówczesna władza miała go za wariata, a równocześnie równo cięła go cenzura („dyktatura ciemniaków”). Publicystą ciętym — i w słowach, i przez cenzurę — dzięki czemu pozostawił po sobie mnóstwo świetnej felietonistyki drukowanej w „Tygodniku Powszechnym” (ale pamiętajmy, że od 1968 do 1971 jego nazwisko objęte było kompletnym zakazem publikacji).
„Dzienniki” są właśnie efektem tego orwellowskiego nelsona założonego prze GUKPPiW. Nie mogąc się wypowiedzieć na głos, Stefan Kisielewski zaczął zapisywać swoje codzienne spostrzeżenia długopisem w kajecie. Rozpoczęte wkrótce po marcu ’68, pozwalają autorowi odreagować czasy knebla medialnego aż do początków Gierka. Później jego nazwisko spadło z indeksu, zatem czyhało nań więcej pokus poza-zeszytowych; gdzieś tak od połowy lat 70-tych wpisy pojawiają się coraz rzadziej (chwilami wręcz sporadycznie), ale Kisielowi udaje się dociągnąć zapiski aż do 1980 roku (z krótkim posłowiem datowanym na 1982 r.).
O czym pisał Kisiel w „Dziennikach”? Pisał o tym, czego nie puszczała mu cenzura, pisał o tym, co go drażniło i denerwowało. Gdyby ktoś wówczas mógł przeczytać jego słowa, mógłby być rozdrażniony i zdenerwowany, bo nie oszczędzał raczej nikogo (chyba jedyną postacią, której Kisielewski na pewno nie podskoczył, był jego guru, Karol Irzykowski). Pisał szczerze, bo przecież niespecjalnie liczył na to, że ktokolwiek kiedykolwiek jego słowa przeczyta. Ten gruntowny krytyk systemu komunistycznego był jednak dość ostrożny w ocenie możliwości jego obalenia, a nawet sensownego zreformowania: z jego bije pesymistyczny optymizm, bo zdaniem Kisiela komunizm na tyle mocno zmienił Polaków, że będą woleli korzystać z owoców awansu społecznego, niż starać się o jakąkolwiek wolność.
Pisał też o muzyce, o jeżdżeniu na rowerze, o górach, o piciu tego i owego z kolegami, o sprawach rodzinnych (było nie było jego synem był Wacek), o „romansach” (w ten sposób Stefan Kisielewski określał swoje, drukowane na emigracji i pod pseudonimem, powieści), plotkował o kolegach, o polityce, wspominał — nie wieszczył — trochę marudził i narzekał na codzienność.

Dość rzec, że być może właśnie dzięki temu, że pisane były raczej do szuflady, dziś „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego uważa się za rzecz na tyle kontrowersyjną, że przedmowie do ich wydania Jerzy Kisielewski dostrzega paradoks pokusy ocenzurowania niektórych — tych najbardziej niesprawiedliwych i złośliwych — słów swego ojca. (Można powiedzieć, że „Dzienniki” były ówczesną formą takiego blogopisania — z tą różnicą, że blogi internetowe są egalitarne, bo pisać bloga każdy może, nawet taki gość jak ja — natomiast prawdziwa krytyka cnoty się nie boi, więc takie notki na żywca czytać można na okrągło…).
Książkę, którą kupiłem prawie ćwierć wieku temu, wówczas sczytałem od dechy co najmniej dwa razy (podobnie jak zebrane w serii felietony Stefana Kisielewskiego) — powrót po latach dowiódł, że naprawdę dobry komentarz, choćby o zdarzeniach współczesnych autorowi i o postaciach żyjących wokół niego, zawsze się dobrze czyta.

Czasem dobrze sobie zafundować taki back to the future — a przekonać się, że część wyobrażeń o bohaterze młodości odstaje od rzeczywistości (wznoszącym Kisiela na aktualne sztandary polityczne polecam lekturę „Dzienników”! można się zdziwić!), jest całkiem… kojąco? ;-)

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

7 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze