David Remnick, „Grobowiec Lenina. Ostatnie dni radzieckiego imperium” — niespełnione oczekiwania

Rzadko się mi zdarza czytać reportaż, który brzmi jak książka historyczna — o sprawach, które całkiem nieźle pamiętam. David Remnick, autor książki „Grobowiec Lenina. Ostatnie dni radzieckiego imperium” był bowiem korespondentem pracującym w Związku Radzieckim pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, Agora wydała jego książkę po przeszło 20 lat… ja po nią sięgnąłem kolejne kilka lat później… I tak oto, w kolejną rocznicę tzw. Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej (która nie tylko miała miejsce w listopadzie, ale przecież nie była nawet rewolucją sensu stricto), na tutejszych łamach czas na krótką i niewprawną recenzję książki.


remnick grobowiec lenina recenzja

David Remnick, „Grobowiec Lenina. Ostatnie dni radzieckiego imperium”, (’Lenin’s Tomb: The Last Days of the Soviet Empire'), tłum. Krzysztof Obłucki, wyd. Agora, na papierze 616 stron


Zaczynając od krótkiego wstępu: David Remnick dziś jest redaktorem naczelnym „The New Yorkera”, nazwisko to powinno być znane także tym, którzy przeczytali „Złap i ukręć łeb” Ronana Farrowa (Remnick zgodził się puścić tekst o Weinsteinie po tym, jak nad ukręceniem łba aferze pracowała NBC, macierzysta redakcja Farrowa). Zanim jednak wyobrazimy go sobie jako liberalnego gryzipiórka z Wschodniego Wybrzeża, warto dostrzec, że Remnick był akredytowany w Moskwie w czasach Gorbaczowa, zaś w ramach swojej pracy odwiedzał nie tylko Kreml, ale też Kołymę…

Opowieść o upadku Związku Sowieckiego może dziś nie wydawać się szczególnie pasjonująca (w 1993 r. autor mógł być przekonany, że to rzeczywiście koniec historii i wszystko, co zostało do pogrzebania to mumia Lenina), niemniej można sobie poczytać na przykład o tym jak to było z:

  • pierestrojką, która z założenia miała być powrotem do zasad leninizmu i zerwaniem ze stalinizmem i totalitaryzmem, Gorbaczow w tej opowiastce miał być prostym przywódcą wprost z ludu; było z tym trudno, bo ostatni pierwszy sekretarz KPZR zdążył się mocno oderwać od życia, zaś po początkowej fazie sympatii skończył jako jeden z najbardziej znienawidzonych przez mieszkańców Związku Sowieckiego (większą estymą cieszył się Sacharow, któremu ledwie co pozwolono powrócić z wygnania); niewątpliwym novum było jednak odejście przez Gorbaczowa od breżniewowskiego stylu sprawowania władzy, nie chodzi nawet o jego stalinowską brutalność, ale o zasadę, w myśl której partia komunistyczna była de facto mafią;
  • Magnitogorskiem, gdzie powietrze było tak bardzo zatruwane przez przemysł ciężki, że na każdego mieszkańca przypadały 2 tony zanieczyszczeń rocznie; władza ludowa oczywiście ludem się nie przejmowała, więc liczba wczesnych zgonów i nieprawidłowych porodów byłaby co najwyżej statystyką w tabelce (byłaby, gdyby takie informacje nie stanowiły ściśle strzeżonej tajemnicy; chyba właśnie przez takie przekłamania niektórzy do dziś uważają tamten ustrój za najlepszy na świecie);
  • z tego samego powodu — przecież, że za Gorbaczowa — przez kilka dni ukrywano prawdę o wybuchu w Czernobylu („panika jest gorsza niż promieniowanie”); partyjni dostojnicy oczywiście ewakuowali swoich najbliższych, ale manifestacja ku czci święta 1 Maja odbyć się musiała (przypomnijmy, że kilka dni po wybuchu przez Kijów jechał także peleton Wyścigu Pokoju);
  • Kaszpirowskim, którego Komitet Centralny KPZR wylansował na telewizyjnego Rasputina (nie ma chleba, będą chociaż igrzyska); Kaszpirowski stał się bożyszczem nie mniejszym niż każdy inny jurodiwyj — kobiety („uczennice i emerytki”) pisały doń listy, że chcą być przy nim, spać z nim, jego wizerunek zastąpił w domowych ołtarzykach „ikony” z Leninem, etc., etc.; jego telewizyjna działalność lecznicza miała być przede wszystkim ukojeniem dla niespokojnych dusz (dziś takich celebrytów tworzą media i agencje piarowskie, więc dziwi jakby mniej);
  • serią potknięć Gorbaczowa, które doprowadziły do ruiny jego wizerunek: masakrze manifestantów w Tbilisi (na miesiąc przed zgnieceniem manifestacji na Placu Niebiańskiego Spokoju) czy też bezmyślnej strzelaninie pod wieżą telewizyjną w Wilnie (do dziś pamiętam jak w szczenięcej naiwności chciałem się pakować i wyjeżdżać, podjąć walkę z Sowietem);
  • ostatnią nadzieją czerwonych jaką był pucz Janajewa (z sierpnia 1991 r.), który miał ocalić komunizm (a przynajmniej władzę Partii Komunistycznej Związku Radzieckiego), a okazał się gwoździem do jego trumny — nie podniósł się ani poniżony Gorbaczow, zaś po jego stłumieniu Jelcyn raz-dwa zaproponował delegalizację KPZR, aby kilka miesięcy później podpisać umowę o rozwiązaniu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich…

…ale to już jest całkiem inna historia.

„Grobowiec Lenina” Davida Remnicka polecam z całego serca, nie tylko zainteresowanych historią nowszą, ale też mechanizmami władzy, która zawsze gnije i gnić będzie (taka jest chyba istota władzy, nie tylko tej skompromitowanej). Na razie Lenin „wiecznie żywy”, jego mumia nadal straszy u podnóży Kremla, kagiebowski szpion na Kremlu — w Rosji zawsze wszystko toczyło się nieco wolniej — ale czytać warto zawsze.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze