Krótki test odtwarzacza sieciowego domowej roboty (c.d. jak słuchać Radia 357)

Nawet nie sądziłem, że miesiąc po podzieleniu się na tutejszych łamach moimi przemyśleniami co do tego w jaki sposób słuchać Radia 357 przyjdzie mi wziąć sobie do serca słuszne komentarze P.T. Czytelników… Dość rzec, że zakupiłem, złożyłem, zainstalowałem — i oto mi gra: radio internetowe i odtwarzacz sieciowy (imć pan Wokulski, jako persona z epoki pary i żelaza, powiedziałby „streamer”) domowej roboty, oparty na komputerku Raspberry Pi.


Raspberry Pi 4B HiFiBerry Dac+ Light
Głównymi, wcale nie tak cichymi, bohaterami dzisiejszego testu są maciupeńki komputerek Raspberry Pi 4B oraz jeszcze mniejsza karta dźwiękowa HiFiBerry DAC+ Light — taka, która ma normalne „wzmacniaczowe” wyjście RCA (fot. Olgierd Rudak, CC-BY 2.0)

Zaczynając od początku: podpięta do wzmacniacza komóra może być na początek niezłym sposobem na słuchanie rozgłośni internetowych, ale nie ma jak narzędzie lepiej spisujące się w tej roli. Feler w tym, że sprzęt dostępny w sprzedaży albo nie budzi zaufania (czasem przypomina po prostu jakąś przedłużkę do słuchaweczek), albo jest całkiem nietani, a niezłych używek brak (czuję, że dobrych używek nigdy nie będzie — było nie było nie przez przypadek amplitunera z 1995 r. niedawno zastąpiłem 30-letnią Yamahą AX-550); przez pewien czas zastanawiałem się nad Advance Acoustic WTX-Microstreamer, ale wydawało mi się, że to nadal nie to… Dobrze byłoby mieć przecież gadżecik, który poradziłby sobie z większością cyfrowych mediów, tj. słuchaniem radia internetowego, oglądaniem filmów z serwisu Netflix, a także z odtwarzaniem plików mp3 (dla jasności: nie pozbyłem się mej całkiem pokaźnej płytoteki, ale przecież słuchając Bad Brains, Tomahawk czy Sly Stone’a większej różnicy brak… więc po co wstawać z miejsca, żeby zmienić płytę? ;-)


Raspberry Pi 4B
Tak wygląda komputerek Raspberry Pi 4B po zamontowaniu go w obudowie HiFiBerry — widać m.in. procesor, dwa wyjścia mikro HDMI, 4 porty USB oraz szynę GPIO, do której za chwilkę podpięta zostanie karta dźwiękowa. Imaginujcie sobie jakie to jest maluteńkie! (fot. Olgierd Rudak, CC-BY 2.0)

Do budowy radyjka internetowego zdolnego do odtwarzania muzyki i oglądania filmów użyłem następujących elementów składowych:

  • maciupeńkiego komputerka Raspberry Pi 4B w wersji z 4 GB pamięci operacyjnej RAM — zależało mi na wydajności, ponieważ urządzonko z założenia miało także służyć do oglądania filmów na Netfliksie… a gdyby się nie udało, pomyślałem, że dobrze mieć możliwość wykorzystania go jako komputera do zastosowań biurkowych;
  • karty dźwiękowej HiFiBerry DAC+ Light — bo grajek musi mieć możliwość podłączenia zwykłego wzmacniacza kablem RCA, zaś wersja Light jest najtańsza spośród wszystkich kart HiFiBerry;
  • stalowej obudowy HiFiBerry — jest solidna, więc chroni cały sprzęt, ale też prezentuje się należycie przy wzmacniaczu i odtwarzaczu CD;
  • napędza je system operacyjny LibreELEC Kodi — też niezły gagatek, bo wprawdzie nie odpalę na nim przeglądarki, ale sam w sobie zajmuje niecałe 400 MB pamięci RAM (!), co oznacza, że opędziłaby go płytka znacznie tańsza (o stówę);
  • zaś sterowanie zapewnia aplikacja Yatse, która przerabia sprytfon w pilota (jest nawet odrębny przycisk do Radia 357, osobny do Funky Radio (świetne! polecam!), osobny do empetrójkoteki, osobny do Netfliksa…), a łączy się z odtwarzaczem via sieć wifi.

Finalnie powstała mała stalowa skrzyneczka o masie ok. 240 gramów oraz rozmiarach 93x61x37 mm (nie licząc nieco wystających „rurek” złącz cinch).


Raspberry Pi 4B radiator
Słuchanie radia internetowego rozgrzewa procesor „malinki” max. do 50 st. C, natomiast odtwarzanie filmów z serwisu Netflix potrafi podbić temperaturę o dodatkowych pięć stopni — założenie radiatorów na kluczowe elementy komputerka pozwala pozbyć się nadmiaru ciepła (fot. Olgierd Rudak, CC-BY 2.0)

Czy ciężko było cały ten sprzęt ze sobą pożenić? Nie będę ukrywał, że najwięcej problemów miałem z… mechaniką, a to za sprawą źle dobranego (świetnego, bardzo masywnego, ale służącego najlepiej jako obudowa per se) radiatora, okazało się bowiem, że w jego otworach montażowych nie mieszczą się śrubki służące do przykręcenia karty HiFiBerry do płytki. Ale przełknąwszy tę niewielką porażkę nie miałem już większych trudności, ponieważ wystarczało: przymocować Raspberry Pi do dolnej części obudowy, przymierzyć kartę dźwiękową na wysokość (tak by jej gniazda RCA pasowały do otworów), dobrać odpowiedni dystans, przy pomocy którego karta jest mocowana do płytki, dobrać kolejny dystans na wysokość (było nie było do czegoś musi być przymocowana górna część obudowy) i voilà! (Dla niepewnych: nie, nic nie trzeba było lutować, to się składa dosłownie jak klocki lego ;-)
Banalnie łatwe okazało się natomiast dla mnie ogarnięcie oprogramowania: wystarczało ściągnąć odpowiednią dystrybucję (LibreELEC jest świetny, bo wprawdzie nie umie prawie nic oprócz obsługi mediów, ale dzięki temu nie zajmuje wiele zasobów), wgrać ją na kartę mikro SD, a następnie po prostu podłączyć komputerek do prądu („malinka” jest świetna też ze względu na to, że bótowanie systemu nie wymaga żadnych szczególnych zabiegów). Jasne, konfiguracja pójdzie łatwiej osobom, które mają więcej niż blade pojęcie o Linuksie, ale umówmy się, że tej konfiguracji, włącznie z zainstalowaniem wtyczek niezbędnych dla odpalenia Netfliksa, nie jest aż tak wiele, a poza tym właściwie wszystko jest dość dobrze opisane w sieci.


Raspberry HiFiBerry DAC test
Pierwszy test grajka: karta HiFiBerry założona na „malinkę”, podpięty kabelek do internetu — gra muzyka! (fot. Olgierd Rudak, CC-BY 2.0)

Jak działa takie radyjko internetowe i odtwarzacz medialny sklecony na bazie Raspberry Pi i karty dźwiękowej HiFiBerry? Przede wszystkim mam to, na czym zależało mi najbardziej: grajek ma zwykłe wyjścia typu cinch (RCA), więc możliwe jest podpięcie sprzętu do wzmacniacza najzwyklejszym analogowym kablem; jak trzeba, to gra i buczy aż cała kamienica się trzęsie. Ku mojemu zaskoczeniu całkiem niezły sygnał podaje także fabryczne (wbudowane w komputerku — najtańsza nakładka DAC nie ma własnego) gniazdko słuchawkowe, więc jeśli komuś stosowanie przejściówki minijack-RCA do nagłośnienia pomieszczenia nie wydaje się protezą, można poprzestać na takim rozwiązaniu.
Sprzęcik całkiem zgrabnie radzi sobie z filmami z Netfliksa — nic się nie wiesza, nie zacina, a oglądany na 22-calowym monitorze (nadal brzydzę się telewizornią i ten dość sędziwy już ekranik jest jedynym łącznikiem z tym światem) obraz wygląda naprawdę fajnie.


LibreELEC Kodi
LibreELEC Kodi to po prostu stary dobry Linux… dla mnie nowością była jednak konieczność otrzaskania się z SSH (zawsze podkreślam, że jestem lamerem komputerowym — więc od lat korzystam z Linuksa)

Nie chodzi jednak przecież o to, by zachwyt przesłonił nam niewątpliwie minusy radyjka internetowego opartego na Raspberry Pi, a mianowicie:

  • stabilność oprogramowania jest OK, pal licho, że czasem trzeba dwa razy kliknąć, żeby przełączyć na inne radio, gorzej, że czasem trzeba kliknąć trzy razy… i za tym trzecim cały system się restartuje; szczęście w nieszczęściu, że powraca do żywych po niecałej półminucie (natomiast jeszcze się mi nie zdarzył samodzielny zwał systemu — raz odpalony i nie ruszany działa godzinami bez zarzutu);
  • przydałyby się jakieś „przyciski” do sterowania funkcjami, niechby i na dotykowym wyświetlaczu — jestem oldskólowcem, więc chociaż pykanie na pilocie w komórze może być wygodne, czasem fajnie byłoby dokładnie widzieć co się robi (rzecz jasna taki bajer jest do ogarnięcia, może nawet przez takiego lamera jak ja…);
  • błahostka: nie dajcie się nabrać na adaptery mikro-HDMI, one są tak bulwiaste i tak blisko portu USB-C (tego, z którego „malinka” jest zasilana), że jest bardzo niewygodnie — lepiej od razu kupić pasujący kabelek z małym łepkiem.

Yatse Kodi
Grunt to wszechstronność, więc moja „malinka” nie jest tyko radiem internetowym, ale potrafi także puszczać filmy z Netfliksa i odtwarzać muzę z plików mp3. We wszystkim tym pomaga mi zainstalowana na sprytfonie aplikacja Yatse

Są też przecież plusy dodatnie, wśród których wskazałbym przede wszystkim:

  • nie jestem uziemiony na ament, jak mi się gadżecik znudzi albo najdzie mnie potrzeba, w dwie minuty będę miał funkcjonalny biurkowy komputerek; ba, właściwie mogę mieć go od ręki, a później znów posłucham sobie radia, bo przecież system jest brany „w locie” z karty mikro SD, których mogę mieć w szufladzie choćby pięć (czymkolwiek zabótuję Raspberry Pi, tego będę używał);
  • elektronika starzeje się szybko, jeszcze szybciej zainstalowane oprogramowanie — mając zwykły komputer mogę je zwyczajnie zaktualizować, dzięki czemu uniknę momentu, w którym właściwie zostanę z przyciskiem do papieru (cyfrowy przycisk do papieru, tego jeszcze nie było);
  • niewielki, dyskretny, na półce świetnie komponuje się wizualnie z sprzętem Yamahy (pasuje nawet jego czerwone „oczko” zasilania);
  • bawiąc — uczy, ucząc — bawi: Raspberry Pi zmusiło mnie (wreszcie! po 15 z hakiem pracy na Ubuntu!) do rozeznania się w takich magicznych technologiach jak SSH i VNC, a możliwość wizualnego sterowania komputerkiem na ekraniku sprytfonu… bezcenna (to są naprawdę czary-mary).

Raspberry HiFiBerry DAC test
Finis coronat opus: to jest radio internetowe, to jest odtwarzacz filmów z Netfliksa, to jest grajek mp3, to jest komputer — jak dla mnie bomba! (fot. Olgierd Rudak, CC-BY 2.0)

Ile kosztowała mnie cała przyjemność? Za Raspberry Pi 4B w wersji 4 GB zapłaciłem 279 złotych, cena karty HiFiBerry DAC+ Light to 139 złotych, a ta piękna i solidna obudowa dokładnie 117,50 złotych. Do tego oczywiście potrzebne są zasilacz (USB-C), karta pamięci micro-SD i kable RCA. Czy dałoby się taniej i prościej? Jestem pewien, że tańsza o prawie stówę „malinka” w odmianie z 2 GB pamięci operacyjnej też dałaby sobie świetnie radę ze słuchaniem radia (czuję, że z filmami też), a jeśli komuś wystarczy jakość dźwięku dobywającego się gniazda słuchawkowego lub będzie korzystał z wyjścia HDMI, można oszczędzić na wydatku na nakładkę HiFiBerry (wówczas aż się prosi wziąć tańszą obudowę). Czy dałoby się drożej i lepiej? No ba, samych przetworników HiFiBerry jest troszkę, więc każdy znajdzie coś dla siebie — a jakby naszło na zbudowanie na „malince” wzmacniacza, to też jest coś się znajdzie.
Dla porównania szajsik z Allegro będzie kosztował tyle, co tańsza pi-czwórka, ale porządnego wyjścia na wzmacniacz w nim nie znajdziecie; lepsze urządzenie może i będzie miało lepsze parametry, ale też za wyższą cenę (wzmiankowany już Advance Acoustic chodzi po circa siedem stówek, ale w Netfliksa nie umie).


Raspberry HiFiBerry DAC test
Magiczna skrzyneczka i jej magiczne czerwone oczko (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)

Reasumując jak dla mnie bomba, jestem zachwycony i nawet nieco dumny z siebie samego (tego raczej nikt nie wie, ale ja kiedyś miałem być, rzecz jasna pod wpływem „Gwiezdnych Wojen”, elektronikiem, więc edukację w szkole średniej zacząłem od stosownego technikum ELWRO — co nie zmienia faktu, że jestem też szczęśliwy, że sklecenie sprzętu nie wymagało lutowania ;-) Za co czołobitnie dziękuję tym P.T. Czytelnikom, którzy mnie zainspirowali do działania!
Zdecydowanie polecam, bo to jest prawie tak fajne jak górski spacer z psem!

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

24 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze
24
0
komentarze są tam :-)x