„Lazarus” w Teatrze Capitol — bo wie każdy, że dobra muzyka obroni się sama

Rzutem na taśmę, w wieczór przed wieczornym ogłoszeniem pandemicznych obostrzeń — w tym zamknięciu przybytków kultury — udało się nam wybrać do wrocławskiego Teatru Capitol na głośny musical „Lazarus” (ostatnie wielkie dzieło Davida Bowie, jakby ktoś pytał).


lazarus teatr capitol recenzja
„Lazarus”, Teatr Capitol we Wrocławiu, reż. Jan Klata, w obsadzie m.in. Marcin Czarnik, Ewa Szlempo-Kruszyńska, Klaudia Waszak, Cezary Studniak, Artur Caturian, Justyna Antoniak (fot. Joanna Leja / Teatr Capitol)

Dla jasności: znawcą ani szczególnym miłośnikiem muzycznej twórczości Davida Bowie nie jestem (część kawałków o tyle mi pasuje, że chętnie posłucham w aucie), natomiast do teatru zawsze chętnie się przejdę (zwłaszcza do Capitolu, który potrafi tak odpalić, że skarpetki odpadają — do dziś świetnie pamiętam jak świetnie bawiłem się na „Hair”, „Ścigając zło” czy „Trzech muszkieterach”). Niestety „Lazarusowi” czegoś pod tym względem brakuje i sam już nie wiem czy są to bolączki fabuły, czy po prostu brak kompatybilności z biglem i jajcem, który ekipie z ul. Piłsudskiego wychodzi najlepiej. Rzecz jest podana bardzo na zimno i beznamiętnie, co dotyczy nie tylko samej historii, ale o zgrozo także piosenek — momentami można było odnieść wrażenie, że aktorzy, w obawie przed pandemią, chcą możliwie szybko zrobić swoje i pójść do domu.

Reasumując nie jest źle (widzieliśmy w Capitolu przedstawienia znacznie gorsze), ale nie jest też bardzo dobrze; strzelam, że ciekawszy byłby po prostu set złożony z utworów Davida Bowie („Let’s Dance” dla ubawu, „Space Oddity” dla udziwu), no ale twórca miał inną koncepcję, a przecież nie jest tak prosto zakombinować, bo prawa, prawa, prawa.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

3 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze
3
0
komentarze są tam :-)x