W skrócie i nie paląc, bo przecież każdy zna i dobrze wie: on ją kocha, a ona jego, ale cóż z tego, skoro ich rody to istne gangi z Werony — prędzej i chętniej pożenią się kosałą, niż zgodzą na ożenek jej i jego. Więc krew płynie wartkim nurtem (ten Romeo to też całkiem krewki gość), intryga idzie za intrygą, aż tragicznym splotem okoliczności umierają oboje — bez happy endu.
(A że wszystko działo się na deskach wrocławskiego Teatru Capitol, widz dostaje dużo fajnych piosenek i mnóstwo genialnej choreografii — sceny walki Capuletich i Montekich kojarzyły mi się z capoeirą.) Zdecydowanie polecam, choć jeśli ktoś lubi tę scenę za luźny humor — nie tym razem, bo to nie ten rodzaj opowieści.
PS Nie potrafisz — nie pchaj się na afisz!! Już idąc kilka dni temu do wrocławskiego Teatru Capitol na spektakl „Romeo i Julia” wiedziałem, że będzie to ostatnia recenzja teatralna opublikowana na tutejszych łamach i… się nie pomyliłem. Filmowe zniknęły wiosną, winiarskie… jeszcze się zobaczy…
Q.E.D.
(„Romeo i Julia”, William Szekspir (w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka) opracowanie, scenariusz i reżyseria Jan Klata, muzyka Endy Yden; jako Romeo — Jan Kowalewski, jako Julia — Klaudia Waszak, etc.,etc.; fot. Olgierd Rudak, CC BY-SA 4.0)