„Kingsman” — recenzja, która powie Wam, że warto na to iść do kina

Kontynuując (?) tradycję (?) luźniejszych wpisów — przypominam, że Lege Artis w nowej odsłonie ma z założenia charakter ściśle komercyjny i sprzedajny — poświęconych na przykład ciekawym filmom (albo i mniej ciekawym, wszakże „Hiszpanka” jako historyczna plajta też znalazła swoje 3 minuty na łamach Lege Artis) dziś na tapetę czas wziąć „Kingsman: tajne służby”.

Oczywiście o czym jest ten film dowiecie się z innych, profesjonalnych recenzji; ja Wam powiem czy warto iść do kina ;-)

Warto, jeśli: lubicie filmy o Bondzie (jak ja), nawet te, w których Bond jest bezlitośnie parodiowany (OSS 117), a także te, w których mówi się Bondem (oczywiście można mówić tylko jednym Bondem — did you underrshtand?). A także jeśli lubicie wątki Tarantinowskie — „Kingsmana” warto zobaczyć nawet jeśli nie dla sznytu z jakim noszą się agenci najtajniejszej ze służb, to choćby dla sceny jatki w Kentucky.
Przy okazji „Kingsman” to naprawdę dobre, autoironiczne kino akcji — od razu przyszła mi na myśl „Hiszpanka”, która też chyba miała być autoironiczna…

Kingsman recenzja church fight

Tej sceny nie powstydziłby się sam Tarantino („The Secret Service”, reż. Matthew Vaughn)

Natomiast czas spędzony w kinie będzie dla Was oczywistą stratą jeśli na pytania zadane powyżej możecie odpowiedzieć negatywnie. Możecie się także pieruńsko nudzić jeśli pasjonuje Was wyłącznie kino akcji na poważnie (mam na myśli przede wszystkim rzeczy w rodzaju „Transporter” oraz to, z czym ogólności utożsamiam Jasona Stathama).
Film nie jest także dla Was, jeśli priorytetem są filmy dla nastolatków; troszkę się martwiłem, że „Kingsman” może być jakąś opowieścią dla znużonych chłopcem w okularach, ale jednak nie. Wątek młodzieżowy jest dobrze poprowadzony i nie ma skrzywienia z cyklu „podliżemy się małolatom, będą walić na film jak w dym”.

Reasumując: w mojej skali (1-6) „Kingsman: Tajne służby” dostaje mocną czwórkę z plusem, gdzieś obok „Gry tajemnic”, na pewno niżej od „Birdmana” i „Whiplash”, ale podtrzymuję moje zdanie, że przełom 2014/15 obfituje w naprawdę niezłe rzeczy w naszych kinach.

A na zakończenie puszczam Wam Lynyrd Skynyrd i „Free Bird”, a dlaczego właśnie to — dowiecie się jak tylko skusicie się na „Kingsmana”.

Tylko błagam, wytrwajcie ten kawałek do końca, on się może zaczyna troszkę jak pościelówa, ale dalej jest czad!

PS w filmie występuje także Mark Hamill, i to jest niezły powrót do przeszłości — oczywiście uwaga tylko dla tych (jak to szło w „Clerks II”), dla których hasło „trylogia filmowa” oznacza tylko jedno ;-)

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

15 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze