Torbjørn Færøvik, „Mao. Cesarstwo cierpienia” — szaleństwo stosowane

Z literackiej fascynacji politycznym złem tłumaczyć się nie będę; truizmem jest powtarzanie, że nazizm i komunizm to tylko awers i rewers tej samej (złej) monety — skoro jednak nadal nie każdy dostrzega, że część mechanizmów władzy odkrytych kilkadziesiąt lat temu przez totalitarne reżimy nadal jest z powodzeniem stosowana przez rządy jak najbardziej demokratyczne (szczucie ludzi na siebie; szukanie wspólnego wroga; dziel & rządź; kij & marchewka), to nie pozostaje nic innego jak zachęcanie do czytania dobrych książek o złych ludziach — coś jak „Mao. Cesarstwo cierpienia” autorstwa Torbjørna Færøvika, czyli biografia Mao Zedonga, twórcy komunistycznego państwa chińskiego.


Færøvik Mao Cesarstwo cierpienia recenzja

Torbjørn Færøvik, „Mao. Cesarstwo cierpienia”, wyd. Prószyński i S-ka, tłum. Ewa Partyga, na papierze 608 stron


Zaczynając od początku: książka nie jest pełną biografią Mao, bo zaczyna się dokładnie w tym miejscu, które sugeruje tytuł, czyli w momencie ustanowienia „cesarstwa cierpienia” — czyli wejścia przez komunistyczne wojsko do Pekinu i objęcia przez (już blisko 60-letniego) komunistycznego satrapę władzy nad Państwem Środka. Młodość Mao, czasy partyzantki czy wojny z Japonią (która de facto po części była raczej wojną z republikańskimi władzami Chin) pojawiają się wyłącznie w charakterze retrospekcji lub dygresji.

Wskutek przyjęcia takiego kalendarium nie do końca widzimy mechanizmy kształtujące postawy życiowe dyktatora; troszkę szkoda, bo chociaż intelektualnie bliżej mu do Nicolae Ceaușescu niż Adolfa Hitlera (należy mieć należyty ogląd spraw: mimo braku formalnego wykształcenia Führer niewątpliwie był osobą… nie będę używał przymiotników — dość rzec, że niewątpliwie miał szerokie, wykraczające poza politykę i zbrodnię, zainteresowania — Mao interesowała tylko pusta władza, seks i… pływanie, które traktował jako sposób na podkreślenie siły, która znów miała podkreślić zdolność do sprawowania władzy; podobne podejście dziś prezentuje Putin) — to jednak być może moglibyśmy dojść do ciekawych wniosków (inna sprawa, że całkiem możliwe, iż w tamtych czasach życie takiej osoby w tamtym miejscu nie było tak dokładnie dokumentowane).

Coś bowiem musiało przecież wpłynąć na takie ukształtowanie Mao Zedonga, że do dziś jego nazwisko wiązane jest m.in. z:

  • wielkim zrujnowaniem Chin, który to proces zaczął się zaraz po długoletniej wojnie z Japonią (której początek niektórzy nazywają prawdziwym początkiem II Wojny Światowej) — od zaangażowania w konflikt na Półwyspie Koreańskim, przez co nie 40 proc. budżetu z l. 1950-53 przeznaczane było na wydatki wojskowe, to jeszcze kasa szła na bezwartościowy sprzęt (złośliwie) dostarczany przez Stalina. W przyrodzie nic nie ginie: autor twierdzi, że właśnie koreańskie doświadczenia sprawiły, że po kilkunastu latach Mao nawet nie rozważał zaangażowania w Wietnamie (ciekawy jest opis rozmów Kosygina w 1965 r., który usłyszał, że Chiny zerwały ze Związkiem Radzieckim na „dziesięć tysięcy lat” (po negocjacjach Mao skrócił ten okres do lat stu), no i nie wyjednał zgody na przelot samolotów z zaopatrzeniem dla Wietnamu Północnego);
  • chłód w stosunkach z kolebką światowego komunizmu zaczął się już za Stalina — pierwsza wizyta skończyła się nieomal skandalem, bo radziecki satrapa trzymał swego gościa w chłodnym dystansie. Nie przeszkodziło to jednak chińskim komunistom na wdrożenie wzorowanej na sowieckim planie kolektywizacji rolnictwa, która skończyła się (jak to kolektywizacja ma w zwyczaju) głodem;
  • odpowiedzią Przewodniczącego na głód był Wielki Skok, który miał wyprowadzić kraj z rolniczego zacofania na wyżyny przemysłowego rozwoju. A ponieważ wszyscy komuniści zawsze mieli świra na punkcie wytapiania stali — hasłem Mao było budowanie (wszędzie) prymitywnych dymarek, do których wrzucano (wszystkie) metalowe przedmioty pozabierane z domów, aby… wytapiać z nich „stal”. W ten sposób biedny i głodny Chińczyk nie tylko nie miał co włożyć do garnka — po prostu nie miał garnka (ale państwo mogło podjąć rywalizację w statystykach produkcji surowca);
  • doskonały kult jednostki: Przewodniczący był nieodmiennie portretowany w promienistej poświacie, a fetowany jak bóstwo lub cesarz (co zresztą na jedno wychodzi; Mao wiedział, że w istocie przeciętny Chińczyk potrzebuje cesarza, więc jeśli komuniści nie będą mieli swojego cesarza, to zabraknie im autorytetu niezbędnego do władania krajem), jednak niepowodzenie Wielkiego Skoku skończyło się taktycznym odejściem na drugi plan. Ten czas Mao poświęcił na wymyślanie dalszych posunięć (nie da się chyba tego nazwać „planowaniem”), w tym rozgrywki wewnątrz kierownictwa partyjnego — oraz rewolucji kulturalnej;
  • rewolucja kulturalna to sztandarowy projekt maoizmu stosowanego — od odejścia od wszelkiej tradycji, poprzez zniszczenie wszystkiego, czym Chiny kiedykolwiek były (w tym także współrządzących, w tym Liu Shaoqiego, „prezydenta” ChRL) — aż do nieformalnego przekazania władzy bandom hunwejbinów. Ten eksperyment kosztował Chińczyków najwięcej: kilka lat chaosu potęgowanego przez niekontrolowane walki konkurujących ze sobą grup (działających jak gangi, z tym, że uzbrojone nie tylko w broń automatyczną, ale niekiedy nawet czołgi i artylerię), inercja władzy centralnej, dręczenie, terroryzowanie, torturowanie i mordowanie wielu tysięcy — plus szalone pomysły odwracające uwagę od istoty spraw (np. winą za głód próbowano obarczyć… wróble, zatem podrywani do walki z nimi ludzie wylegali na ulice, robiąc wielki hałas przez wiele godzin — by zamęczone ciągłym fruwaniem ptaki poumierały);
  • czas rewolucji kulturalnej (1966-76) to także kolejny wielki głód i masowy kanibalizm — taki, gdzie wspięciem się na wyżyny humanizmu było zamienianie się na najmłodsze córki przez sąsiadów (by nie jeść własnych dzieci). W tym samym czasie Chiny oczywiście wydawały mnóstwo pieniędzy na budowę własnej bomby atomowej (co ciekawe obiecanego wsparcia odmówili im Sowieci) oraz na budowę wielkich arterii ulicznych (sygnalizacją świetlną sterowano ręcznie, z budek stojących na skrzyżowaniach, a o przejeżdżającym samochodzie informowano się telefonicznie);
  • wracając do relacji ze Związkiem Radzieckim: jeszcze gorzej wyglądały one za Chruszczowa, którego Mao oskarżał o „rewizjonizm” i niszczenie komunistycznego dziedzictwa (dla Polaków bonusem rozdźwięku Moskwy i Pekinu było wsparcie udzielone Gomułce w Październiku 1956 r.) — i tak przez krótką wojnę graniczną na Ussuri (w 1969 r.) i umiejętnie podsycaną fobię wojenną (cały naród został zagoniony do kopania schronów — idealne dla zjednoczenia narodu wobec wspólnego wroga; inna sprawa, że Moskwa autentycznie miała sondować świat w sprawie wyprzedzającego ataku na chińskie instalacje nuklearne);
  • konsekwencją czego był istny przewrót kopernikański w polityce międzynarodowej — czyli nieoczekiwane amerykańsko-chińskie zbliżenie (od wizyty Kissingera do wizyty Nixona), kiedy to za cenę dyplomatycznego „porzucenia” przez U.S.A. Republiki Chińskiej (aka Tajwanu) udało się doprowadzić do normalizacji stosunków między tymi państwami, co okazało się kluczowym elementem uzyskania równowagi w tamtym rejonie (Mao bardzo liczył na izolację ZSRS i wybicie się na przywództwo w bloku komunistycznym, ale tu znów pokrzyżowała mu szyki polityka odprężenia).

Trudno powiedzieć jakie żniwo ludzkie zabrał komunistyczny eksperyment pt. maoizm stosowany, według najśmielszych szacunków tylko podczas rządów Mao (czyli w latach 1949-76) zginąć mogło nawet 70 mln (nie licząc ofiar wojen), co niewątpliwie stawia go na czołowym miejscu zbrodniarzy wszech czasów. Jednakże mimo zrehabilitowania wielu z nich (oraz odejścia od wielu dogmatów ideologicznych) obecne władze chińskie nadal stoją murem za Mao…

Wracając do samej książki: warto czytać wartościowe rzeczy, nawet jeśli traktują o tematach, które w świecie idealnym nigdy nie powinny mieć miejsca. Choćby po to, by pamiętać, że paradoksalnie wszystkie najbardziej zbrodnicze reżimy powstały zaraz po okresie takiego rozwoju cywilizacyjnego, który uważano, że raz-na-zawsze skończy z brutalnymi metodami rozwiązywania wszystkich problemów…

16 comments for “Torbjørn Færøvik, „Mao. Cesarstwo cierpienia” — szaleństwo stosowane

  1. gordon.shumway
    2 grudnia 2018 at 01:53

    „wszystkie najbardziej zbrodnicze reżimy”
    Dziwi mnie coraz popularniejsza maniera wrzucania do tej kategorii wyłączenie reżimów komunistycznych + Hitlera.
    Tak jakby wyczyny Leopolda w Kongo, czy Brytyjczyków (np. klęska głodu w Indiach w 1943r) jako nie motywowane ideologicznie automatycznie lądowały w innej, mniej wartej wspominania, kategorii.
    Albo śmierć milionów żołnierzy na froncie zachodnim w czasie I wojny światowej – czy przywódcy państw prowadzący z premedytacją wojnę na wyniszczenie (wszelakie „maszynki do mielenia mięsa”) różnili się tak bardzo od Mao? A wyznawana przez nich ideologia była „szlachetniejsza”?
    Generalnie to cała historia ludzkości polega na tym, że ci „na górze” dążą do „pustej władzy” i w imię tego poświęcają miliony tych na dole (patrz np. Cezar w Galii, Tamerlan w Mezopotapii, wojna trzydziestoletnia, potop szwedzki, wojny napoleońskie, itp…). Tyle tylko, że z dawnych czasów mamy przekazy dużo mniej wierne, ale „ilościowo” nadal imponujące, a poza tym brak jest świadectw jednostek.
    Bardzo mało ludzi zastanawia się gdzie zniknęło od 1/3 do 2/3 ludności Polski w ciągu 5 lat potopu szwedzkiego – a proporcjonalnie skala tych ofiar była dużo większa niż „dzieła” Mao.

    • Olgierd Rudak
      2 grudnia 2018 at 09:42

      …albo wyniszczenia paru kultur w obu „odkrytych” Amerykach… wojny burskie…

      To prawda, ale dążąc do tej prawdy łatwo można przekroczyć granicę ahistorycyzmu: według dzisiejszych miar Aleksander Wielki, Tamerlan, Timur … wojna trzydziestoletnia … powstanie sipajów… Kongres Berliński … — no właśnie: można ciągnąć, ale jak długo? — to co najmniej dyktat silniejszych, a na pewno zbrodnicza agresja. Według ówczesnych reguł to po prostu sposób prowadzenia polityki (nie czytali von Clausewitza, ale stosowali się do jego metod).

      Gdzieś jednak zarzut ahistoryczności zanika, czyli możemy oceniać pewne wydarzenia z przeszłości według współczesnych kryteriów (powstanie Mau Mau, wojna w Indochinach, etc. — inna sprawa, że żadnej z nich nie wywołali kolonialiści, w tym sensie, że oni nie napadli na tubylców w l. 50-tych, oni po prostu chcieli utrzymania status quo, z czym zbrojnie walczyli tubylcy).

      Z drugiej strony nawet dziś, chociaż nie dopuszcza się prowadzenia wojny jako sposobu rozwiązywania problemów międzynarodowych, jest jakieś prawo wojny — czyli sama wojna (zabijanie żołnierzy przeciwnika, etc.) jest pojęciem prawnym (i nie jest traktowana jako zbrodnia, jeśli jest prowadzona w sposób zgodny z prawem).

      Słowem: naprawdę mamy współczesne kryteria (prawa człowieka, etc.) stosować od „Āḏām i Ḥawwā” (że tak się posłużę Wikipedią)?

      • gordon.shumway
        2 grudnia 2018 at 16:54

        Ale Dekalog z jego „nie zabijaj” istnieje już dosyć długo – a o liczbie ofiar chyba tutaj głównie rozmawiamy.
        Moralność z czasów I wojny światowej też nie różni się od dzisiejszej, zmieniły się tylko możliwości kontrolowania „tych u władzy”.
        A nasze „współczesne kryteria” brzmią dumnie, ale nieco bledną wobec tego co współcześnie dzieje się np. z Rohingya, czy w Jemenie. A z okresu „po Mao do dzisiaj” to można już sobie niezłą litanię „nieideologicznych” katastrof humanitarnych ułożyć.
        A dążę do tego, że komunizm we wszelkich odmianach + narodowy socjalizm to tylko przypadki szczególne (o dużej skali i dobrze udokumentowane) powodów dla których giną setki tysięcy lub miliony ludzi.
        Być może nam są szczególnie bliskie bo sporo zapłaciliśmy za konfrontację z nimi, ale nie jedyne.

        Żyjemy obecnie w ok. 70-letnim bąbelku stabilności i względnego dobrobytu, czego duża cześć z nas nie docenia – bo wierzy, że zawsze może być lepiej zapominając, że może też być gorzej.

        • b52t
          3 grudnia 2018 at 11:30

          Żyjemy obecnie w ok. 70-letnim bąbelku stabilności i względnego dobrobytu, czego duża cześć z nas nie docenia – bo wierzy, że zawsze może być lepiej zapominając, że może też być gorzej.

          Święta to racja, i są idioci, którzy widzą tylko w wojnie sposób na udowodnienie potrzeby swojej egzystencji, są i tacy, którzy szczególnie teraz, szczują jednych przeciw drugim. Czasy bez wojny, niektórym się ewidentnie znudziły.

        • Olgierd Rudak
          3 grudnia 2018 at 11:57

          Ogólnie 100% racji, może prócz tego, że nasz dekalog i „nie zabijaj” nie dotyczy bezpośrednio wyznawców innych wiar, zaś w Jemenie mówimy o wojnie — to też okropność, ale jednak rozróżniam systematyczne, systemowe, a czasem nawet „naukowe” wybijanie swoich, od prowadzenia wojny przeciwko „obcym”.

          Maoizm, nazizm, bolszewizm, kimirsenizm, polpotyzm to tylko i wyłącznie eksperymenty wynikające z jakichś pseudo-naukowych założeń (cytowania i prób zastosowania złotych myśli Marksa, Lenina, etc.).

          Faktem jest, że w podobnym eksperymencie urodziły się konflikty międzyplemienne w Rwandzie — gdzie naukowcy (angielscy) wcześniej liczyli i ważyli ludzi, i na podstawie ich cech fizycznych „ustalali” wyższość tych (Tutsi) nad tamtymi (Hutu).

        • mall
          5 grudnia 2018 at 14:58

          „A dążę do tego, że komunizm we wszelkich odmianach + narodowy socjalizm to tylko przypadki szczególne (o dużej skali i dobrze udokumentowane) powodów dla których giną setki tysięcy lub miliony ludzi.” Dobrze powiedziane. Ostatecznie co to za różnica, czy ludzie są zabijani w imię idei, religii czy w imię interesów.
          Osobiście coraz częściej dochodzę do wniosku, że WSZYSTKIE wojny są w imię interesów, a religie i idee są WYŁĄCZNIE narzędziem propagandowym służącym jako paliwo dla tych, co w imię interesów mają umierać. Obawiam się jednak, że nie jestem w stanie przedstawić dowodów.

          • Olgierd Rudak
            5 grudnia 2018 at 15:29

            Dlaczegóż realizacja celów religijnych nie może być owym interesem? Dziś w naszej cywilizacji wydaje się to nieomal niemożliwe, ale przecież kilkaset lat temu podbój ziemi miał na celu po części niesienie jedynej wiary (jakakolwiek ona nie była).

            • Mike
              5 grudnia 2018 at 20:26

              ja jednak uważam niesienie wiary za miły pretekst… gdy nie było interesu żadne wezwania do niesienia wiary nie pomagały (np. schyłek krucjat)… choć zawsze paru pożytecznych idiotów się znajdzie

            • mall
              5 grudnia 2018 at 21:17

              Wydawało mi się jasne, że miałem na myśli interes ekonomiczny. Pęd ku odkryciom był kierowany interesami od samego początku i zawsze interesom był podporządkowany. Od epoki odkryć Porgulaczyków, poprzez konkwistadorów, przez Imperium Brytyjskie aż po podboje z późniejszych czasów. To jakby rozpatrywać nasz rejon.
              A jeżeli niesienie religii ma ułatwiać realizację interesów, to czyż nie to dokładnie sugerowałem?

              • b52t
                6 grudnia 2018 at 06:59

                Ależ jak tam możecie? Przecież wiara to coś więcej niźli tylko dbanie o dobra doczesne. Tu chodziło i chodzi o zbawienie dusz, o nawrócenie, o pokazanie, że można podnieść się moralnie i wznieść ku samym szczytom. A nawet jeśli zebrano jakieś dobra, to tylko, żeby zamienić je na domy boże, na dalsze szerzenie i umacnianie wiary.
                Per aspera ad inferi.

              • Olgierd Rudak
                6 grudnia 2018 at 10:03

                Bywam idealistą, zatem chcę wierzyć, że jednak chodziło też o krzewienie wiary ;-)

    • Piotr Stanek
      2 grudnia 2018 at 10:38

      „Bardzo mało ludzi zastanawia się gdzie zniknęło od 1/3 do 2/3 ludności Polski w ciągu 5 lat potopu szwedzkiego – a proporcjonalnie skala tych ofiar była dużo większa niż „dzieła” Mao.”
      poproszę o namiary.

      • Olgierd Rudak
        2 grudnia 2018 at 10:57

        Wikipedia podaje, że po potopie liczba mieszkańców spadła o ok. 40% — wojna, epidemie, etc. Inna sprawa, że nie prowadzono wówczas badań demograficznych, trudno więc powiedzieć jak dokładnie zostało to policzone (czy liczono np. chłopów pańszczyźnianych).

      • gordon.shumway
        2 grudnia 2018 at 16:37

        Nie podam namiarów, bo nie spisuję sobie lektur (niestety). Jak już Gospodarz wspomniał Wikipedia podaje ok. 40%, a moje 1/3 do 2/3 miało się odnosić do zróżnicowania tej liczby w różnych regionach kraju.
        Kilka dni temu widziałem natomiast ostatni odcinek serii „Wojna trzydziestoletnia” (na Polsat Viasat History) gdzie podano, że ludność Czech zmniejszyła się z 3 mln do 800 tys.
        Potop szwedzki miał miejsce kilka lat po zakończeniu wojny trzydziestoletniej (zresztą po części wynikał z potrzeby zajęcia czymś rozbudowanej armii szwedzkiej) – a więc traktowanie ludności cywilnej i skutki wojny dla niej powinny być podobne.

        • Olgierd Rudak
          2 grudnia 2018 at 17:21

          Tak na szybko: wojna trzydziestoletnia nieprzypadkowo traktowana jest jako koniec jakichkolwiek marzeń o mocarstwowości Czech — wytrzebienie szlachty (i tu już na początku, pod Białą Górą).

  2. Mike
    6 grudnia 2018 at 17:29

    znudziły czy nie, to jednak walczyć preferują cudzymi rękami… nie wpominając o tym, że to bardziej przypomina drażnienie niedźwiedzia niż jakiekolwiek celowe działanie w ojczyzny interesie

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.