„Nieoszlifowane diamenty” — recenzja takiego sobie filmu o bardzo trafnym tytule

Jeśli przyszło Wam nigdy na myśl, że tytuł dzieła może być podtekstowym komentarzem do jego treści — polecam film „Nieoszlifowane diamenty”.


nieoszlifowane diamenty recenzja

„Nieoszlifowane diamenty” (‚Uncut Gems’), scenariusz Benny Safdie, Ronald Bronstein, Joshua Safdie, reżyseria Benny Safdie, Joshua Safdie, w roli głównej Adam Sandler


W skrócie i nie paląc: Howard Ratner, uzależniony od hazardu Żyd parający się ćwierćlegalnym handlem w branży jubilerskiej (fałszywe Roleksy, kiepskie towarzystwo plus finansowanie działalności i nałogu towarem klientów wstawianym do lombardu, etc., w tej roli niezły Adam Sandler) wchodzi w posiadanie przeszmuglowanego kawałka opalu. Kamień ma być wart nawet milion, te pieniądze wreszcie pozwolą mu się odbić od dna (do którego wcale nie jest mu bardzo daleko). Nie jest łatwo, bo prowadzenie takiego biznes oznacza non-stop podejmowane ryzyko…

Niestety, niezgorszy (daleki od odkrywczości czy wybitności, ale pamiętajmy, że właściwie wszytko już było) pomysł został przełożony na ciężkostrawną formę: w filmie panuje chaos, ludzie momentami się przekrzykują jeden przez drugiego, część scen wygląda jakby była opracowana dosłownie na kolanie — na to wszystko nałożona jest muzyczka jak z jakiejś gierki komputerowej sprzed 35 lat — a to wszystko trwa zdecydowanie za długo, bo przeszło 2 godziny. Oczywiście pojmuję, że taki mógł być zamysł scenarzystów czy też wizja reżyserska (przecież w „żywym życiu” ludzie rzeczywiście często tak się zachowują), jednak zasada „postawmy kamerę w kipiszu, film sam się skręci” chyba nie zawsze daje dobre efekty.
Można powiedzieć, że „Nieoszlifowane diamenty” do pewnego stopnia dotknął syndrom „Hiszpanki” — na pewno nie jest aż tak rozsmakowany wizualnie, jednak ogólna koncepcja jest OK, ale w mojej (subiektywnej) ocenie twórcy polegli w robocie. Jakby ktoś wziął ten diament i go jeszcze podszlifował, mógłby powstać całkiem niezły sensacyjny film — a tak…
U mnie słabe 4,5/10; nawet jeśli Sandler odnajduje się nie tylko w zwariowanych rolach (jeszcze lepiej widać to w świetnych „Opowieściach o rodzinie Meyerowitz”), to niekoniecznie w filmie, którego forma nie jest dość ogarnięta.

PS to pierwszy tekst w podrubryce poświęconej recenzjom filmów udostępnianych na platformie Netflix („Irlandczyka” nie liczę, byliśmy na nim w normalnym kinie), mam nadzieję, że przez najbliższe kilka tygodni uzbiera się coś więcej (wykupiłem abonament głównie ze względu na przymusowe siedzenie na 4 literach, było łatwiej, że to jesień i „zima” — aby do wiosny!… ;-)

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze