Powiedział co wiedział #9 — domena publiczna nie istnieje

„(…) na gruncie prawa polskiego nie istnieje pojęcie domeny publicznej i za tym idące skutki prawne (…)” — ze stanowiska kancelarii (?) Bailey & Morgan, cyt. za Dziennikiem Internautów

W kolejnym odcinku nieregularnej serii pt. „Powiedział co wiedział” czas na krótką omówkę atrakcji, które spotkały dziś Czytelników „Dziennika Internautów”. W skrócie: najpierw się okazało, że jakaś zamorska kancelaria (?) Bailey & Morgan — działająca w Polsce poprzez kancelarię CODEX — zaczęła ścigać ludzi za „piractwo” filmu „Noc żywych trupów” (z 1968 r.), chociaż wszystko wskazuje na to, że film, całkiem przez przypadek, wpadł do domeny publicznej. Skutkiem tego zachowując wszelkie przymioty po temu, by nazywać go nadal utworem (nie jest nie-utworem w rozumieniu art. 4 pr.aut.), nie przysługuje już mu ochrona taka jak każdemu innemu utworowi — a bliżej mu raczej do twórczości Jana Kochanowskiego czy Wł. Reymonta (więcej o roszczeniach Bailey & Morgan w tekście „Grożą pozwem za umieszczenie filmu z domeny publicznej na Chomikuj.pl”; warto zwrócić uwagę na interesującą i mocno niekonwencjonalną formę pisma).

Faktycznie, trudno powiedzieć z jakiej przyczyny ktoś miałby płacić jakiekolwiek odszkodowanie za rozpowszechnianie utworu, co do którego autorskie prawa majątkowe wygasły, stąd też DI słusznie spytał o to jak może wyglądać licencja („opieramy się na licencji”) odnosząca się do takiego filmu.

noc żywych trupów domena publiczna

Plakat filmowy „Nocy żywych trupów”

Zanim doczekaliśmy się odpowiedzi, w sprawie dość szybko nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji — Bailey & Morgan odmówiła pokazania licencji, jednak zdecydowała się na odstąpienie od roszczeń; najciekawsze jest jednak zdanie, w myśl którego:

(…) na gruncie prawa polskiego nie istnieje pojęcie domeny publicznej i za tym idące skutki prawne (w tym również ewentualna ochrona) bowiem brak jest przepisu który by to statuował (…)

Tak, to się naprawdę nadaje do powiedział co wiedział: owszem, ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych nie posługuje się tą nazwą (nie znajdziecie jej definicji legalnej, nie ma też po prostu takiej frazy), co jednak nie oznacza, że można powiedzieć, iż istnieje coś takiego jak domena publiczna. Domeną publiczną nazywamy wszakże to, co się dzieje z utworem — z wyłącznym uprawnieniem do korzystania z utworu i rozporządzania nim — do którego autorskie prawa majątkowe (autorskie prawa osobiste, które nigdy nie wygasają!) już wygasły, a mówią o tym na przykład:

  • art. 36 prawa autorskiego, który określa jako podstawowy 70-letni okres ochrony od daty śmierci twórcy (albo od dnia pierwszego rozpowszechnienia, etc.), w oryginale „Z zastrzeżeniem wyjątków przewidzianych w ustawie, autorskie prawa majątkowe gasną z upływem lat siedemdziesięciu„;
  • art. 98 pr.aut., który określa 50-letni okres ochrony dla praw do nadań programów przysługujących RTV, po którym to okresie prawo to gaśnie„;
  • art. 2 ust. 2 pr.aut., w myśl którego można rozporządzać i korzystać z opracowania cudzego utworu nawet bez zgody twórcy utworu pierwotnego, pod warunkiem, że „autorskie prawa majątkowe do utworu pierwotnego wygasły„;
  • art. 95 pr.aut., który mówi o 50-letnim okresie wygaśnięcia szeregu praw do fonogramów i wideogramów.

Każda z opisanych powyżej konstrukcji prawnych to „wygaśnięcie”; chociaż tekst ustawy nie posługuje się pojęciem „domeny publicznej”, należy rozumieć właśnie w taki sposób — jako utratę monopolu autorskiego. Od tego momentu uprawniony (twórca albo podmiot, który kupił prawa od twórcy) nie może domagać się innych osób ani wynagrodzenia za korzystanie z jego utworu, ani też sprzeciwiać się korzystaniu z utworu w dowolny bez jego zgody lub wynagrodzenia.

Słowem: bujda na resorach wsparta niezłym tupetem (co skądinąd widać w piśmie rozsyłanym do osób, które rzekomo piratowały „Noc żywych trupów”).

PS w odpowiedzi Bailey & Morgan jest jeszcze jeden niezły passus, cytuję:

(…) osoby które otrzymały od nas upomnienia i zgłosiły się do nas, w sytuacji gdy nie posiadały żadnych innych naruszeń na swoich kontach otrzymywały po prostu upomnienie oraz informację iż na chwilę obecną od roszczeń odstępujemy (…)

„otrzymywały po prostu upomnienie” — uff, przednia informacja, ale właściwie jakie będą konsekwencje takiego upomnienia? czy za 3 upomnienia karniak? czy po prostu staję na budzie? (przypomniał mi się początek podstawówki…).

PPS widzę, że dziś znów przyatakowały wezwania Lex Superior sp. z o.o. — zaniepokojonych lub po prostu ciekawych P.T. Czytelników odsyłam do dwóch tekstów poświęconych tym roszczeniom: Kancelaria Lex Superior — wezwania na 750 złotych oraz Lex Superior i licencja na zabijanie — w BitTorrent?

  • Ailoo

    a moze to jakis nowy sposób na wyłudzenie danych od takich zgłaszajacych sie osob?

  • Tego nie wiem, natomiast raczej na pewno „kancelaria” jest po prostu swoistą firmą inwestycyjną:

    We offer anti-piracy monetization.
    The role of the investor.

    The investor pays the costs associated with court cases – it’s fast, good and secure investment. Why?
    • We rely on precedents and existing results of other trials – we do not create new standards, we use existing ones. As a result, the outcome of the trial is obvious from the beginning.

    • A high percentage of return – an investment in the lawsuits is probably the safest and most profitable investment market at the moment.
    • Unlimited resources – in total, we represent tens of thousands of titles in 4 countries.

    Want to become an investor?

    Go to contact and ask for details.

    Czyli: bank da ci góra 2% na rocznej, wino może skwaśnieć, szkocką można wypić, pareto czy inna nomura to ryzyko z KNF lub UOKiK — tymczasem inwestycja w roszczenia antypirackie jest „czysta i sprawiedliwa”, a w dodatku przy niskim nakładzie powinna dać niezły przychód.

    Najwyraźniej w przypadku „Night of the Living Dead” inwestycja nie wypaliła, albowiem strzał w ściągających film, co do których prawa wygasły — i przeszły do domeny publicznej — okazał się kompletnie niecelny…

  • Tomasz Minkiewicz

    Czy dobrze rozumiem, że art. 98 (o wygaśnięciu po 50 latach praw RTV), w połączeniu z art. 2 (o opracowaniach cudzych utworów), oznaczają, że np. współcześnie pokolorowany film telewizyjny sprzed pół wieku albo zremasterowane przedwojenne nagranie Kiepury znajdują się w domenie publicznej i wolno je swobodnie rozpowszechniać, a z pokolorowania czy zremasterowania nie wynikają żadne prawa obowiązujące teraz?

  • Adam314

    To chyba podpada pod utwór zależny, który ma osobną ochronę praw autorskich majątkowych.

  • Żuraw

    Hmmmm, a czy na gruncie prawa polskiego istnieje pojęcie np. zupy pomidorowej? Bo – idąc tropem Bailey & Morgan – jeżeli nie ma, to jak komuś wyżrę (albo wręcz zajumam w barze mlecznym), to nie można mnie pozwać.

  • Tak :) To oznacza, że można sobie wziąć taki stary utwór i coś z nim zrobić, ale te „już zrobione” są chronione „same przez się”.

    Mój ulubiony przykład to muzyka Beethovena: każdy może wziąć nuty i je wydrukować, a nawet zagrać, ale zarejestrowane nagrania podlegają ochronie jak każde inne wykonanie.

  • There’s no such thing as tomato soup :)

  • Może jeszcze zarzucę ciekawym linkiem:

    http://domenapubliczna.org/ — ze szczególnym uwzględnieniem http://domenapubliczna.org/kto/

    i jeszcze to http://domena.koed.org.pl/

  • No i jest ciąg dalszy: skarga do OIRP na radcę prawnego:

    http://di.com.pl/news/51608.html