W sprawie plagiatu w wywiadzie dla Malemen — karty na stół

A teraz coś z całkiem innej beczki ;-) Mamy oto dzień oświadczeń i zaprzeczeń: najpierw spółka Software Hauptstadt sp. z o.o. zaprzeczyła, by miała cokolwiek wspólnego z wezwaniami do zmian w regulaminach wysyłanych przez Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Praw Konsumentów (przy czym wszystkie dostępne poszlaki pozwalają twierdzić z dużą dozą prawdopodobieństwa, że zaprzeczając mijają się z prawdą), teraz zaś okazuje się, że Robert Kiełb — pechowy rozmówca „Malemen”, w wywiadzie z którym pojawiły się nader obszerne passusy z bloga Romana Zaczkiewiczazaprzecza, iżby w ogóle udzielał temu czasopismu jakiegokolwiek wywiadu!

Przypomnijmy, że w poprzednim odcinku doszliśmy do tego, że wywiad okazał się plagiatem, w następstwie czego wydawca „Malemen” oświadczył, że wywiad został udzielony za pośrednictwem listeli, zaś Robert Kiełb miał udzielić odpowiedzi na pytania zadane przez Kaję Burakiewicz właśnie tymi (spisanymi) słowami. Redakcja pokajała się — jednak wyłącznie za to, że została wprowadzona w błąd przez rozmówcę udzielającego wywiadu.

Dziś dowiadujemy się, że wywiadu w ogóle ponoć nie było. Jak pisze Robert Kiełb w listelu przesłanym do autora bloga Szarmant.pl„nie udzieliłem bowiem tego wywiadu”, zaś treści do bloga miały być pokazywane dziennikarzom jako inspiracyjne „linki referencyjne”. Co ciekawe nie stoi to na przeszkodzie — w następnym zdaniu — twierdzeniu, że dotychczas wszystkie jego wywiady dla „Malemen” były autoryzowane — „i tego również oczekiwałem tym razem”.
Tu duża wątpliwość: skoro Robert Kiełb nie udzielał wywiadu, to na jaką autoryzację mógł liczyć?! Czyżby miało to sugerować jeszcze jedną naganną praktykę, o której tylko słyszałem: kompilowania treści wywiadów przez redaktorów, którym tak zależy na wypowiedzi udzielonej przez „sławę”, że pozwalają sobie na przygotowanie wypowiedzi w całości na podstawie jakichś ciekawostek przesłanych przez „rozmówcę”  — i puszczenie tego do publikacji dopiero po akceptacji indagowanej osoby??! Przecież to absurd… Tak się ponoć robi w kiszkowatych pseudo-serwisach internetowych, ale redakcja renomowanego drukowanego czasopisma by sobie na to nie pozwoliła…

Bez dwóch zdań ktoś się mija z prawdą. Dzięki temu, że obie strony mówią: doszło do listelowej wymiany korespondencji — łatwo będzie można wykazać, komu przytrafiło się łgarstwo. Zatem, Panowie i Panie — korespondencja na stół. Tylko w ten sposób można uratować własne dobre imię.



Jak to mówią: mówisz i masz: redakcja „Malemen” opublikowała kolejne oświadczenie, będące odpowiedzią na wypowiedź Roberta Kiełba przesłaną do Romana Zaczkiewicza, cytuję:

Pan Robert Kiełb w swoim oświadczeniu pisze nieprawdę, twierdząc, że nie udzielił wywiadu, a zamiast tego przesłał linki i referencje, zaś tekst został opublikowany w magazynie MaleMEN bez jego zgody i wiedzy.

Po zapoznaniu się z oświadczeniem Pana Roberta Kiełba z dnia 23 stycznia 2015 roku jesteśmy zmuszeni zareagować zdecydowanie, publikując całą korespondencję między naszą dziennikarką, Kają Burakiewicz a Panem Robertem Kiełbem, historykiem ubioru i stylistą.

W wymianie tej jasno widać, że Pan Robert (z powodu choroby) sam zaproponował, by mu przesłać pytania w formie pisemnej, na które odpowiedział gotowym tekstem. Nie były to, jak twierdzi, linki ani referencje, lecz gotowe odpowiedzi na przesłane pytania. Nie pada żaden komentarz dotyczący źródeł, nie ma ani jednej informacji, że przesłane odpowiedzi są cytatami lub fragmentami przekopiowanymi z bloga bądź innej publikacji. Jedyny przesłany link (do strony www.meskieinspiracje.com) potraktowaliśmy jako żartobliwy gest ze strony Pana Roberta i nie zamieściliśmy żadnych informacji z przesłanej strony. W żadnym miejscu nie pada jakiekolwiek odwołanie do bloga Szarmant, prowadzonego przez Pana Romana Zaczkiewicza.

Odpowiedzi na pytania Kai Burakiewicz Pan Kiełb napisał w pierwszej osobie. Dowodem na to jest, iż w jednej z przesłanych odpowiedzi Pan Robert Kiełb pisze, że oddaje głos Piotrowi Szarocie i cytuje jego wypowiedzi, oznaczając je cudzysłowem. Był to jedyny fragment oznaczony jako cytat cudzej wypowiedzi.

Jedyną prawdziwą informacją w oświadczeniu Pana Roberta Kiełba jest fakt, że wielokrotnie z nami już współpracował, udzielając wywiadów dotyczących historii mody męskiej i stylizując dla nas sesje mody. Pan Kiełb miał pełną świadomość, że tekst – tak jak trzy poprzednie materiały cyklu – zostanie opublikowany w formie wywiadu w magazynie MaleMEN. Jednocześnie Pan Kiełb nie prosił o autoryzację tekstu, a po publikacji (29 grudnia 2014 roku) prosił Kaję Burakiewicz o przesłanie materiałów w formie plików pdf (co także znajduje się w korespondencji z Kają Burakiewicz).

Pan Robert Kiełb jest stylistą i historykiem ubioru. Udzielając wywiadu Kai Burakiewicz występował w roli eksperta. Nie było więc żadnego uzasadnienia, by sprawdzać oryginalność jego wypowiedzi.

Byliśmy pewni, że uda nam się tę sytuację wyjaśnić polubownie, bez konieczności upubliczniania korespondencji. Jeszcze przed publikacją naszego oświadczenia z dnia 21.01.2015 próbowaliśmy się skontaktować z Panem Robertem Kiełbem, ale nie mógł rozmawiać, nie oddzwonił, ani nie odpowiedział na wiadomość sms. Dziś też nie odbierał od nas telefonu.

Do powyższego oświadczenia dołączamy plik z zapisem oryginalnej wymiany między Kają Burakiewicz a Panem Robertem Kiełbem, dotyczącej powstawania wywiadu zatytułowanego „Zmierzch elegancji”. Mamy nadzieję, że to ostatecznie zakończy dyskusję dotyczącą kulisów powstawania wywiadu i jego autentyczności.

PS Nie do wiary: oni to naprawdę tak załatwiali, na Fejsbóku. A ten „zajebisty tekst” powstał poprzez „właśnie sklejam i ci wysyłam” bo „siedziałem wieczorem i szukałem” — Kiełb zdaje się wprost pisze do Burakiewicz, że wywiad powstał metodą CTRL+C, CTRL+V, co ta wydaje się łykać jak pisklę robala… Wychodzi na to, że „Malemen” powinien zrezygnować ze współpracy z obiema zamieszanymi w aferę osobami, bo to ustawka była…

  • jak można być tak naiwnym w dobie google, internetu, „google nie zapomina” itd. ? Jak?

  • Jeżeli ta rozmowa z fejsbóka nie jest sfałszowana (co przecież nietrudne) to nie widzę tutaj winy Kai Jakiejśtam ani ustawki. Czym się różni przesłanie tekstu mailem od przesłania tekstu fejsbókiem?

    Jedyne co nie gra to zrobienie z tekstu/felietonu wywiadu. Ale nie wiem, nie czytałem tekstu wywiadu ..

  • Odnoszę wrażenie, że pada wyraźna informacja: szukałem, skleiłem — dostałaś. Zdarzało mi się udzielać wypowiedzi mediom, także w formie listelowej, jednak nigdy nie musiałem niczego zlepiać, wystarczało, że przelałem na „papier” to co myślę (lub wiem ;-)

  • Korespondencja fejsbókowa właśnie znikła z ich oświadczenia. W związku z tym muszę się posiłkować tym co pamiętam że przeczytałem, a pamiętam sformułowanie które nijak nie świadczy o tym że się sklejało cudze.

    Jeżeli przygotowuje tekst 3 dni i jest popędzany, to nie ma nic niezwykłego w tym że ma go rozwalonego po fiszkach i musi to wszystko zebrać do kupy, przejrzeć, usunąć błędy stylistyczne, ogólne dopieszczenie. Na to też czasem się mówi „kleić”.

  • Widać, że w Malemen wszystko pojawia się i znika, teraz na stronie jest takie oświadczenie:

    „Publiczne pranie brudów czas kończyć. Niniejszym informujemy, że strony sporu (nazwanego już przez sieć #szarmantgate) postanowiły się spotkać i porozmawiać bez nerwów. Bezspornie doszło do naruszenia własności intelektualnej i wzajemnych oskarżeń oraz przerzucania się odpowiedzialnością. Wierzymy jednak, że nikt w tej sprawie nie miał złych intencji, ani nie próbował cynicznie nikogo oszukać, a do wykorzystania cytatu bez podania źródła doszło przez godną pożałowania nieuwagę. Wierzymy również, że wszyscy wyniesiemy z tej sprawy ważną naukę.”

    A więc „wykorzystanie cytatu bez podania źródła”… ;-)

  • Anna Janicka-Galant

    Mnie to zupełnie nie dziwi. Pani Pakosińska nawet dialogi sklejała metodą kopiuj-wklej. Nie mówiąc o przeklejkach od kilkudziesięciu autorów i z różnych pozycji (książki, internet) Dla tych, którzy nie widzieli podrzucam przykłady, iście edukacyjne… https://www.flickr.com/photos/artur-binkowski/sets/72157639062775356/
    A jak się część sprawy zakończyła tutaj – http://obliczagruzji.monomit.pl/recenzje/georgialiki-ksiazka-pakosinsko-gruzinska-i-internetowa

  • BZDETNET

    Spryciarze jak widać chętnie tłumaczą jumanie cudzej pracy „problemami z umiejętnością cytowania”. To może by przeszło przy absolwencie gimnazjum.

  • Może to są absolwenci gimnazjum?

    Miał ktoś to „Malemen” w ręku? Jaki to właściwie jest „target”?

  • No więc po ponowniej lekturze nie widzę tam nic co by miało świadczyć o współpracy Kaii Burakiewicz w plagiacie. „Właśnie sklejam i wysyłam” oznacza dla mnie „ostatni szlif robię”.

    „Siedziałem wieczorem i szukałem” trochę zapala lampkę ostrzegawczą, ale po fakcie. Przed faktem na miejscu K.B. bym nie zauważył.

  • Oczywiście, to kwestia interpretacji — dowodów na to, że dziennikarka wiedziała co robi ekspert nie ma, są poszlaki. Natomiast wiedząc co zrobił ekspert widzimy, że dokładnie o tym mówił.

    Co było poza tym fejsbókiem (telefon, listel — widać, że są w dobrej komitywie) — nie wiemy i się raczej nie dowiemy.