„McImperium”: film, po którym można mieć niestrawności (po historii sieci McDonald’s, nie po filmie)

Czy można coś zjeść w Makdonaldzie i nie poczuć dyskomfortu? Przyznam, że nie wiem. Ale czy można obejrzeć film o historii sieci McDonald’s i ustrzec się niestrawności? Po obejrzeniu filmu McImperium” śmiem twierdzić, że… sam nie wiem.


McImperium recenzja Filmu

„McImperium” to trzecia bardzo dobra rola Michaela Keatona w ciągu dwóch lat. Wygląda to tak jakby Keaton — ćwierć wieku po ostatnim „Batmanie” Tima Burtona i 20 lat po epizodzie w „Jackie Brown” Tarantino — odżył!


W dużym skrócie i nie paląc tematu: „McImperium” to opowieść o facecie nazwiskiem Ray Kroc (w tej roli bardzo dobry Michael Keaton) — obnośnym handlarzu wszystkim co związane ze spożywką, któremu wszystko wcześniej szło średnio — oraz o tym jak wymyślił i stworzył sieć fast-foodów McDonald’s — aby następnie w średnio elegancki sposób przejąć biznes z rąk twórców, braci McDonald.

Fabularyzowany realizm jest właśnie najmocniejszą częścią filmu. Widzimy drobnego obwoźnego sprzedawcę, który średnio przędzie, ale któremu udaje się namówić braci McDonald — którym udało się zbudować sprawną i lokalnie popularną knajpę — do pójścia we franczyzę. A ponieważ Dick i Mac McDonaldsowie stawiają na jakość i etykę w biznesie (jak szejk jest „z mlekiem”, to z mlekiem, nie „z proszkiem”) — rychło okazuje się, że to nie są rzeczy dla uczciwych ludzi.
Kroc przejmuje interes w nieszczególnie uczciwy sposób — podstępem, a poza tym „umowy są po to, by je łamać” — no i mamy to co mamy.

Czy film „McImperium” można polecać jako podręcznik prowadzenia interesów? Wiem, że swego czasu życiorys Raya Kroca służył jako motywator biznesowy — do dziś pamiętam, że najważniejsza okazała się wiedza, że McDonald’s tak naprawdę nie zarabia na jedzeniu, lecz na ziemi (w filmie jest to wytłumaczone w bardzo przystępny sposób) — i chociaż czuję, że przecież takiej kariery nie da się po prostu naśladować, wierzę, że pewne reguły są stałe i niezmienne (jak np. obniżanie jakości produktów sprzedawanych w popularnych sieciach; wystarczy porównać popularne wyroby Ikei lub spojrzeć na moje dżinsy H&M, które naprawdę mają kilkanaście lat).

A film sam w sobie naprawdę polecam, nie trzeba być miłośnikiem fast-foodów — ani metod biznesowych Raya Kroca — żeby docenić przykrą ironię przesłania.

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
b52t
Gość
b52t

Się wybieramy, ale to za dwa tygodnie. Choć widzą, że Manchester by the Sea zniknął z ekranów tak szybko obawiam się, że może nie przetrwać tak długo w kinach.
Byliśmy za to wczoraj na „Sztuce kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” – całkiem, całkiem. Reklamują to jako film twórców „Bogowie”, prawdę mówiąc nie wiem ilu z twórców się powtarza, ale opowieść, jest ciekawa, dobrze zrobione. Jest też pewien smaczek, mrugnięcie okiem, czy może żart do „Bogowie”, ale to dosłownie pięć sekund, więc trzeba to wyłapać.

Olgierd Rudak
Gość

To w zamian za opowieść o Wisłockiej wczoraj z płyty puściłem „Różyczkę”.

Nieodmiennie wyczekuję na „Trainspotting 2” — jeśli film będzie w 1/2 tak dobry jak ten sprzed 20 lat, wchodzę w ciemno.

b52t
Gość
b52t

Z obsuwą, ale obejrzeliśmy. Film jest bardzo ciekawy jeśli chodzi o patrzenie na robienie biznesu, ale tylko do momentu, gdy Ray nie dowiaduje na czym robić pieniądze i jak przestać się martwić o braci Mc. Choć być może dla innych jest to tylko bezwzględność, którą trzeba mieć w biznesie, żeby mieć „odpowiedni” „sukces”. Dużo można by gadać o etycznej stronie biznesu, bo to ostatnio znów modny temat, ale wieloaspektowość tego zjawiska, jak osobniczo w filmie, jaki i ogólnie, powoduje, że musiałbym pisać za dużo i bez pointy. Keaton, no cóż, klasa sama w sobie. Po Birdmanie i Spotlight kolejny film,… Czytaj więcej »