Obietnice ministra to nie przyrzeczenie publiczne

A skoro już wiemy, że obietnice kandydatów ubiegających się o jakieś stanowisko polityczne nie są przyrzeczeniem publicznym i nie można ich dochodzić przed sądem — to może chociaż da się tak potańcować z jakimś nowym ministrem?


obietnice ministra przyrzeczenie publiczne

Bezimienny poseł Czarnecki zaczyna kampanię — obiecując „przyszłość w młodych rękach” (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Nie, nie będę budował atmosfery niepewności — taka sprawa też była przedmiotem rozważań wymiaru sprawiedliwości. Otóż w wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu z 19 września 2007 r. (IV SA/Po 154/07) powiedziano, że:

Wystąpienie publiczne osoby piastującej funkcję publiczną co do podjęcia starań dla skierowania środków pochodzących od podatników na rzecz danej grupy społecznej może być jedynie postrzegane jako wystąpienie polityka, który ponosi za nie odpowiedzialność w kolejnych wyborach parlamentarnych.

Tu akurat sprawa była o tyle prostsza, że obywatel skarżył decyzję w sprawie zasiłku celowego wydaną przez Kierownika Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej (ściśle: decyzję Samorządowego Kolegium Odwoławczego w sprawie tej decyzji). Nie chodziło zatem o próbę przekonania ministerstwa rolnictwa do uczynienia czegoś, co zostało wcześniej obiecane.
Co ciekawe skarżący sprawę wygrał, tj. skarga została uwzględniona, decyzje uchylone — ale co dalej w sprawie, naprawdę nie wiem.

34 comments for “Obietnice ministra to nie przyrzeczenie publiczne

  1. MR
    17 czerwca 2015 at 09:19

    I to mnie drażni. Nawet kandydaci na posłów nie odpowiadają za niedotrzymanie obietnic.

    • 17 czerwca 2015 at 10:51

      Ująłbym to następująco: każda osoba wybrana na jakieś stanowisko i podlegająca ew. reelekcji ponosi odpowiedzialność poniekąd najwyższą — bo może jej się drugi raz nie udać.

      Pytanie do elektoratu: czy raczy pamiętać? No i druga sprawa — czy ma alternatywę?

      • MR
        17 czerwca 2015 at 11:06

        Tak, pominąłem to jako oczywiste i nic niewarte. Co wkurza, to że jakiś typ najpierw coś obiecuje, a potem głosuje przeciw, bo tego wymaga dyscyplina partyjna. Chciałoby się zapytać : kto cię, gnoju, wybrał i wobec kogo powinieneś być lojalny. Ale mógłby uznać to za obrazę i nawet pozwać do sądu, a poza tym – hehehe – wybrał go partyjny kacyk, dzięki ordynacji proporcjonalnej.

        • 17 czerwca 2015 at 11:15

          Skoro już idealizujemy JOW-y… nasi kochani senatorzy są wybierani w JOW-ach ale nie słyszałem by dyscyplina klubowa była tam szczególnie lżejsza…

          • b52t
            17 czerwca 2015 at 11:26

            Czyli co? 6 września głosujemy na „nie” dla JOW, czy ściślej wykreśleniu proporcjonalności ? ;]

            • 17 czerwca 2015 at 11:36

              Głosuję za JOW-ami :) Proporcjonalna nie daje najmniejszych szans na samodzielność — JOW jest jak ta wędka, z której każdy skorzysta jak potrafi najlepiej.

              • b52t
                17 czerwca 2015 at 11:57

                Wiadomo, wiadomo, ale już mi się podoba to urabianie ludzi, te grafiki ile to jakie partie, że to tyko wzmocni oligopol, czy też duopol, a Kukizów nie będzie prawe w cale, a jeśli już to na pewno mniej niż mniejszości niemieckiej.

              • 17 czerwca 2015 at 11:59

                Błąd w tych wyliczeniach bierze się jak sądzę z tego, że sumują głosy, dzielą przez liczbę mandatów i przez jednomandatowe okręgi — wychodzi figa, bo nie starcza. Ale nie starcza z takiego przeszacowania proporcji.
                Tymczasem takiemu facetowi może starczyć, właśnie dlatego, że wystarczy, że mu starczy lokalnie :)

              • b52t
                17 czerwca 2015 at 12:32

                Możemy to wiedzieć, możemy tak to rozważać, ale ważniejsze jest urabianie ludzi.
                To samo co było z lekarzami i „pakietem onkoligicznym” już-na-szczęście-ex-ministra Arłukowicza – najpierw dzielnie i mężnie bronili rządu, a 3 tygodnie później zaczęli pisać i mówić, że jest kiepsko i jest to mocno nie dopracowane.
                No, ale ważniejsze było urabianie ludzi. Media i rządzący latają już w stratosferze, nie mając pojęcia co się dzieje tutaj na dole.

        • b52t
          17 czerwca 2015 at 11:23

          Polityk, mając do wyboru obrazę kliku głosujących a śmiertelny foch genseków, czyli nie wzięcie go pod uwagę jako kandydat lub wrzucenie na miejsce niewybierające, z jego punktu widzenia nie ma co zrobić, jak iść za głosem lidera.

          • 17 czerwca 2015 at 11:26

            O, to jest bardzo słuszne spostrzeżenie.

            • MR
              17 czerwca 2015 at 11:49

              Trochę odbiegamy od tematu, którym jest pytanie: czemu ode mnie – gdy obiecam nagrodę za pomoc lub cokolwiek innego – można się domagać spełnienia obietnicy, a od politykierów już nie? Proszę pana rednacza o wyjaśnienie toku rozumowania sędziów.

              A tak na marginesie: czy za opowiadanie pierdół nie można by karać urzędasów w oparciu o zapisy ustawy o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych lub ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. (Coś mi mówi, że nawet jeśli można, to nie można.)

              • 17 czerwca 2015 at 12:01

                Ponieważ nie jest to zobowiązanie cywilnoprawne. Podobnie jak „damy pracę każdemu” nie jest zawarciem umowy o pracę (albo zlecenia). Albo „zlikwidujemy umowy śmieciowe” nie jest nowelizacją kodeksu cywilnego.

                Za ględzenie w ogóle bym nie karał, karać trzeba za decyzje, ale nie za opowiadanie głupot. Moim zdaniem największą karą jest śmieszność wśród publiczności — wystarcza (w świecie, gdzie ludzie się przejmują czymś takim jak reputacja).

              • MR
                17 czerwca 2015 at 12:30

                Ale mi chodzi o sytuację kandydata, który – w razie wygranej – dostanie wszystkie możliwe apanaże należne posłowi. Gwarantem i stroną jest chyba Skarb Państwa, ale gdyby nie głosy wyborców nie byłoby tej kapustki.

              • b52t
                17 czerwca 2015 at 12:34

                Z czystej ciekawości jak sytuacja poślionengo ma być porównywalna z tą osoby fizycznej? Czy to, że ma milusią wypłatę z naszych podatków czyni z owych obietnic coś bardziej wiążącego?

              • MR
                17 czerwca 2015 at 12:38

                Gdyby nie bajki, które opowiadał podczas wyborów (a od których odciął się po wygranych wyborach), nie byłby posłem.

              • b52t
                17 czerwca 2015 at 12:55

                No dobrze, to oczywiste, kandydat gada, wystaje wybrany, dostaję kasę za posłowanie, ale dalej nie widzę związku. Co miałoby czynić z jego gadaniny coś tak samo, a może bardziej wiążącego niż słowa Jasia Kowalskiego, który deklaruje: za znalezienie psa dam 1000 zł; albo: za pomoc w odnalezieniu córki 15000 zł.

              • Art
                17 czerwca 2015 at 13:02

                Nagroda za odnalezienie psa lub córki należy się pod warunkiem, że pies lub córka zostaną odnalezione, mamy więc coś za coś. Podobnie jest z byciem posłem – ktoś zostaje posłem bo obiecał głosować w określony sposób. Różnica jest tylko taka, że kandydat na posła dostaje zapłatę z góry (najpierw zostaje wybrany, a potem musi dotrzymywać obietnic), natomiast właściciel psa/córki płaci z dołu, czyli dopiero po dostarczeniu psa lub córki.

              • 17 czerwca 2015 at 13:18

                No to jeszcze trzeba zrobić tak, że każdy poseł startuje z pełną listą „to-do”, na której robisz „double-check”: mówił/zrobił.

                Gorzej, że lista może być rozbieżna, bo:
                – wyborcy Jasiowi spodobało się, że będzie gromił potępieńców,
                – wyborczyni Marysi spodobało się, że będzie dopłacał do invitro.

                A wybrany deputowany nie gromi potępieńców, ale do invitro dopłaca (tj. zagłosował na „tak”, ale dla urozmaicenia schematu traf chciał, że większości nie było).

                Pytanie: czy deputowanego należy pozbawić mandatu za niemanie względu na złożone obietnice?

              • 17 czerwca 2015 at 13:21

                Zresztą, po co tyle gdybologii — można porozważać to i tamto na przykładzie równoległego tekstu o zniesieniu obowiązku meldunkowego:

                https://czasopismo.legeartis.org/2015/06/zniesienie-obowiazku-meldunkowego.html

                Przypominam, że tytułowy minister nie pochodzi z wyborów powszechnych (zaś obecna szefowa MSW nawet nie jest posłanką).

              • Art
                17 czerwca 2015 at 13:42

                Wystarczająca powinna być istniejąca już instytucja przyrzeczenia publicznego regulowana przez kodeks cywilny, może tylko należałoby ją doprecyzować, aby sądy nie mogły sobie dokonywać tak swobodnej interpretacji.

              • b52t
                17 czerwca 2015 at 13:58

                Wraca: kandydat zostaje posłem, głosuje inaczej niż zapowiadał to ma się nie brać tego głosu posła pod uwagę i „automatycznie” powinien być zmieniony, czy tak?
                Brzmi to naprawdę ciekawie. Ubezwłasnowolnienie posła wersja totalna, to by było nawet lepsze niż dyscyplina partyjna. Co jeśli deklaracje będą wypowiadane na miękko, np.: „będę dokładał starań”;” jeśli nie zostaną podane przekonujące mnie kontrargumenty, to zagłosuję …” (to się nie zdarzy, ale dlaczego by nie popłynąć).

              • Art
                17 czerwca 2015 at 15:09

                Głos powinien być ważny i nie powinien być zmieniony. Czy nam się to podoba czy nie, mamy demokrację przedstawicielską, co oznacza, że posłowie są naszymi przedstawicielami. Ponieważ poseł jest jeden, a wyborców jego wielu, więc „umowa” cywilnoprawna między kandydatem na posła a wyborcami jest zawierana w taki sposób, że kandydat składa „ofertę” poprzez przyrzeczenie publiczne, a wyborcy przyjmują tą „ofertę” głosując na kandydata. Bycie związanym warunkami umowy lub warunkami oferty handlowej to nie jest ubezwłasnowolnienie – i tak samo zobowiązania wynikające z przyrzeczenia publicznego nie są ubezwłasnowolnieniem posła.

              • 17 czerwca 2015 at 15:25

                To oznacza, że poseł przed wyborami powinien spisać cyrograf, w polskiej tradycji zwany instrukcją poselską :) Wówczas mógłbyś go rozliczać — z tego, co zostało jasno i oficjalnie potwierdzone, bo raczej nie z tego co napytlował.

              • Art
                17 czerwca 2015 at 16:15

                To już jest dyskusja na temat tego ile warte są umowy ustne. Moim zdaniem ustna wypowiedź może być tak samo jasna i oficjalna co na piśmie. Oczywiście w obu przypadkach taka deklaracja musi być expressis verbis.

              • 17 czerwca 2015 at 14:00

                Czyli co: sąd orzeka, w trybie art. 189 kpc, że poseł się pomylił i głos zalicza się odwrotnie?

                A co jeśli kandydat mówił A w Pcimiu, zaś w Bergamutowie wypsknęło mu się B?

              • Art
                17 czerwca 2015 at 14:56

                Przecież tu nie chodzi o pomyłki, tylko o jawne robienie z gęby cholewy. Głosowania w Sejmie nie należy unieważniać lub zmieniać, natomiast powinno się wyciągać konsekwencje finansowe wobec posłów, którzy co innego mówią a co innego robią.

                Dobrą analogią może być Kolegium Elektorów w USA, to które wybiera prezydenta. Jak zapewne wiesz, prawo stanowe około połowy wszystkich stanów przewiduje kary dla tzw. faithless electors.

                Odpowiadając na pytanie: jeśli kandydat mówił A w Pcimiu a B w Bergamutowie, to w zależności od tego czy zrobił A czy B można go pozwać za niezrobienie B lub A.

              • 17 czerwca 2015 at 15:35

                Że połowy to nie wiem (że w ogóle są jakieś kary nie wiem, nie zastanawiałem się); Wikipedia podaje, że w 29 stanach (i D.C.), ale „these have never been enforced. In place of penalizing a faithless elector, some states, like Michigan and Minnesota, specify that the faithless elector’s vote is void”.

                Jak widać tylko raz niewiernym udało się zmienić wynik wyborów:

                https://en.wikipedia.org/wiki/Richard_Mentor_Johnson#Election_of_1840

              • Art
                17 czerwca 2015 at 16:01

                Tylko raz, bo też rzadko się zdarza, aby kandydaci na prezydenta i vice wygrywali z niewielką przewagą głosów w kolegium elektorskim. Unieważnianie głosów przez Michigan i Minnesotę to już drobna przesada, natomiast kary finansowe jak widzisz obowiązują w wielu stanach i kto wie czy poczet prezydentów USA nie byłby dziś inny gdyby tych kar nie było.

                W Sejmie tych „niewiernych” jest znacznie więcej, a byłoby mniej, gdyby musieli liczyć się z jakimiś konsekwencjami w trakcie trwania kadencji.

              • MR
                17 czerwca 2015 at 13:04

                Chyba się nie rozumiemy. Mnie drażni to, że typa, który obiecywał podczas wyborów obniżenie podatków, a będąc posłem głosował za zwiększeniem stawek podatkowych (lub jakikolwiek inny przykład) nie można pozwać w związku z niedotrzymaniem przyrzeczenia publicznego. Gdy je składał, nie był funkcjonariuszem publicznym, a obowiązek głosowania wbrew złożonej obietnicy nigdy nie wynika z ustaw, w którym to przypadku można by uznać, że poseł jest zwolniony z przyrzeczenia.

              • b52t
                17 czerwca 2015 at 13:12

                To pytanie praktyczne: o co by się wnosiło (jaka miałaby być sankcja)?
                Oddaj diety? Zróbcie jeszcze raz głosowanie i oddaj głos jak zapowiadałeś?
                No i w reszcie pojawia się pytanie: czy polityk nie ma prawa do zmiany poglądu w jakiejś sprawie, czy też jest związany swoją opinią przez co najmniej całą kadencję na którą został wybrany?

              • MR
                17 czerwca 2015 at 13:19

                Unieważnienie głosu byłoby zadowalające. Albo wręcz odpowiednia do obietnicy zmiana głosu. Ale to nierealne. Ogólnie, całą dyskusję uznaję co najwyżej za sposób rozładowania emocji, więc wiele nie mogę oczekiwać.
                A co do zmiany poglądów – mógłbym powiedzieć, że ją dopuszczam, ale wolę powiedzieć: trzeba było nie łgać (czy kupując na kredyt, można ot tak sobie powiedzieć wierzycielowi: nie zapłacę, pal gumę?).

              • 17 czerwca 2015 at 13:15

                Teoretycznie wystarczałaby instytucja odwołania mandatu („odgłosowania”). Było w konstytucji PRL, nie zdarzyło się — w literaturze przedmiotu jest traktowane jako wypaczenie (instytucja, nie brak zastosowania).

  2. Art
    17 czerwca 2015 at 12:46

    Sądy administracyjne nie zajmują się przyrzeczeniami publicznymi, to nie ich działka. Dlatego moim zdaniem przytoczony fragment uzasadnienia wyroku należy rozumieć w ten sposób, że wystąpienie publiczne osoby piastującej funkcję publiczną nie tworzy zobowiązań po stronie organu władzy publicznej, który wydaje decyzję administracyjną. Nie znaczy to jeszcze, że nie można prywatnie pozwać tego urzędnika/polityka za niedotrzymanie danego słowa.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.