„Nigdy cię tu nie było” [recenzja]

„Nigdy cię tu nie było” to dość trudny film, i w odbiorze, i dla niewprawnego recenzenta. Toteż dzisiejsza recenzja długa nie będzie.


Nigdy cię tu nie było recenzja

„Nigdy cię tu nie było”, reż. Lynne Ramsay, w roli głównej Joaquin Phoenix


W znacznym skrócie: dość brutalny film jest opowieścią o nieco Joe’m, nieco zwichrowanym mścicielu za pieniądze (w roli głównej niezły Joaquin Phoenix). Tym razem za 50 tys. dolarów ma odnaleźć uprowadzoną córkę polityka; zadanie wykonuje we właściwy sobie sposób — nie wiedząc, że wdepnął przy tym w niezłe bagno.
Momentami przypomina mi się „Leon zawodowiec”, ale jak sięgnę pamięcią głębiej, najbliżej mu chyba do „Taksówkarza”.

Nic dodać, nic ująć, zobaczyć warto, chociaż rzecz jest naprawdę niełatwa i nie dla każdego.

4 comments for “„Nigdy cię tu nie było” [recenzja]

  1. Ja
    15 kwietnia 2018 at 16:44

    Serio to ma być recenzja? :o

    • Olgierd Rudak
      15 kwietnia 2018 at 20:46

      Całkiem serio :)

  2. Ptolemeo
    16 kwietnia 2018 at 15:05

    Jakie filmy umieściłby Pan na liście (powiedzmy 10) swoich ulubionych?
    Jaki gatunek najbardziej Pan lubi, a jaki najmniej?
    Czy przepada Pan za kinem egzotycznym (Korea, Japonia, Bollywood)?
    Jeśli jest Pan wpisany na listę zawodową (adwokatów, radców, itp.), to czy okręg (izba, rada) organizuje Wam tzw. DKF (dyskusyjne kluby filmowe)? Jeśli tak, to co zwykle oglądacie?

    • Olgierd Rudak
      16 kwietnia 2018 at 15:55

      Ojej :)

      #0 nie odpowiadam na komentarze od „Pan” ;-)

      #1 wyciągnięta z kapelusza wyliczanka 10+ filmów, które jakoś odpowiadają moim ulubionym (alfabetycznie): „Autor widmo” (Polański jest fajny, więc też „Frantic”); „Bananowy czubek” (to chyba najstarszy film Allena jaki znam, grał oczywiście w „Casino Royale”, ale nie robił tego filmu, a poza tym „Scoop”, „Śpioch, „Wszystko gra”, „Zelig”); „Batman” (oba Tima Burtona, ale „Mroczny rycerz” też jest świetny); „Big Lebowski” (Coenowie, więc „Fargo, „Tajne przez poufne”, „To nie jest kraj…”); „Czas apokalipsy” (a więc „Ojciec chrzestny”); „Dogma” (ta Kevina Smitha, ale też „Jay & Silent Bob Strike Back”); „Gwiezdne wojny” (może bardziej „Imperium kontratakuje”?); „James Bond” (jako całość, ale najbardziej te stareńkie, np. „Thunderball”, chociaż „Casino Royale” i „Skyfall” oczywiście są świetne), „Kasyno” („Chłopcy z ferajny”, „Gangi Nowego Jorku”, „Infiltracja”); „Pulp Fiction” (hasłowo, bo przecież też „Bękarty wojny”, „Django”, „Jackie Brown”); „Trzy dni kondora”; „Upadek”; „Żądło” (a więc „Butch Cassidy & Sundance Kid”)… uffff….

      #2 sensacja, w kinie głównie dobra sensacja albo szalone komedie; najmniej to nie wiem, bo nie oglądam (tzw. komedie romantyczne, zwłaszcza polskie?);

      #3 Bollywood nie znam, pozostałych wschodnioazjatyckich też raczej nie (dzieckiem będąc oczywiście lubiłem „Wejście smoka”, kto nie lubił ;-)

      #4 nie jestem i nic nie wiem co oni mogą oglądać ;-)

      ufff…

Dodaj komentarz