A skoro rok temu na tutejszych łamach ukazała się pseudo-recenzja taniego niemieckiego piwa, które można kupić w plastikowej buteleczce-nietłuczce — dziś czas pójść za ciosem: oto jest Turmbräu Export.

Gwoli przypomnienia podróżującym: wspólny rynek UE oznacza także swobodę kupowania i przywożenia sobie towarów z zagranicy. W przypadku wyrobów akcyzowych wolność ta jest nieco ograniczona, tj. przywożący produkty zakupione na własny użytek jest zwolniony od tego podatku, acz pod warunkiem nieprzekroczenia limitów ilościowych, które wynoszą… 110 litrów w przypadku piwa, a w odniesieniu do wina — 90 litrów. Ładny mi własny użytek ;-)
Słoń a sprawa moja: korzystam z tych regulacji często i chętnie, acz do limitów nigdy się nawet nie zbliżyłem na jotę, i to nie w strachu przed absurdalnymi lub samozwańczymi kontrolami na granicy. Ładowności auta by nie zabrakło, miejsca w kufrze już prędzej… taki to ze mnie przemytnik.
Jakby ktoś pytał po co ten akapit i czy służy tylko jako wypełniacz: omawiane na tutejszych łamach piwo Turmbräu Export ma podobne pochodzenie: zgrzewka została kupiona w niemieckim sklepie sieci Penny, w cenie ok. 0,50 € za butelkę PET o pojemności 0,5 litra (plus Pfand w wysokości 25 centów — jak odwiozę, to oddadzą), przewieziona przez granicę bez najmniejszych komplikacji (tj. bez zatrzymywania się i gadania głupot). Bo przecież nie ma eksportu bez importu!
Jak smakuje bohater dzisiejszej pseudorecenzji? Zgodnie z niepisanym, międzynarodowym kodem producentów:
- zieleń na etykiecie sugeruje zawartość chmielową, gorzkawą, mocno orzeźwiającą — vide Turmbräu Premium Pils;
- kolorystyka ciemnoczerwona, wpadająca w jakieś bordo zarezerwowana jest dla piw nieco cięższych w smaku, bardziej słodowych — właśnie takich jak piwo Turmbräu Export.
I takie właśnie jest to piwo: tam gdzie pils raczy lawiną świeżości, wersja „export” wyraźnie zwalnia rozpęd, skłania do większej rozwagi… co oznacza, że kolejnym razem z pewnością będę grał w zielone.
(Turmbräu Export; fot. Olgierd Rudak, CC BY-SA 4.0)