JOW a ordynacja proporcjonalna — tu wady i zalety, tam wady i zalety

W najbliższych dniach można się spodziewać masy analiz i felietonów — misz-masz zamierzony — zmierzający do wykazania wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy.
Lub vice-versal.

Słyszę, że wybory zorganizowane według ordynacji większościowej i okręgi jednomandatowe grożą monopartyjniactwem, w najlepszym przypadku duopolem partyjnym.


ordynacja JOW

Zalety ordynacji proporcjonalnej: dużemu jeszcze więcej, małemu zabrać (dane dot. wyników we Wrocławiu, 2011 r., za PKW.gov.pl)


Przykładów wiele, modelowe to: w Zjednoczonym Królestwie rządzi wieloletni tandem Torysi-Wigowie, później Konserwatyści-Liberałowie, dziś raczej PK-Partia Pracy, na pozycji trzeciej siły Szkoci wyparli Liberalnych Demokratów. Za oceanem natomiast teraz liczą się tylko Demokraci i Republikanie, third parties najlepiej wyglądają jako hasło w Wikipedii — podobnie zresztą jak lista osób ze świecznika powiązanych z jednym z takich ugrupowań).


jow-wady-zalety

Kolejna zaleta proporcjonalnego liczenia głosów: koń pociągowy załatwia mandat słabszym kandydatom, byle z tej samej listy (dane dot. wyników we Wrocławiu, 2011 r., za PKW.gov.pl)


Ale czy to oznacza, że winna petryfikacji politycznej jest zasada, że mandat parlamentarny obejmuje ten kandydat, który dostał najwięcej głosów — więcej niż połowę, jeśli istnieje wymóg większości bezwzględnej?

Moim zdaniem nie i jeszcze raz nie: to właśnie ordynacja JOW i zliczanie głosów i „przydzielanie” mandatu temu, kto przekonał do siebie większość wyborców z danego okręgu jest szansą na pojawienie się kandydata niezależnego, kandydata znanego i cenionego w lokalnej społeczności, kandydata a-partyjnego. Istnieje zagrożenie dwupartyjności, ale po pierwsze jak widać liczenie głosów metodą d’Hondta nie uchroniło nas od duopolu Platformy i PiS (proporcjonalnie rozkład w ławach poselskich na Wiejskiej wygląda dość podobnie jak w Westminsterze), a po drugie to właśnie sprowadzenie wyborów do rangi zmagań lokalnych jest szansą na odskocznię od wielkiej ogólnopolskiej polityki.
Czy wyobrażacie sobie, że podczas kampanii latem 1945 r. Winston Churchill walczył o głosy wyborców w swoim okręgu? Nie spoglądał na elektorat z billboardów, nie strzelał bon-motami w BBC — po prostu szedł do wyborców?

Pozwoliłem sobie też ściągnąć ze strony Państwowej Komisji Wyborczej dwie tabelki obrazujące rozkład głosów i mandatów we Wrocławiu podczas wyborów do sejmu w 2011 r. Jaki skutek ma zastosowanie ordynacji proporcjonalnej, przy której używa się magicznych formułek matematycznych? Takie moje bardzo szybkie wnioski (nie starałem się o żadną analizę):

  • połowa głosów na listę PO dała 2/3 mandatów w okręgu,
  • ćwiartka głosów na listę PiS dała ździebko przeszło ćwierć mandatów,
  • prawie co dziesiąty głos Ruchu Palikota oznaczał 7,14% mandatów z okręgu,
  • indywidualnie genialny wynik miał Bogdan Zdrojewski (150 tys. głosów czyli 30% w okręgu),
  • ale na jego plecach na Wiejską zajechało paru posłów, którzy być może w jednomandatowych okręgach… no właśnie, może by nie musieli wysłuchiwać, że ledwie zebrał 5302 głosów, bo ordynacja JOW pozwoliłaby mu rozwinąć skrzydła „u siebie” i dostałby człowiek się do parlamentu za własne osiągnięcia.

Słowem: dużemu jeszcze więcej, średniemu średnio, małemu zabrać, drobnicę pominąć. Czy to się nazywa „proporcja”?!

Wracając do JOW: licząc na oko wybory do Izby Poselskiej zorganizowane wg pomysłu prezydenta — 460 posłów w 38-milionowym narodzie — to okręg dla mniej-więcej 82 tys. obywateli (wyborców będzie mniej, wiadomo: czynne prawo wyborcze od 18 urodzin). W wyborach 2011 r. w OKW Wrocław na 980.670 wyborców (nie: mieszkańców!) przypadło 14 mandatów poselskich; jak to podzieliłem wyszło idealnie 70.000 głosów na jeden mandat.
Wychodzi na to samo, a jednak JOW zyskuje na przejrzystości.