Bezpośrednie stosowanie konstytucji a sprawa polska

Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia obywatelom wolność słowa, druku, zgromadzeń i wieców, pochodów i manifestacji. — art. 71 ust. 1 konstytucji PRL z 1952 r. (Dz.U. nr 33 poz. 232)

Po niedawnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie „ustawy naprawczej” (K 47/15) pojawiło się tu i ówdzie sporo pytań o bezpośrednie stosowanie konstytucji — począwszy od prostego: po co to? aż do trudniejszego — dlaczego dopiero teraz? A ponieważ ustrój państwa to mój konik (gdzie w poglądach miotam się gdzieś pomiędzy anarcho-kapitalizmem a liberalnym konserwatyzmem…), pozwolę sobie popełnić kilka zdań, które może niekoniecznie rozjaśnią każdemu temat, ale przynajmniej dadzą asumpt do rozważań (na które nigdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno).


Bezpośrednie stosowanie konstytucji

Konstytucja PRL z 22 lipca 1952 r. została opublikowana w Dzienniku Ustaw już 23 lipca. Rekord ten udało się wyrównać dopiero po 63 latach.


Dla ułatwienia pozwolę sobie wyjść od art. 71 ust. 1 konstytucji obowiązującej w Polsce w latach 1952-1997 (przy czym od 1992 r. była to jedna z dwóch ustaw konstytucyjnych) — czyli przepisu gwarantującego każdemu obywatelowi PRL wolność słowa, wolność druku, wolność zgromadzeń oraz wolność manifestacji. Słowem: solidny liberalny fundament, który w carskiej Rosji obowiązywał od 1905 r. — zachowany także pod rządami komunistów.

No właśnie: czy aby na pewno? Wolność słowa i druku — a mnie się przypomina Kisiel, który nie tylko boksował się z cenzurą, ale pomstował (z ław poselskich, a jakże) na niejawność działań GUKPPiW. Wolność zgromadzeń — a przecież wiemy, że co do zasady w PRL sprzyjano tylko takim formom wyrażania poglądów politycznych, które były zgodne z poglądami władzy (a reszta nie istniała — nb. to samo odnosiło się do prawa zrzeszania się (art. 72 ust. 1 konstytucji PRL), które przecież nie obejmowało organizacji, których „cel lub działalność godzą w ustrój polityczny i społeczny albo w porządek prawny” (art. 72 ust. 3).


Bezpośrednie stosowanie konstytucji


Dla pełnego zrozumienia obrazu: w PRL nie było — aż do schyłkowego czasu (co dziś jest podstawą do rzucania ciężkich kalumnii, jakby grzechem Jaruzelskiego była zgoda na powołanie sądu konstytucyjnego, a grzechem pierworodnym TK — dopisanie go do konstytucji w 1982 r. i start działalności 4 lata później) — organu, w którego kompetencjach leżało badanie zgodności prawa z konstytucją. Komuniści nie potrzebowali weryfikacji konstytucyjności własnych poczynań: po pierwsze władza należała do ludu, który sprawował władzę wyłącznie poprzez swoich przedstawicieli (posłów), a Sejm był „najwyższym organem władzy państwowej”; skoro był on najwyższy, to przecież nikt nie mógł kwestionować jego racji (czy to czegoś P.T. Czytelnikom nie przypomina?).

Z drugiej strony sama treść konstytucji PRL dość wstrzemięźliwie podchodziła do własnej mocy sprawczej (autosugestia?) nie może dziwić, że brak było w niej jakiegokolwiek odniesienia do tego, iż „jest najwyższym prawem” (art. 8 ust. 1 Konstytucji RP) oraz zapewnienia, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa” (art. 7 Konstytucji RP). (Stąd też pewnie jeszcze mnie na I roku studiów przyszło uczyć się z podręczników prawa konstytucyjnego, w których jak byk stało, że konstytucja to spis deklaracji, które jednak same w sobie nie mają normatywnego charakteru; na szczęście ćwierć wieku to dostatecznie dużo czasu, by nie tylko Bestie Boys przeszło do klasyki).

Dla lubiących łamigłówki P.T. Czytelników — mała dygresja: wyobraźmy sobie jednak sytuację wprost przeciwną, tj.:

  • Trybunał Konstytucyjny PRL stwierdza (na wniosek jakiegoś szaleńca…), że ustawa o cenzurze lub zakaz organizowania innych manifestacji niż 1 Maja i 22 Lipca (albo karanie mandatami tych, którzy nie zdjęli flagi najpóźniej 2 maja wieczorem) są niezgodne z konstytucją;
  • organ państwowy (inny), powołując się wprost na konstytucję, dopuszcza skorzystanie z formalnie niezakazanej sfery swobód (warto prześledzić batalię o rejestrację NSZ i wyrok SN z września 1989 r.).

Każde z tych rozstrzygnięć było w ówczesnej Polsce zasadniczo niemożliwe: w PRL nie istniało pojęcie niezgodności ustawy z konstytucją (po prostu ustawy nie musiały być zgodne z konstytucją); konstytucja nie była aktem prawnym najwyższego rzędu i nigdy nie była pomyślana jako akt normatywny do normalnego stosowania — była wyłącznie spisem pewnych politycznych deklaracji, które w zależności od woli i aktualnego interesu mogły oznaczać to lub tamto.

No dobra — wracając zatem do możliwości jakie daje bezpośrednie stosowanie konstytucji — zmierzam właśnie do tego, że być może staliśmy się świadkiem dość ciekawego precedensu (nie lubię tego słowa w odniesieniu do polskiego porządku prawnego…). Wreszcie jeden z segmentów władzy (chyba ten najbardziej uprawniony) rzucił iście rewolucyjne hasło: konstytucja jest „zwykłym” aktem prawnym, zwykłym w tym sensie, że można i należy ją stosować „po ludzku” — a już obowiązkowo jeśli inna stosowanie innej normy prawnej prowadzi do skutków wprost przeciwnych konstytucji (nie od dziś drażniło mnie dość wstrzemięźliwe korzystanie przez sądy powszechne z tej możliwości „bo dopóki TK nie orzeknie, dopóty…”).

Do tego trzeba było chyba pewnej odwagi, pewnego pójścia pod prąd utartym szlakom; krytycy powiedzą: szkoda, że dopiero „przeciwko PiS”; sceptyczny optymiści (to ja) powiedzą: szkoda, że dopiero teraz — ale przecież u licha trudno wyobrażać sobie lepszy moment jak przygotowanie przez parlament ustawy idealnie zaklejającej Trybunał — i to właśnie w momencie, kiedy poszło parę dość kontrowersyjnych (i być może sprzecznych z konstytucją) ustaw (np. nowelizacja inwigilacyjna, ustawa o prokuraturze, ekstra-podatek od odpraw, podatek bankowy).

Ja jednak jestem pełen optymizmu, bo nie od dziś uważam, że niezależnie od tego czy krytyka ustawy fundamentalnej dla naszego ustroju jest zasadna (por. moje teksty sprzed lat, których się nie wyprę: 10 lat Konstytucji RP (naprawdę warto przeczytać) czy też Art. 32 konstytucji samoistną podstawą skargi konstytucyjnej lub Konstytucja VI RP (to już 9 lat!), ustawę zasadniczą warto traktować jak żywy mechanizm, a nie ołtarzyk lub spluwaczkę.