Mark Bowden, „Huế 1968. Wietnam we krwi” (recenzja)

W amerykańskiej kinematografii wojennej nadal króluje Irak i ew. Afganistan, osobiście nie spotkałem się jeszcze z wartą uwagi książką poświęconą tym współczesnym konfliktom — być może chodzi o perspektywę czasową, która ochłonąć i przemyśleć temat — natomiast na pewno nie brak niezłych i dobrych pozycji poświęconych wojnie wietnamskiej. Do tych pierwszych zaliczyłbym książkę Marka Bowdena, „Huế 1968. Wietnam we krwi” poświęconą bitwie o Huế, która trwała od 31 stycznia do początku marca 1968 r.


Mark Bowden Huế 1968 Wietnam recenzja

Mark Bowden, „Huế 1968. Wietnam we krwi”, tłum. Mateusz Fafiński, Wydawnictwo Poznańskie, na papierze 639 stron


Mark Bowden jest amerykańskim dziennikarzem prasowym, najbardziej znanym chyba jednak nie z współpracy z „The Atlantic” czy „The Philadelphia Inquirer”, lecz z tego, że jego książka stała się kanwą do stworzenia filmu „Black Hawk Down”. Czytając „Huế 1968” nie mam wątpliwości, że producent równie dobrze mógłby wybrać do ekranizacji tę książkę, która poświęcona jest największej miejskiej bitwie ofensywy Tết — od zajęcia pradawnej stolicy Wietnamu przez oddziały Wietkongu i Wietnamu Północnego, poprzez ciężkie zmagania mające na celu odbicie Huế, aż do (niestety dość pobieżnie potraktowanych) następstw.

Zaś przechodząc od ogółu do szczegółu:

  • Bowden bardzo dużo na początku książki uwagi poświęca osobie generała Williama Westmorelanda, dowódcy amerykańskich wojsk walczących w Wietnamie, którego szczególną cechą miał być ośli upór — jednak głównie w przekonywaniu decydentów (a zwłaszcza LBJ), że wojna jest już właściwie wygrana, natomiast największym niebezpieczeństwem jest wietnamski atak na Khe Sanh. „Westy” był na tyle mocno przekonany do swoich racji, że nawet w obliczu zajęcia Huế przez oddziały komunistyczne twierdził, że cała ofensywa Tết jest tylko przykrywką dla ataku na bazę Marines;
  • drugim wielkim błędem Westmorelanda było szacowanie szans na zwycięstwo poprzez liczenie zabitych — nie brał jednak pod uwagę, że komuniści nie musieli liczyć się z opinią publiczną, więc nawet stosunek strat jak 100 Wietnamczyków za 1 Amerykanina nie robił na nikim wrażenia. W tę pomyłkę wpisuje się także pomysł na bombardowania Wietnamu Północnego, w których jednostka B-52 była rzucana na fabrykę opon, która produkowała 30 sztuk ogumienia dziennie (o tym, że okłamywali się wszyscy dobrze już wiadomo, o tym jest np. film „Czwarta władza” — raport Ellsberga powstał właśnie podczas ofensywy Tết), no i oczywiście żądanie przysyłania „więcej chłopaków”;
  • natomiast komunistyczne władze Wietnamu Północnego kierowały się całkowicie innym celem: przygotowana w wielkim sekrecie operacja miała za zadanie wzniecić pożogę powstańczą w całym Wietnamie Południowym — zajęcie dużego miasta miało pokazać nieprzekonanym, że Amerykanie i Sajgon nie są zdolni do dalszej walki, a dodatkowo spowodować na tyle dużo strat wroga, by opinia publiczna zmusiła rząd do wycofania wojsk z Azji. Atak udał się rewelacyjnie, Huế padło momentalnie, natomiast jego odebranie z rąk Wietkongu i północnych Wietnamczyków zajęło kilka tygodni ciężkich ulicznych walk składających się na największą miejską bitwę, w jakiej udział wzięli amerykańscy żołnierze od wojny w Korei;
  • tu przechodzimy do tradycyjnie najtrudniejszej, przynajmniej dla mnie, do przebrnięcia części książki — podobnie jak w przypadku „Wojny francusko-pruskiej” jest nią bardzo szczegółowy opis walk, od założeń operacyjnych i zastosowanej taktyki, aż do tego kto którędy pobiegł; no dobrze, pewne elementy nawet mnie zaciekawiły (zabawne, że tym razem akurat padło na aspekt techniczny, ale to może ze względu na te Dustery, których Amerykanie używali w Wietnamie). Książka sporo uwagi poświęca też specyfice walk z oddziałami de facto partyzanckimi (dla przypomnienia: uzbrojonemu cywilowi w świetle konwencji wojennych nie przysługują prawa kombatanta), co niewątpliwie powiększyło i tak ogromne straty wśród mieszkańców miasta;
  • natomiast bardzo dobrze czyta się rozdziały poświęcone amerykańskiej prasie, która jeszcze w 1967 generalnie zajmowała stanowisko pro-rządowe (Walter Cronkite posiłkował się oficjalnymi komunikatami) — natomiast dzięki doskonałej robocie reporterów (por. Michael Herr, „Depesze”) zmieniało się nastawienie społeczne (toteż Cronkite nawet pojechał do Wietnamu, aby pogrążyć kłamcę Westmorelanda i obnażyć całość kłamstw);
  • jak już zauważyłem, Mark Bowden raczej pobieżnie potraktował skutki Tết i Huế — oczywiście nie brak tradycyjnych rozważań nad sensownością całej wojny (z perspektywy czytelnika, którego los historycznie wyznaczył jako „stronę przeciwną”, ciekawie czyta się dywagacje czy doktryna containment musiała oznaczać walkę w obronie interesów Sajgonu), pojawia się także wzmianka, że rok 1968 okazał się przełomowym jeśli chodzi o spojrzenie amerykańskiego społeczeństwa na Wietnam, jest także kilka zdań o dalszej eskalacji konfliktu, która doprowadziła do destabilizacji Laosu i Kambodży — ale jakby czegoś było mi brak…

Wychodzi na to, że „Huế 1968. Wietnam we krwi” Marka Bowdena to książka dla miłośników historii konfliktu wietnamskiego, z naciskiem na stronę militarną wojny (kwestie polityczne są potraktowane wyłącznie jako tło). Słowem: niezłe, chociaż nieco przegadane — gdybym chciał coś przeczytać o Wietnamie, ale miałaby to być jedna książka, wybrałbym jednak „Depesze” Herra.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze