„Richard Jewell” [recenzja]

Dirty Harry wiedziałby co robić w takiej sytuacji: dogoniłby podejrzanego choćby i na stadionie, przerobił jego facjatę na befsztyk. Blisko pół wieku później Clint Eastwood — nadal bezkompromisowo sprawiedliwy — nie tylko mocno spuścił z tonu, ale też zaczął dostrzegać niuanse. Taki właśnie jest jego najnowszy film „Richard Jewell”.


film richard jewell recenzja

„Richard Jewell”, scenariusz Billy Ray, reżyseria Clint Eastwood, w rolach głównych Paul Walter Hauser, Sam Rockwell, Kathy Bates, Jon Hamm, Olivia Wilde

 


W skrócie i nie paląc, chociaż nie mam pewności czy można spalić hasło z Wikipedii: jest rok 1996, podczas Olimpiady w Atlancie wybucha bomba zabijając dwie i raniąc ponad setkę osób (osłom, którzy sądzą, że przyszło im żyć w najtrudniejszych z czasów przypominam, że połowa l. 90-tych też była obwieszczana jako wyjątkowa, choćby ze względu na zamach w Oklahoma City). Bohaterem prasy staje się dość fajtłapowaty ochroniarz (tytułowy Richard Jewell, w tej roli bardzo dobry Paul Walter Hauser), bo tylko jego szybka reakcja zapobiegła jeszcze większej hekatombie. W poszukiwaniu sprawcy FBI odkrywają na dość niestandardowe zachowania Jewella z przeszłości; profiler typuje go jako hipotetycznego zamachowca, który mógł sam podłożyć ładunek, by zdobyć popularność; jeden z agentów podrzuca temat hiper-ambitnej reporterce; media zgodnie zaczynają niedawnego herosa grillować … A że nasz bohater jest w gruncie rzeczy poczciwym prostaczkiem, cały czas wierzącym w porządek, praworządność i uczciwość służb — co wcale mu nie pomaga.
Na szczęście przekręt służb się nie udał, uczciwość i prawdomówność wzięła w górę, bohaterski ochroniarz został oczyszczony z zarzutów (z czasem nawet udało mu się uzyskać znaczne odszkodowania za medialne oczernianie, por. Bryant vs. Cox Enterprises, Inc. — tego w filmie już nie widzimy; jak widać procesami dalej zajmował się jego dość niekonwencjonalny prawnik — w tej roli niezły Sam Rockwell).

„Richard Jewell” nie jest filmem sensacyjnym, nikt do nikogo nie strzela (owszem, jest nieszczęsny wybuch) i nikt nikogo nie ściga; nie ma także nieoczekiwanych zwrotów akcji, niesamowitego napięcia; ról (które napisało życie i żądne łatwego sukcesu — nawet za cenę ukarania kozła ofiarnego — FBI) też nie nazwałbym wybitnymi. Jednak rzecz ogląda się naprawdę bardzo dobrze, i to raczej nie dlatego, że przed pójściem do kina jeszcze raz sprawdziłem jak rzeczy się miały i okończyły.
U mnie mocne 7/10 — bo jednak scenariusze pisane przez samo życie niekoniecznie są aż takie zajmujące jak te wyimaginowane, ale jednak nie sposób nie odczuwać satysfakcji, że i tym razem sprawiedliwość wygrała.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze