Dotąd w publikowanych na tutejszych łamach enorecenzjach hołdowałem podstawowej zasadzie: dobre jest wino, które jest tanie, bo jest dobre i tanie. Czas chyba się publicznie pochwalić: wypiłem (nie tylko wypiłem, ale też kupiłem) butelkę białego wytrawnego wina madziarskiego — Ostoros Irsai Olivér 2024 — które kosztowało tysiąc z hakiem!
Zaczynając od dygresji: z czytanej aktualnie książki („Ultraprzetworzeni ludzie. Dlaczego wszyscy jemy rzeczy, które nie są jedzeniem… i czemu nie możemy przestać?” Chrisa van Tullekena) przeczytałem o ciekawym eksperymencie. Oto kilkudziesięciu znawcom wina podano dwa kieliszki tego napoju: białe i czerwone, i poproszono ich o opis wrażeń smakowych. Jak łatwo się domyślać czerwone zostało opisane jako „czerwona porzeczka, czekolada, śliwka, wiśnia”, białe — cytrusowe, miodowe, lekkie. Następnie eksperyment powtórzono, wlewając dokładnie to samo wino… traf chciał, że w jednym z podejść to czerwone było tym samym winem białym, które zostało zabarwione bezzapachową i bezsmakową substancją. Wyszło na to, że odczuwamy taki smak, jaki podpowiada nam wzrok, a wszystko zaczyna się od zakodowania w łepetynie.
Mnie ta „czekolada, śliwka” czasem rozśmiesza, mniej „cytrusowe, lekkie”, bo właśnie na potrzebie skosztowania czegoś mniej absorbującego wrażeniu przecież opieram sezonową zmienność pijanych win. Stąd też przejeżdżając niedawno przez zachodnie Węgry sięgnąłem po tamtejszego klasyka — odmianę Irsai Olivér, rocznik 2024 — i się nie rozczarowałem: lekki, cytrusowy smak, powiew wiosny, zapowiedź lata… autosugestia?
Jakby ktoś pytał: za butelkę tego wina zapłaciłem bodajże tysiąc, może nawet dwa (dokładnie nie pamiętam). A skoro to węgierski forint, to najbezpieczniej podzielić przez sto.
(Ostoros Irsai Olivér 2024, wino za tysiąc z hakiem; fot. Olgierd Rudak, CC BY-SA 4.0)