Krótko i na temat, bo z góry mówię, że jeśli miałbym w życiu czytać tylko książki reporterskie, to bardzo chciałbym, żeby były to rzeczy konkretne, bez zbytecznych didaskaliów, bez ubarwiania rzeczywistości i bez snucia domysłów bez oparcia w faktach. Dokładnie taką jak „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku, którą napisał Adam Zadworny.
Jeśli ktoś nie pamięta, zapomniał, lub też po prostu nie ma pojęcia czym była katastrofa polskiego promu MF „Jan Heweliusz”, to na pewno nie przeoczył niedawnego medialnego hype związanego z emisją filmu w jednej z popularnych sieciówek telewizyjnych. Film to siłą rzeczy uproszczenia i podkręcenia pod dyktando akcji i narracji, a przecież o tym co 14 stycznia 1993 r. stało się na Bałtyku można mówić w kategoriach faktów… lub chociaż tez.
W swej książce Adam Zadworny opisuje fakty i stawia kilka śmiałych, acz znakomicie udokumentowanych tez, a mianowicie:
- „Jan Heweliusz” był niespecjalnie prawidłowo zbudowany: nazbyt wysoki, chybotliwy, wyposażony w niepewny i błędnie używany system balastowy, w dodatku po jednym z remontów jego górny pokład został wylany betonem, co dołożyło mu kilkadziesiąt ton i przesunęło środek ciężkości do góry;
- prom chyba nie był otoczony właściwą opieką armatora: ten beton pojawił się po potężnym pożarze, a przecież w historii jednostki można doliczyć się przeszło dwudziestu mniej lub bardziej poważnych wypadków, które przydały mu łatkę pechowego, ale też dodatkowo osłabiały konstrukcję;
- (kilka dni przed zatonięciem „Jan Heweliusz” uderzył rufą o portowe nadbrzeże, co spowodowało uszkodzenie furty załadowczej; usterka została tylko wstępnie usunięta i w takim stanie statek wypłynął w swój ostatni rejs — pech chciał, że przy potężnym i najwyraźniej niezapowiadanym sztormie);
- chyba niezbyt dobrze obsadzony i prowadzony: autor stawia tezę, że załodze nie chciało się np. wykonywać wszystkich czynności przy obsłudze systemu balastowego od A do Z (system nie był zautomatyzowany, pełne otwarcie lub zamknięcie zaworów wymagało przeszło 80 obrotów), więc… istnieje możliwość, że w kluczowym momencie zawór nie tyle się zaciął, ile był otwarty w nie tę stronę, co trzeba, przez co siłą rzeczy nie dało się go przestawić…
- …w dodatku sprzęt ratunkowy był raczej zaniedbany, a przez to trudny lub nawet niemożliwy do prawidłowego użycia, w krytycznym momencie część załogi myślała tylko o sobie — a ilu tak naprawdę było pasażerów, w sumie nikt nie wie (w przewożonych TIR-ach mogli kryć się migrujący przez Bałtyk, a i w kabinach mogli być pasażerowie na gapę); aczkolwiek wrak promu był badany, nie wykryto żadnych „dodatkowych” ofiar (aczkolwiek Adam Zadworny pisze, że w sumie oficjalna lista ofiar z pewnością pomija jedno nazwisko);
- kapitan działał pod presją: znów ta nieszczęsna, niedokładnie naprawiona furta, a na pokładzie pracownica armatora, płynąca na ważne rozmowy do Szwecji — prom wyszedł z portu nieco późno, więc trzeba było nadrabiać stracony czas;
- przyczyny katastrofy chyba nie zostały właściwie wyjaśnione: raz, że mogło na tym nie zależeć armatorowi (zgodnie z konwencją ateńską w/s przewozu morzem pasażerów i ich bagażu odpowiedzialność właściciela jest zwiększona w przypadku niezdolności statku do żeglugi), dwa, że sposób procedowania przed Izbą Morską nie sprzyja ustaleniu prawdy (to jest proces inkwizycyjny: Izba sama zbiera dowody, oskarża — i orzeka; ławnikami są przy tym niejednokrotnie ludzie blisko związani z przewoźnikami; bajdełej kroją się jakieś zmiany jeśli chodzi o ich funkcjonowanie, por. „Serial o Heweliuszu może zatopić izby morskie”);
- w sprawie „Jana Heweliusza” powołano nawet specjalną komisję rządową pod kierownictwem Pawła Łączkowskiego i Adama Milczanowskiego, historia raportu z jej prac ma być jeszcze jedną tajemnicą związaną z katastrofą: nikt go nie widział, nikt o nim nic nie wie — autor rozmawiał o tym z Milczanowskim, który mu powiedział, że raport… po prostu nie powstał (komisja czekała na prokuraturę i Izbę Morską, aż się nie doczekała);
- cztery, że w Polsce nie od dziś jest tak, że sprawiedliwości trzeba szukać w instancjach zagranicznych — a rodziny ofiar „Heweliusza” doczekały się jej już po dwunastu latach (wyrok ETPCz 3 marca 2005 r., 54723/00).
Więc jaka jest ta książka? Mówiąc w skrócie: fakty, daty, nazwiska, informacje. Czasem wręcz moment po momencie, zupełnie jakby był to scenopis filmu. Jak dla mnie genialne — więc ja tę lekturę bardzo mocno polecam.
(Adam Zadworny, „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku”, wydawnictwo Czarne, na papierze 216 str.; wszystkie zdjęcia fot. Olgierd Rudak, CC BY-SA 4.0)