O prywatności ministra Sikorskiego naruszonej dronem z lotu ptaka

motto na dziś: „No jakim prawem on mi na moje niebo wlata?!” — Kazimierz Pawlak, w „Nie ma mocnych”
Minister Radosław Sikorski chyba zacznie pisać własny kodeks karny. Takie mam wrażenie biorąc pod uwagę liczbę zawiadomień kierowanych przezeń do organów ścigania. No chyba że kodeks karny pisze mecenas Giertych (mecenas napisane kursywą, bo tym razem źródłosłowu szukałbym w pojęciu mecenatu — jak w zwrocie mecenat literacki). Tak czy inaczej — biorąc pod uwagę olbrzymi spadek zaufania do szefa MSZ — można odnieść wrażenie, że cały czas słyszymy okrzyk „łapaj złodzieja!”
Tym razem padło na drona wysłanego przez redakcję „Faktu” nad posiadłość w Chobielinie. Zarejestrowany obraz miał dowodzić, że minister Sikorski ma pieniądze, by samemu płacić za swoje obiadki, przy których załatwia swoje sprawy. (O pogaduchach przy kotlecie pisałem tutaj, więc na tym skupiać się już nie będziemy.)
Filmik obejrzałem, chałupka niczego sobie; mógłbym tylko dodać, że Sikorski autentycznie ma gust i zapał, bo przecież kupił ruinę, odbudował ją i doprowadził do stanu zapierającego dech w piersiach — a przecież mógł poprosić o projekt Wojciecha Jarząbka. I chociaż też mnie ciarki po plecach przechodzą na myśl, że już niedługo byle dzieciak może wlatać i na moje niebo — zdaje się, że od miesiąca jeden z operatorów komórkowych dodaje do zawartej umowy… drona — od dawna sobie zdaję sprawę z tego, że Gógle robi dokładnie to samo, a szef MSZ może co najwyżej mówić o fuksie, że jego posiadłość jest sfotografowana w nieco gorszej rozdzielczości. (Ale już nie musi mieć tyle szczęścia jako abonent telefonu komórkowego, bo polskie służby specjalne dość skwapliwie korzystają z możliwości inwigilacji jakie dają im nowoczesne narzędzia komunikacji.)
Natomiast mimo wszystko nie mam zielonego pojęcia z jakiego przepisu minister Sikorski chciałby zaczepić wydawcę „Faktu”. Drony — ustawowo nazywane bezzałogowymi statkami powietrznymi — w ogóle zostały zalegalizowane w polskim porządku prawnym od dość niedawna (art. 126 ust. 1 prawa lotniczego znowelizowany art. 1 pkt 78 ustawy z 30 czerwca 2011 r., Dz.U. nr 170 poz. 1015), jednak te lekkie maszyny (czyli nie Predator lub Reaper) — może czytać to będzie ktoś ze środowiska modelarzy, to mnie poprawi — mają swój lex specialis, który wpuszcza je praktycznie wszędzie (art. 126 ust. 4 prawa lotniczego — a rozporządzenia, które miało być wydane na podst. art. 126 ust. 5 ani widu ani słychu…).
Oznacza to, że każdy — „Fakt”, ja, pan, pani, społeczeństwo — możemy sobie puszczać latające modele w pobliżu miejsca zamieszkania ministra Sikorskiego, a ewentualne reklamacje pan Sikorski może kierować do ex-ministra Nowaka, który jako „minister właściwy do spraw transportu” powinien był wykonać nałożony nań obowiązek wydania rozporządzenia wykonawczego (dalszą konsekwencją reklamacji może być nawet wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu…)
Nie ma też przepisów penalizujących tego rodzaju ingerencję w dobrostan jakiejś osoby, nie ma nawet ogólnego (ani też szczególnego) zakazu fotografowania. Co oznacza, że ów latający samolocik czy śmigiełko może mieć podpięty aparat fotograficzny lub kamerkę i pstrykać jak tam leci…
Idąc dalej: z tego co czytam zdaniem Sikorskiego mamy tu do czynienia z przestępstwem naruszenia miru domowego, ale — ponieważ karnista ze mnie słaby — czytajmy razem:

art. 193 kk Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Więc wychodzi mi na to, że nawet jeśli przyjęlibyśmy, że ogrodzenie terenu chronić ma też słup powietrza ponad tym terenem — oczywiście przy założeniu, że aeroplany mogą tam wlatywać, na wysokościach określonych jakimiś tam przepisami o ruchu lotniczym — to z pokładu owego drona ktoś musiałby wysiąść i przespacerować się po trawniku przed dworkiem Sikorskiego… Bo chociaż wykładnia przepisów o ochronie miru domowego poświęca nieco uwagi temu czy dla jego ochrony niezbędna jest obecność osoby, której dobro podlega w ten sposób ochronie (nie, nie jest niezbędna — więc minister Sikorski mógłby być w pracy albo na obiedzie w momencie najścia jego obejścia), to jednak nadal konieczne jest fizyczne przedostanie się do domu lub ogrodzonego terenu.
Słowem: przepis o ochronie miru domowego stoi na straży prywatności, jednak na pewno rozumianej jako fizyczna ingerencja człowieka, który ciałem własnym wkracza tam, gdzie go nie chcą — ale już np. wrzucanie przedmiotów przez płot, podkop, zdalne myszkowanie, etc. to są całkiem inne rzeczy.
Pogląd nieco odmienny — acz w rozważaniach dotyczących podsłuchu — też spotyka się w doktrynie, i tak Marek Chrabkowski twierdzi, iż „Uruchomienie podsłuchu mieszkaniowego bez fizycznego wdarcia się w sferę chronioną mirem domowym nie oznacza, że takie działanie jest indyferentne dla tego dobra prawnego. Immanentną cechą podsłuchiwania słów wypowiedzianych w pomieszczeniach jest naruszenie miru tego lokalu. Wdarcie się do mieszkania nie jest wyłącznie wynikiem fizycznego wtargnięcia. Również próby podglądania lub podsłuchiwania czynione z zewnątrz są działaniami naruszającymi mir domowy. Prywatność i tajemnica komunikowania to prawa, których naruszenie, dokonane w mieszkaniu, godzi również w mir domowy. Prawo do nienaruszalności mieszkania jest tak skonstruowane, aby chronić również inne dobra z nim powiązane. Naruszenie tych dóbr jest więc jednocześnie ingerencją w mir domowy”, „Zgodność z prawem instalacji urządzeń podsłuchowych w mieszkaniu”, Palestra 2013/3-4 (podkreślenia moje).
Osobiście z tym poglądem się nie zgadzam — nie zgadzam się ściśle de lege lata, ponieważ już jako postulat prawodawczy podpisuję się pod tym zdaniem oburącz i obunóż — natomiast zgadzam się z tym, że najnowsze perypetie powinny dać rządzącym więcej do myślenia o prywatności nas wszystkich. Bo może nie powinno być tak, że jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, ale jednak jakiś złośliwy chochlik każe mi się rozchichotać na myśl o oburzeniu ministra Sikorskiego…
PS Radosław Sikorski chyba naprawdę ma problem z rozdzieleniem urzędowego imperium od sfery prywatnej. Otóż jak się dowiaduję z prasy „Rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski poinformował, że w tej sprawie skierowane zostały dwa wnioski do prokuratur: zawiadomienie ws. publikacji przez Fakt filmu znad Chobielina złożono w Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Mokotów, a zawiadomienie o naruszeniu miru domowego ministra w Prokuraturze Rejonowej w Szubinie (Kujawsko-Pomorskie)”. Otóż moim zdaniem to są prywatne skargi Pana Sikorskiego, przeto chyba rzecznik resortu dyplomacji nie powinien nimi się zajmować.
subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

13 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze