Hanns von Krannhals, „Powstanie Warszawskie 1944” — historia niealternatywna

Historia najnowsza jest o tyle fascynująca, że widzimy jej wpływ na dzisiejszą codzienność, a możemy ją łatwiej zrozumieć, bo często spisywana jest przez bezpośrednich uczestników wydarzeń, często tych, którzy brali w nich udział po tej drugiej stronie. Co jednak powiecie na ocenę Powstania Warszawskiego — napisaną z perspektywy niemieckiego żołnierza?
Taką książką jest „Powstanie Warszawskie 1944” autorstwa Hannsa von Krannhalsa.


Krannhals Powstanie Warszawskie 1944 recenzja

Hanns von Krannhals, „Powstanie Warszawskie 1944”, wydawnictwo Bellona, na papierze 608 stron


Na początek kilka zdań o autorze: Detlef-Hans Krannhals (tak, tak, nie ma tu literówek — z posłowia do książki dowiadujemy się, że zmiana imienia i dodanie „von” do nazwiska nastąpiło już po 1945 r., po 6-letnim procesie sądowym, w którym władze niemieckie zakwestionowały dość samozwańczy tytuł szlachecki) był nadbałtyckim Niemcem, urodził się w 1911 r. w Rydze (inne źródła podają 1907 r.), po Wielkiej Wojnie mieszkał w Wolnym Mieście Gdańsk, gdzie dość wcześnie zapisał się do NSDAP. Studiował tematykę wschodnią („ziemie utracone”), doktorat napisał o nadwiślańskim handlu w 16-17 wieku, późniejsze badania poświęcił niemieckiej etnicznej mniejszości w Polsce (Volksdeutsche); znał język polski, rosyjski, angielski, francuski i jidysz.
Po 1939 r. pracował jako człowiek od prasy przy Albercie Forsterze (był nawet szefem goebbelsowskiej Reichsschrifttumskammer). W połowie wojny wstąpił do artylerii przeciwlotniczej (w Norwegii, a później Holandii), gdzie dosłużył się stopnia podporucznika, pełnił także funkcję nazi-politruka (NFSO).
Po II wojnie światowej prowadził działalność naukową (nadal interesował się „niemieckimi obszarami wschodnimi”), ale wziął też udział w kampanii demaskującej prawdziwe oblicze SS-Gruppenführera i generała Waffen-SS Heinza Reinefartha („co robić z cywilami? Mam więcej jeńców niż amunicji”) — oraz Wehrmachtu, co stanowiło dla von Krannhalsa duże wyzwanie osobiste.

Tu właśnie pojawia się „Powstanie Warszawskie 1944”, którego pierwsze niemieckie wydanie ukazało się w 1962 r. (a pierwsze polskie dopiero rok temu) — czyli rzecz szokująca: o jednej z największych pojedynczych hitlerowskich zbrodni pisze — po niemiecku, korzystając z dokumentów Trzeciej Rzeszy — hitlerowski żołnierz.

Po części można odnieść wrażenie, że książka — chociaż nie jest jest apologią von dem Bacha i spółki — miała  posłużyć jako rozgrzeszenie dla niektórych działań Wehrmachtu. Tu von Krannhals powołuje się na rzekomo wymuszone zeznania norymberskie — i nazywa oskarżenia „zniesławiającą Wehrmacht wersją”, aby następnie pomyłką tłumaczyć przypisanie siłom zbrojnym użycia kobiet jako osłony czołgów przedzierających się przez warszawskie ulice.
Autor nie uwolnił się też od pewnych naleciałości (regularnie nazywa oddziały polskich partyzantów „bandami”, co musi w przypisach prostować tłumacz-redaktor), widać także próbę wybielenia działań Wehrmachtu (to wszystko SS, dzikusy Dirlewangera i RONA Bronisława Kamińskiego). Pewne tezy brzmią też dla nas nieznośnie przykro (np. o tym, że Armia Krajowa przez dłuższy czas właściwie nie prowadziła żadnych działań) — a niektóre… cóż, nie da się ukryć, że w niektórych momentach (na przykład pytając o bezpośrednie motywy stojące za decyzją o wybuchu Powstania) autor niebezpiecznie zbliża się do smutnej prawdy, co jest dlań o tyle prostsze, że nie ulega polskim sentymentom.
Ot, choćby ocena sowieckiej ofensywy z 10 września 1944 r., która (wraz z niezbyt celnymi zrzutami) dała powstańcom nadzieję i doprowadziła do zerwania rozmów o kapitulacji, co było wyłącznie elementem politycznej gry na czas Stalina — ale wzbudziła w Niemcach jeszcze więcej obaw przed „wielką grą”, w ramach której akcja „Burza” miałaby przeistoczyć się w ogólnokrajowe powstanie wsparte przez aliancki desant.

Mocną stroną książki „Powstanie Warszawskie 1944” są dokumenty źródłowe — pomijając chwytliwe cytaty „w celu kontrolowania ludności należy wprowadzić system meldunkowy (…) wydać im dokumenty tożsamości” (z instrukcji bojowej zwalczania band na Wschodzie z 1942 r.), aż do stanów osobowych poszczególnych związków taktycznych (widać z nich olbrzymi przypływ sił służących do walki z powstańcami), słów Himmlera o tym skąd Dirlewanger wziął swoich bandziorów („mieliśmy bowiem w SS strasznie surowe sądownictwo”), aż do dokumentacji grabieży mienia przez SS („derki futrzane do sań (…) skrzypce oraz cztery akordeony należy przekazać pani Himmler z przeznaczeniem na prezenty gwiazdkowe”) oraz powojennych zeznań vom dem Bacha.

Książkę Hannsa von Krannhalsa zdecydowanie polecam — może nie każdemu, ale tym miłośnikom historii, którzy dobrze wiedzą, że każde wydarzenie może mieć co najmniej dwie narracje, więc czasem dobrze poznać tę drugą…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.