„Kler” Smarzowskiego — deus ex machina

Prawie dwa i pół wieku po „Monachomachii” bpa Ignacego Krasickiego, przeszło sto lat po stworzeniu „Listów z ziemi” Twaina (opublikowanych, fakt, pół wieku później), czyli w drugiej połowie drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku, w średniej wielkości państwie, które kaprys losu i chichot historii rzuciły w centralną część Europy Środkowej okazało się, że utwór (chciałem napisać „satyra”, ale nie mam pewności czy „Kler” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego jest satyrą) mocno krytykujący Kościół rzymskokatolicki potrafi jeszcze rozpalać ożywione emocje (nie napiszę jednak „rozpalać do czerwoności”, bo protestom daleko chyba choćby do tych, które przetoczyły się przez U.S.A. po wejściu do kin „Dogmy” Kevina Smitha).


kler smarzowskiego recenzja

„Kler”, reż. Wojciech Smarzowski, w rolach głównych Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Robert Więckiewicz (scena dość niereprezentatywna, bo trzej aktorzy tylko przez kilka minut grają razem), Janusz Gajos, Joanna Kulig


W dużym skrócie i nie paląc: patrząc na film Smarzowskiego okiem tych, którzy protestują, sprawa jest prosta: reżyser stworzył kolejny paszkwil wpisujący się w kampanię oczerniania kościoła. W błędzie będzie ten jednak, kto pierwszy rzuci kamieniem obrazy — że reżyser zrobił sobie tanią drwinę z księży, którzy chleją i rozbijają się drogimi autami, bo filmowa rzeczywistość jest znacznie czarniejsza.

Mamy oto trzech księży z całkowicie różnych światów: przylizanego ks. Lisowskiego (Jacek Braciak), który w swej piekielnej ambicji — urzędniczkiem na dworze arcybiskupa Mordowicza (Janusz Gajos) będąc marzy o wyjeździe do Rzymu, a w tym celu potrafi sięgnąć do metod iście szatańskich; ks. Kukułę, który jakoś sobie radzi, aż do momentu, kiedy musi bronić się przed niezwykle ciężkim oskarżeniem (najcięższym, biorąc pod uwagę jego przeżycia z lat młodych) oraz ks. Trybusa (Robert Więckiewicz), który za kołnierz nie wylewa, ledwie przędzie w bidnej parafii — ale przynajmniej naprawdę kocha prawdziwą kobietę (Joanna Kulig). Ich losy splatają się dość luźno i przypadkowo (zwiastun może wprowadzać w błąd — film nie jest o trzech wesołych księżach, którzy piją i się wygłupiają) — cóż, skoro finalnie się okazuje, że mafia potrafi podstępem i szantażem wyciszyć każdy skandal.

I to jest chyba największy (z mojej strony) zarzut pod adresem filmu: każda scena krytyki broni się sama, aż dochodzimy do dosłownie mafijnych rozgrywek — szantażu, podsłuchów i metod iście ubeckich, przy pomocy których (nie paląc) tytułowy kler załatwia swoje sprawki i porachunki. Moja opinia jest taka: jeśli Smarzowski wie, że takie metody są stosowane wśród hierarchów, to powinien zawiadomić prokuraturę — jeśli to tylko chwyt erystyczny, to rzecz jest pokazana zbyt serio (włącznie z końcową sceną, zrealizowaną zgodnie z antycznym deus ex machina).

Stąd też u mnie ten skądinąd świetny (acz nie wybitny) film dostaje ocenę ząbek niższą, niż otrzymałby bez ostatniego kwadransa (albo z innym poprowadzeniem końcówki, chociaż scena „centrum kryzysowego” u „Mordy” jest niezła) — czyli na 6,5/10.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

40 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze