A teraz coś z całkiem innej beczki, bo skoro już biadoliłem, że szmuglowane dobro mi się okończyło, a później cieszyłem się, że jednak výlet się udał — to przecież nie mogę udawać, że ja tam tylko w góry, miły bracie… I tak wśród przywiezionego dobra zapałętała się także butelczyna wina Velké Bílovice André rosé, którą pozwoliłem sobie, głównie dla dobra P.T. Czytelnictwa, odkorkować…

Zaczynając od krótkiego wstępu: André to odmiana winorośli wyhodowana w 1960 r. (czyli w tym samym czasie, co Kofola) przez Jaroslava Horáka (nie mylić z Františkiem Horákiem, tym od psa rasy český strakatý) krzyżówka Frankovki i Svatovavřineckégo. Swą nazwę zawdzięcza osobie Christiana Karla André (nie mylić z Andre’m Agassim). Średnio popularne, uprawniane jest na ok. 1,5% powierzchni winnic.
(Dla przypomnienia: wino różowe nie jest mieszanką wina białego i czerwonego! rosé powstaje w ten sposób, że grona ciemne traktujemy jak białe, czego ubocznym skutkiem jest relatywna lekkość i nieco większa zawartość cukru; por. „Z czego się robi wino różowe?”. Ale to przecież nic, bo istnym cudem jest odmiana klaret.)
No właśnie, smak. Cóż, jest to wino różowe, więc smak — choć to wino nominalnie wytrawne — jest różowy. Cierpkawo-słodki, nieco landrynkowaty, mnie się kojarzy z panienką, co chcąc wyprzeć się uczciwej wytrawności zaczyna kusić zawartością cukru w cukrze… Przez to odpada u mnie jako wino czysto rekreacyjne — choć jest całkiem lekkie, muszę je zagłuszać jakimś jadłem (podejdą pierogi z jagodami). Znam gorsze podobne przypadłości, ale przecież zdarzyło mi się także pić lepsze wina różowe.
Butelkę wina Velké Bílovice André rosé zakupiłem w potravinach za 99,90 korun — niby niedrogo, ale biorąc pod uwagę mój smak, nie obraziłbym się, gdyby było troszkę tańsze.