W ramach czytelniczych powrotów po latach, dziś czas na pseudo-recenzję książki „Mistrz i Małgorzata” autorstwa Michaiła Bułhakowa.

O czym książka jest, każdy może się przekonać (wystarczy przeczytać), ja zaś skupię się na pewnych drobnych smaczkach wynikających z lektury tego wydania:
- zaczynając do drobnego disklajmera: choć od dawna nie przepadam za książkami o niczym, w tym o niestworzonych rzeczach, dla „Mistrza i Małgorzaty” od zawsze czyniłem duży wyjątek; jeśli ktoś powie, że to magia lektury, to się nawet zgodzę — magia wynikająca z erudycji autora;
- przechodząc od drobnej dygresji, która w sumie dygresją nie jest: jeśli ktoś jeszcze pamięta aferki z tłumaczeniem „Fredzi Phi-Phi” na polski lub przekładem „Przygód dobrego wojaka Szwejka” — będzie zadowolony. „Mistrza i Małgorzatę” w młodości czytałem może dwu-, może trzykrotnie, obstawiam, że w pierwszym polskim przekładzie (tj. Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego), rzecz jasna nie zwracałem uwagi na dykteryjki, nie kojarzę interwencji cenzury… a tu się okazuje, że omne trinum perfectum, więc trzeci przekład trojga Przebindów przebija tamte jeśli chodzi o skrupulatność — i faktografię;
- rosyjski pisarz w stalinowskim Związku Radzieckim pisze książkę o Szatanie w Moskwie? wplata wątek szalonego Jeszui w Jerozolimie? opisuje sabat czarownic i lot na miotle do Kijowa? pisze o gadającym i strzelającym z rewolweru kocie, którego kule z nagana się nie imają? bezlitośnie piętnuje donosicielstwo i korupcję? w dodatku jego Woland („zagraniczny konsultant”) nie tylko nieźle rozrabia, ale też ośmiesza cały aparat bezpieczeństwa?
- wyjaśnienie jest proste: Bułhakow nie cierpiał bolszewizmu nie tylko za jego ideologię, ale też za bałagan, promowanie głupoty i walkę z religią, więc trudno się dziwić, że szereg postaci przewijających się przez karty „Mistrza i Małgorzaty” znajduje odbicie w realnym moskiewskim świecie;
- jakby ktoś miał wątpliwości: książka doczekała się pierwszego (ocenzurowanego) wydania w ojczyźnie autora ćwierć wieku po jego śmierci, dopiero (?) za „młodego” Breżniewa — ale docenić trzeba fakt, że choć Bułhakow umarł młodo, to z przyczyn całkowicie naturalnych, a przecież Stalin potrafił wykańczać za wiersze (o czym przypomina los Osipa Mandelsztama);
- wracając ad rem: przypisy, przypisy, przypisy — to wydanie jest pełne skrupulatnych, merytorycznych przypisów, w którym tłumacze tłumaczą i objaśniają, ale nie mamią — i to jest właśnie ten magiczny element faktograficzny, który tak mnie urzekł;
- na przykład dowiadujemy się, że wydarzenia, miejsca postaci (Mistrz) mają związek z życiem samego Bułhakowa;
- o kunszcie autora, tłumaczy, o klimacie książki, o tym na ile Joszua jest Jezusem — i czy dziś Jezus skończyłby w szpitalu dla obłąkanych — pisać się nie podejmuję, bo to przecież ani recenzja, ani rozprawka, ani esej, tylko zwykła zapchajdziura na sobotni wieczór.
(A jakby tak Remigiusz Mróz zaczął pisać Bułhakowem…!?…?!)
Tak czy inaczej — warto czytać, bo czytanie otwiera umysł i rozwija wyobraźnię — nawet jeśli czyta się o niestworzonych historiach.
(„Mistrz i Małgorzata”, [’Мастер и Маргарита’], Michaił Bułhakow, tłum. Leokadia Anna Przebinda, Grzegorz Przebinda, Igor Przebinda, wydawnictwo Znak, na papierze 544 strony; fot. Olgierd Rudak, CC BY-SA 4.0)