Czy Włochy to piękny kraj pięknych ludzi? Czy genius loci udziela się mieszkańcom tej ziemi, więc wszyscy żyją w Italii uśmiechnięci, pozytywni i beztrosko? A czy może być obiektywny mieszkający we Wrocławiu pół-Włoch? Tak mnie właśnie naszło po lekturze książki „Włochy prawdziwe. Podróż śladami mafii, migracji i kryzysów”, którą popełnił Mateusz Mazzini.
Dalej będzie w punktach, jak zawsze subiektywnie, bo zaczynając od tego, co napisał autor, aż do tego, co moim zdaniem zasługiwało na wynotowanie — a teraz chciało mi się wspomnieć na tutejszych łamach:
- czy współczesne Włochy skazane są na los parku tematycznego, odwiedzanego przez tłumy turystów żądnych poznania starożytności, renesansu i całej reszty? centrum Florencji jako całość zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, przez co jego mieszkańcy mają problem z podstawową modernizacją budynków (zakaz paneli słonecznych, etc.) — z drugiej strony w tym centrum właściwie prawie nikt już nie mieszka, ponieważ miasto to zostało opanowane przez masową turystykę „na minuty”;
- w 2024 r. studwudziestotysięczne Syrakuzy oficjalnie odwiedziło ok. 300 tys. dusz, czyli „w przybliżeniu 1657 osób dziennie, nowego turystę co minutę” — nieoficjalnie znacznie więcej, bo część podróży nie jest rejestrowana; jeśli ktoś myśli, że można tylko się cieszyć, bo kasa leci: niekoniecznie, ponieważ każdy z nich wyrzuca śmieci, spuszcza wodę w toalecie i zużywa prąd, a zarobek w znacznej mierze zostaje w rękach wielkich firm, które masowo wykupują mieszkania w kamienicach z przeznaczeniem pod najem krótkoterminowy;
- (a propos infrastruktury: Włochy to jeden z najbogatszych krajów trzeciego świata, pełnego kontrastów: z jednej strony Lamborghini i Ferrari (i znacznie więcej zdezelowanych Fiatów i Kijanek), z drugiej strony mnóstwo zaniedbanych, wybudowanych z doskonałą bylejakością kamienic w chaotycznie zabudowanych centrach miasteczek; lepsze: w tych ciemnych mieszkankach nierzadko nie ma innego ogrzewania, niż „koza” na pellet, a mówimy o rewirach, gdzie znaki na drogach nakazują zakładanie na koła aut łańcuchów zimową porą);
- jak przystało na kraj trzeciego świata: Włosi nagminnie uciekają z tych pięknych miasteczek do dużych miast: w drugiej dekadzie XXI wieku populacja Sycylii zmniejszyła się o 170 tys. osób (3,4%), z czego z samego Palermo wyprowadziło się 35 tys. mieszkańców; część tych migracji umyka statystykom i rządzącym, bo z różnych powodów zmiana miejsca zamieszkania nie jest odnotowywana w urzędach, więc w opustoszałych miasteczkach żyją „martwe dusze”);
- (ja bym jeszcze obstawiał niechęć do borykania się z włoską biurokracją: kto próbował załatwić jakąś sprawę we włoskim i polskim urzędzie… przysiada ze zdumienia, że w Polsce naprawdę się da nawet szybko i z prawdziwym uśmiechem);
- czy stereotypowa kraina szczęśliwości, pysznego jadła, świecącego słońca, pogody ducha i wiecznego uśmiechu przy naparstku mocnej mokki wytrzyma zderzenie z realiami?
- „kraj będący emanacją piękna jest jednocześnie krajem podszytym zbrodnią„: romantyzowana Cosa nostra, Camorra, ’Ndrangheta czy Sacra corona unita to wciąż prawdziwy problem — zamachy na prokuratorów Falcone i Borsellino to może przeszłość, ale też wciąż teraźniejszość; ostatnie lata to opanowywanie nowych terenów przez nowe, niezwykle brutalne organizacje gangsterskie afrykańskich imigrantów (np. nigeryjska Ascia nera; ponoć niektórzy do Castel Volturno nadal wolą się nie zapuszczać);
- mafia może rządzi południem, ale najbardziej niebezpiecznym miastem jest Mediolan, później Rimini, Rzym, Bolonia i Florencja; nie przeszkadza to Włochom z północy żartować, że jadąc na południe buta trzeba wziąć paszport (słownik lokalnych dialektów może się przydać nawet przy podróży o kilkadziesiąt kilometrów) — tym z południa, którzy jadą na północ, obawa przed brakami w zaopatrzeniu nakazuje zabrać własną makietkę i zapas kawy;
- polityka, bo od tej też uciec się nie da: Toskania to nadal ostoja komunistów (na stadionie w Livorno rządzą nawet kibole-komuniści), nawet jeśli część z nich to zwykły radical chic; lata 70-te to oczywiście masowy terror uliczny (Anni di piombo), którego kulminacją miał być rzekomy (?) zamach stanu starego faszysty Julio Valero Borghese (golpe Borghese), a było zabójstwo Aldo Moro… ale największy wpływ na światowe postrzeganie polityki (nie tylko włoskiej polityki) ma oczywiście Silvio Berlusconi: uwielbiany, nienawidzony, podziwiany, wyśmiewany;
- (z wielu względów Berlusconi może być nazywany „protoTrumpem” — uwagi w nawiasie to moje spostrzeżenia);
- wracając do trzecioświatowej infrastruktury: z jednej strony Pendolino, z drugiej w Apulii królują jednotorowe odcinki; kasa na inwestycje już była, ale oczywiście nie zdążyli — aż do katastrofy w Andrei sprzed 10 lat, w której zginęło i rany odniosło kilkudziesięciu pasażerów;
- (to wyczytałem dawno temu: dlaczego w niektórych rejonach Italii jest tak nienormalnie zagęszczona sieć autostrad? ponieważ wszystkie kontrakty ustawiała mafia, więc musiało starczyć roboty dla każdej z organizacji — lepiej się dogadywać, niż kłócić).
Czy zatem, pisząc „Włochy prawdziwe”, Matusz Mazzini obśmiał stereotypy, ale przy okazji własne gniazdo skalał? Nie będę palił: jeśli kogoś książka zaciekawiła, to po nią sięgnie; jeśli nie zaciekawiła, to nic nie pomoże, jeśli się wypowiem.
(Jak dla mnie bomba, naprawdę polecam!)
(Mateusz Mazzini, „Włochy prawdziwe. Podróż śladami mafii, migracji i kryzysów”, wydawnictwo Szczeliny, na papierze 464 str.; fot. Olgierd Rudak, CC0)