…głosowałem na Kozakiewicza…

Wybory, wybory, i po wyborach — a przynajmniej po ich pierwszej turze. Pewnie jeszcze mądre głowy długo będą analizowały dlaczego tak a nie inaczej, komu za mało, a komu zanadto (w momencie kiedy zaczynam pisać ten felieton jeszcze kilka godzin do końca niedzieli wyborczej), jednak już teraz mogę postawić (odważnie? naiwnie?) pewną tezę: tak, głosowałem na Kozakiewicza. Na gest Kozakiewicza.

Zacznę może od tego, że chyba jeszcze nie zdarzyło mi się być aż tak bardzo niezainteresowanym wyborami i wynikiem wyborów. Zero dreszczyku emocji. Po części jest to wynik braku telewizora ;-) po części braku porywających kandydatur — po części zwykłym zniechęceniem. Gdybym miał chociaż możliwość oddania głosu ważnego niewybierającego… ale niestety, ojcowie konstytucji nie wzięli pod uwagę, że można mieć na sercu dobro Rzplitej (albo po prostu interesować się polityką) — ale mieć w rzyci takie kandydatury.

Z wyborami prezydenckimi w Polsce jest zasadniczy problem: rzeczywiście jest to wielki cyrk o wielkie nic. Jeśli media miały pretensje do konkurentów, że nie walczą na programy, ale u licha sprawdźcie w konstytucji jakież to uprawnienia ma głowa państwa, którymi może starać się zachęcić do oddania głosu na siebie. Literalnie rzecz ujmując sprowadza się to do paru magicznych formułek:

  • jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej;
  • czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.

Przy czym każda z kompetencji sprowadza się albo do zwykłej formalności — jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych RP, ale tylko poprzez szefa MON; zwołuje Radę Gabinetową, ale nie jest ona wówczas Radą Ministrów; wydaje akty urzędowe, ale tylko za kontrasygnatą premiera; powołuje premiera, ale w sumie tylko pod dyktando Izby Poselskiej; powołuje sędziów, ale tylko wskazanych przez KRS i niech no spróbuje kogoś nie powołać (tyle, że już wiadomo, że nie wolno go poganiać) — albo do dublowania uprawnień innych organów (inicjatywa ustawodawcza, którą przecież i tak realnie pociągnąć musi parlament).
Właściwie wszystko co wyróżnia kompetencje prezydenckie to prawo weta ustawodawczego i możliwość skierowania ustawy do TK przed jej podpisaniem — przy czym prezydent wetujący publicznie uważany jest za nierozumiejącego potrzeby burzyciela porządku publicznego (a z kontroli uprzedniej nie korzystają nader często…)

Moim zdaniem oznacza, że uczciwy kandydat śmiało mógłby „g—o mogę wam obiecać, bo prezydent g—o może zrobić” — i to chyba byłoby najodważniejsze wyznanie całej kampanii.

Stąd też i moje rozczarowanie, i równoczesny brak rozczarowania, stąd i spokojne zmarnowanie głosu — bo mój głos oddany na Pawła Kukiza (ów anty-polityczny gest Kozakiewicza) uważam za marnowanie głosu — dzięki czemu na pewno nie będę czuł się rozczarowany.
Dlaczego na Kukiza? Czyżby aż tak owładnęła mną wizja JOW-ów? Otóż nie, bo nie uważam, by jednomandatowe okręgi wyborcze były lekiem na całe zło (są lekiem, ale nie na całe zło); nie uważam także, by było to dobre hasło na kampanię prezydencką. Ale nie jest to także (jak widzi to red. Żakowski) głosowanie dla żartu; cóż jednak zrobić, jeśli stronnictwo, na które „z rozsądku” lecz przez zaciśnięte zęby głosowałem jeszcze dekadę temu — z tego samego rozsądku — odrzuciło wszelkie postulaty liberalne, nawet jeśli był to liberalizm mocno rozmiękczony? I co zrobić, jeśli mój tradycyjny „kandydat pierwszego wyboru” odlata opleciony oparami absurdu tak szczelnie, że już nie wiadomo — liberał to jeszcze, czy już komik szukający swej Bürgerbräukeller?

Owszem, mogłem zagłosować na Magdalenę Ogórek, kandydatkę praktycznie równie anty-systemową, przy czym młodą i przyjemną oku (jako najwyższa przedstawicielka państwa mogłaby korzystać z tego dobrodziejstwa), ale jednak nie: chociaż chyba zero w niej lewicowości, to jednak bałbym się, że byłoby to zaliczone jako „na SLD”, a po drugie za dużo wystylizowania. Kukiz — ten kiepski kandydat w beznadziejnej sytuacji ubiegający się o fotel pod żyrandolem w wyborach o nic — jest bardziej autentyczny.

52 comments for “…głosowałem na Kozakiewicza…

  1. Proto
    10 maja 2015 at 23:46

    Skorzystałem z prawa wyborczego w sposób odmienny, otóż nie oddałem głosu w ogóle, pokazując tym samym kandydatom, bez względu na to o co walczą i czy cokolwiek mogą zrobić, co o nich myślę.

    Podobnie zamierzam zagłosować w najbliższych wyborach parlamentarnych.

    • 11 maja 2015 at 14:34

      To też jest głos na Kozakiewicza :)

      Oczywiście pewnie większość komentatorów będzie mówiła, że „ludzie nadal nie rozumieją”, ale — gdyby tak zrobić badania ile spośród olewających rozumie i dlatego olewa…

      • ajax
        11 maja 2015 at 16:31

        Raczej na anty-Kozakiewicza, czy może glos na „Potakiwacza”. Ale to tylko MSZ, a ja sie wogóle mało znam, malo wiem i zasadniczo głupi jestem jak ta tabaka w rogu :-P

    • ajax
      11 maja 2015 at 16:29

      Moim skromnym zdaniem pokazałeś tym sposobem, że dajesz zgodę na wszystko co spłodzą we stolycy

      • 11 maja 2015 at 16:38

        Albo że nie daje zgody na nic. I że żaden z kandydatów nie spełniał oczekiwań wyborcy.

        Ciekawe, że miałem problem z głosowaniem nawet jako wyborca o poglądach kwalifikowanych jako prawicowe (przestałem używać tej etykietki, ale uważam, że prawdziwy liberalizm — kapitalistyczny, wolnorynkowy, wolnościowy — to prawica).

        Natomiast nie wyobrażam sobie wczorajszych wyborów z perspektywy elektoratu lewicowego: farbowany Palikot, który sam nie wie czego chce i wysunięta przez niby-lewicę, ale na pewno nie lewicowa Ogórek.

        • Art
          11 maja 2015 at 18:09

          Elektorat lewicowy może spokojnie głosować na PO lub PiS w zależności od tego czy jest laicki czy katolicki. Pan prezydent miał nawet hasło wyborcze „socjal i bezpieczeństwo” czy jakoś tak ;).

          • 12 maja 2015 at 08:18

            To pewnie jak wybór między byłym księdzem a zaprzysięgłym ateistą :)

          • b52t
            12 maja 2015 at 09:03

            Nie, program socjalny nie tworzy partii lewicowej, tak jak liberalizm tylko gospodarczy nie tworzy kandydata liberalnego. W tych wyborach nie było żadnego kandydata lewicowego ani centrowego, którego można by było poprzeć.

            • Art
              12 maja 2015 at 15:45

              Ani Bronek ani Duda prawicowi nie są, choć ten drugi tak siebie określa. To są kandydaci status quo, a ponieważ nasz obecny system prawny jest właśnie centrowo-lewicowy, więc są to kandydaci centro-lewicowi.

              • b52t
                12 maja 2015 at 15:57

                Nasz system prawny jest centrowo-lewicowy? Rozumiem, że jakiekolwiek świadczenia socjalne czynią z niego ipso facto lewicowy, taką logikę przyjmuję. Tylko co więcej ma świadczyć o owej „lewicowości”? Dodatki kościelne i wieczne przymilanie się do kleru? To udawanie, że pewnych tematów społecznych nie można ruszyć, ale tak realnie, a nie pogadać sobie, żeby zająć tłuszczę, bo kościół pogrozi palcem? Konserwatyzm bije z tego państwa na kilometry.

              • Art
                12 maja 2015 at 18:12

                Trzy argumenty:

                (1) Państwo opiekuńcze to nie tylko świadczenia socjalne. To przede wszystkim zasada, że państwo wie najlepiej co jest dla mnie dobre. I ta zasada ma potem przełożenie na przeróżne nakazy i zakazy. Państwo jest przekonane, że potrafi być najlepszym ubezpieczycielem, dlatego zapewniło sobie monopol na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Państwo dla naszego dobra zabrania nam hazardu, marihuany i tradycyjnych żarówek. Państwo ustala programy nauczania, aby mieć kontrolę nad wiedzą i światopoglądem obywateli. Nic dziwnego, że potem jakiś rolnik pyta premiera „Jak żyć?” – wszak państwo nauczyło nas, że mówi nam jak żyć.

                (2) Etatyzm. Brak prywatyzacji. Połowa spółek z WIG20 to spółki ze znacznym udziałem Skarbu Państwa, od PZU i PKO, poprzez KGHM i GPW, aż po LOTOS i ORLEN. Wszystko po to, aby można swoich ludzi obsadzać w zarządach i radach nadzorczych.

                (3) Tak jak pisałem w poprzednim komentarzu, PiS to lewica katolicka. Od katolickiej lewicy nie oczekujmy antyklerykalizmu, wręcz przeciwnie. Religijny zamordyzm to nie jest konserwatyzm.

                (4) Są różne nurty na lewicy. Z oczywistych względów nie rozmawiamy tu o marksizmie-leninizmie. Dominujący obecnie nurt to tzw. socjaldemokracja. Nazwa mówi sama za siebie.
                http://pl.wikipedia.org/wiki/Socjaldemokracja

        • ajax
          11 maja 2015 at 23:51

          „Albo że nie daje zgody na nic. I że żaden z kandydatów nie spełniał oczekiwań wyborcy.” – To juz każdy sam musi rozstrzygnąć.
          Dla mnie brak głosu oznacza cichą zgodę na wszystko co wymyślą, zgodnie z zasadą jak nie jestem przeciw wam to jestem z wami
          Dla Ciebie może oznaczać brak zgody na wszystko.
          Dla mnie natomiast brakiem zgody na wszystko jest nie zaznaczenie żadnej z tych kratek, przekreślenie całej karty i odręczne dopisanie: „glos nieważny, nie mam na kogo glosować”, co już niejeden raz zrobiłem

          • 12 maja 2015 at 08:20

            Można jeszcze dopisywać kandydatów (mnie się podoba „write-in”, jest w niektórych stanach USA, nawet w wyborach prezydenckich).

            Minus takiej manifestacji jest taki, że trzeba się pofatygować do lokalu, mieć czas. Nie każdy go ma.

            Nie odsądzajmy ludzi od czci i wiary ze względu na inne wyznanie wiary w kwestii swobody ekspresji.

          • b52t
            12 maja 2015 at 08:56

            Pojawia się tutaj pytanie, czy do tego pokazania, że nie jest wszystko jedno zaliczyć można świadomie nieważne głosowanie, czy też tylko to gdzie głos będzie zaliczony do ważnych?

            • 12 maja 2015 at 09:26

              Ja bym zaliczał, jako domorosły socjolog rozumiem taką postawę.

              Ale w kolejnych wyborach proponuję inny schemat: wszystkie „CO NA NIE” popierają, zgłaszają takiego „CO NA NIE”. I wówczas wiemy, że głos na tego gościa jest głosem „CO NA NIE”.

              Mogę się zgłosić na ochotnika, na zajączka :)

              • b52t
                12 maja 2015 at 10:31

                Pytanie bonusowe: kogoś poza socjologami i politologami, przejmie, jeśli znów będzie wysoki procent nieważnych głosów (przecież bez rozbicia na te z dopiskami i te bez)? Szczególnie w drugiej turze, a już tym bardziej jeśli się okaże, że jednak dwutygodniowy teatr grozy przyniesie oczekiwane rezultaty, czyli nie zadmą w Dudy, tylko wygra Wielki Łowca III Rzeczypospolitej?

              • ajax
                12 maja 2015 at 18:26

                Pewnie nie, ale byłoby trochę zdziwienia, gdyby wynik głosowania wyglądał następująco: 90% głosów nieważnych i 10% ważnych. Tyle, że to znowu jakieś sny na jawie (może na JOW-ie ;-D)

              • ajax
                12 maja 2015 at 18:22

                I to jest konstruktywny pomysł. Mam wrażenie (nie piszę „odnoszę wrażenie” bo zaraz będę je przynosił z powrotem ;-P) że to może wyjaśniać wynik Pawła Kukiza

  2. Mike
    11 maja 2015 at 00:11

    Zagłosowałem jak to od 20 już lat na JKM. Uważam, że jeśli ktokolwiek może coś zmienić to on. Nie oznacza to, że jest bez wad, niemniej jednak…

    Uważam, że Kukiz jako naturszczyk miał za zadanie zebrać głosy antysystemowe i zadanie wykonał.

    Teraz już tylko media popadną w histerię jak w 2006 i Bul dostanie następną kadencję. Choć wolałbym jednak, aby prezydent był z przeciwnej (przynajmniej teoretycznie) partii dla (teoretycznej znowu) równowagi.

    • Art
      11 maja 2015 at 01:44

      Nie przesadzajmy, wybory prezydenckie to nie to samo co wybory do Sejmu. Kukiz nie ma własnej partii i w trzy miesiące nie zbuduje struktur. Nie ma też doświadczenia i zaufanych ludzi, których mógłby wstawić na listy wyborcze. Jeśli chce się dostać do Sejmu, to jest skazany na współpracę z Korwinem i/lub innymi antysystemowymi politykami.

      Sam JKM natomiast jest w coraz gorszej kondycji umysłowej. Pamiętam jak jeszcze z 10 lat temu pisywał świetne felietony, które czytało się z wielką przyjemnością i zainteresowaniem. Wtedy jednak był przede wszystkim publicystą, a nie politykiem. Dziś jest głównie politykiem i niestety w tej roli radzi sobie znacznie gorzej. Zresztą jego problem chyba zawsze polegał na tym, że próbuje on łączyć rolę publicysty z rolą polityka.

      W 2006 roku media nie popadły w histerię, to była naturalna i zasłużona reakcja na rządy PiSu, Samoobrony i LPRu. Można nie lubić III RP, ale IV była(by) jeszcze gorsza.

      W 2005 wybory prezydenckie wygrał Kaczyński, mimo że faworytem był Tusk. Teraz faworytem jest (a przynajmniej był) Komorowski, więc nie zdziwi mnie ewentualna wygrana Dudy w II turze.

      • Mike
        11 maja 2015 at 07:39

        Widziałem wystąpienia JKM z tego roku i nie sądzę, aby coś się specjalnie zmieniło w jego zachowaniu w porównaniu do zeszłych lat. Jedynie więcej frustracji widać.

        W 2006 to była histeria. PIS nie zrobił nic specjalnego, to była parada nienawiści przeciwko Kaczyńskiemu. Nie jestem jego fanem absolutnie, ale to była zwyczajna histeria, straszenie faszyzmem i wszystkim co najgorsze.

        Ja tam wolę wyimaginowaną IV RP od podnoszenia wieku emerytalnego i rabunku OFE czy podnoszenia podatków. Choć wybór to marny.

        • 11 maja 2015 at 10:14

          Jednak warto byłoby zauważyć, że — głosowałem w ten sposób od 1991, w 2001 przerzuciłem głos na „letni liberalizm”, aby porzucić go w 2007 r. — świat się zmienia. Po komunizmie ludzie byli przyzwyczajeni do kosmosu na ziemi, wówczas pewne teksty przechodziły.

          A dziś, zamiast pokazać, że pewne elementy programu są zrealizowane, więc „patrzcie na oryginał” — brnie w jakieś konstrukcje logiczne zrozumiałe dla garstki osób. (I od razu dodam, że większość z nich raczej rozumiem, jednak wiem też, że to do niczego nie prowadzi.)

          • 11 maja 2015 at 11:07

            Dodam, że konsekwencja w polityce jest bardzo ważna (kluczowa), ale nie oznacza to, że ma ona sprowadzać li tylko do „będę szokował jak zawsze”. Nawet najtrudniejsze poglądy trzeba umieć wyłożyć spokojnie i z rozwagą, zachęcić do nich zamiast zniechęcać.

            Jak dla mnie coraz mniej w tych opowieściach liberalizmu, a zachwyt nad UKIP, która pojęcie liberalizmu sprowadza do figury ograniczenia importu żywej tkanki… tego w Polsce ludzie po prostu nie kupią (z oczywistych przyczyn), podobnie jak zachwytu nad Putinem (z tych samych oczywistych przyczyn).

        • Art
          11 maja 2015 at 13:22

          Odnośnie OFE. Moim zdaniem to się musiało tak skończyć, bo OFE powstało po to, aby ładować 60% oszczędności w obligacje skarbowe. Problem w tym, że mamy progi ostrożnościowe, z progiem konstytucyjnym na czele. W momencie gdy dług publiczny zaczął zbliżać się do określonej w konstytucji granicy 60% PKB, OFE stały się najłatwiejszym łupem. Każda partia rządząca, która nie jest za zrównoważonym budżetem i nie dysponuje większością konstytucyjną, musiałaby wcześniej czy później obrabować OFE. PiS z pewnością nie zrezygnowałoby z zadłużania państwa, więc musiałoby zrobić z OFE to samo co PO. Zresztą nie wątpię, że w ciągu tych ostatnich 7 lat trwały ciche negocjacje między PO i PIS w sprawie zmiany konstytucji, ale PiS nie chciał się na to zgodzić, bo wiedział, że zmiany w systemie emerytalnym zaszkodzą PO.

          Gdyby w tym roku TK uznał nacjonalizację i umorzenie obligacji za niezgodne z konstytucją wywłaszczenie, to dług skacze do 60% PKB i mamy automatyczną realizację art. 216 ust. 5 konstytucji. Oczywiście TK nie może tak orzec, bo o dziwo wciąż nie wpłynął do niego stosowny wniosek (chyba że o czymś nie wiem).

          Podniesienie wieku emerytalnego też jest wymuszone chęcią finansowania deficytu budżetowego. Cała opozycja zwala winę na PO, a prawda jest taka, że PiS i SLD postąpiłyby tak samo, bo za ich rządów też byłby deficyt.

          • 11 maja 2015 at 13:31

            Podsumowując: głosujta jak chceta, to i tak nie ma znaczenia, bo liczą się mechanizmy, które mało kto rozumie ;-)

            Można też taki komentarz uznać za przejaw spiskowej teorii dziejów; pomijając już to czy OFE miało po prostu finansować deficyt z naszych składek — wychodzi na to, że tak czy inaczej trzęsą tym rekiny światowej finansjery.

            …albo też można uznać za rzeczowy wywód, że jednak liczą się zasady — ta konstytucja cała — więc skoro nałożyliśmy sobie jakieś kagańce, to nie ważne kto, ważne, że musi.

            (Ale tu sam dodam, że jeśli 60% liczy się „z OFE”, ale jeśli przewalimy na inną kupkę, to się nie liczy — to oznacza, że jednak jest to ściema.)

            • Art
              11 maja 2015 at 13:47

              Ściemą jest to, że zobowiązania ZUSu nie są wliczane do oficjalnego długu państwa. Jest to jedna z kilku metod kreatywnej księgowości. Dlatego na stronie http://www.dlugpubliczny.org.pl mamy dwa liczniki: „dług publiczby Polski” i „ukryty dług publiczny”, różnica w tych kwotach mówi sama za siebie. Jednocześnie jest to argument za tym, że zobowiązania ZUSu nie mogą być ekwiwalentem gwarancji wynikających z obligacji Skarbu Państwa, a zatem wywłaszczenia nie dokonano za odpowiednim odszkodowaniem.

              Jeśli zaś chodzi o to czy głosujący mają jakiś wybór, to moim zdaniem mają. Jest to wybór między partiami, które nie wyobrażają sobie budżetu bez deficytu, a partiami, które chcą przestrzegania tzw. złotej reguły, czyli równoważenia bieżących wydatków bieżącymi dochodami budżetowymi.

          • Mike
            11 maja 2015 at 13:31

            Nie twierdzę, że inne partie nie zrobiłyby tego, wręcz przeciwnie, niemniej jednak nie zrobiły.

            Oczywiście była/jest inna droga, a mianowicie w końcu zderegulować gospodarkę, obniżyć podatki, likwidować biurokrację, ale nikt się jej nie chcę podjąć.

            Kiedyś Polska w końcu zbankrutuje i będzie interesująco (nie znaczy przyjemnie).

            >Nawet najtrudniejsze poglądy trzeba umieć wyłożyć spokojnie i z rozwagą, zachęcić do nich zamiast zniechęcać.<

            Na wielu spotkaniach z ludźmi JKM całkiem spokojnie wykłada na chłopski rozum. Czasem się tylko niepotrzebnie ekscytuje, widać cierpliwości mu już brakuje. Nic dziwnego po tylu latach.

            • 11 maja 2015 at 14:29

              > Na wielu spotkaniach z ludźmi JKM całkiem spokojnie wykłada na chłopski rozum. Czasem się tylko niepotrzebnie ekscytuje, widać cierpliwości mu już brakuje

              A później idzie do jakiejś telewizorni i chochlik szepce mu do ucha: „walnij waść tak, żeby z tych 7% znów zrobiło się trzy-i-pół”. I żeby nigdy nie było 17%.

              Chciałbym zwrócić uwagę, że chyba dość podobny poglądami Kukiz jednak doszlusował do tych magicznych dwóch dziesiątek. Zatem nie jest raczej problemem to co się mówi, lecz jak się mówi — tj. co wyłania się ze (względnej) ostrości poglądów (pomijając, że sam nie wiem jakie Kukiz w rzeczywistości poglądy ma ;-)

              • 12 maja 2015 at 00:23

                Z entuzjazmu z jakim Kukiz rzucił się na temat zmielenia i JOWów, wnoszę że dopiero co się o tym dowiedział i zapałał świętym gniewem. Z jednakim entuzjazmem może się zaraz rzucić w kierunku przeciwnym, kiedy się dowie że JOWy jednak takie idealne nie są.

  3. Adam314
    11 maja 2015 at 00:27

    Nie zmarnowałeś głosu jeśli zagłosowałeś zgodnie z własną wolą i przekonaniami. Zmarnowałbyś swój głos gdybyś głosował „na tego co ma przewagę w sondażach, żeby nie zmarnować głosu”.

    Głosowanie według własnego przekonania jest istotą demokracji. Sondaże zakłócają to zachowanie. Powinien być zakaz ich publikowania na miesiąc lub więcej przed wyborami.

    • Art
      11 maja 2015 at 01:10

      Jak widać po wyniku wyborów, przedwyborcze sondaże raczej nie pomogły Komorowskiemu i nie zaszkodziły Kukizowi. Również w przypadku ostatnich wyborów w UK sondaże nie okazały się samospełniającą przepowiednią.

  4. klki
    11 maja 2015 at 04:53

    Drogi Olgierdzie, warto przy zmianie adresu URL RSS-a poinformować o tym czytelników, lub zrobić przekierowanie na nowy adres, przez to od pół roku (7.11.2014) nie dostawałem powiadomień o nowych wpisach na tym blogu :(

    • 11 maja 2015 at 10:11

      Wiem, temat był poruszany właśnie jesienią. Sęk w tym, że zmiana platformy z Blogspot.com na własny hosting skutecznie pozbawiła mnie poprzedniego adresu RSS i nie miałem jak — za pomocą tamtego kanału — o tym poinformować.

      Natomiast zapowiadałem przenosiny i pisałem coś w ten deseń, że różnie może być po zmianie, myślałem, że jak ktoś czegoś nie znajdzie to sobie wpisze „www.czasopi…”.

      Jeszcze raz przepraszam, zrobię wszystko, by się nie powtórzyło.

  5. mall
    11 maja 2015 at 11:28

    Najwyraźniej prezydent ma znaczenie skoro partie tak bardzo o niego walczą:
    – służy jako figura pokazująca „my jesteśmy z tych co wygrywają”, a Polacy wolą u władzy wygrywających;
    – służy jako blokada posunięć konkurencji (veto dla ustawy psuje szyki rządowi w opozycji);
    – zawsze można użyć siedziby prezydenta żeby wysłać mu dokumenty nie całkiem legalnie; bo kto zdecyduje mu się je zabrać?
    – może też klepnąć podpis pod ustawą ordynarnie niezgodną z konstytucją, która może pozwolić na złamanie zębów opozycji i nie będzie już komu prowadzić kontroli następczej.

  6. b52t
    12 maja 2015 at 09:00

    Również oddałem głos na kandydata, który nie miał szans na drugą turę, ba nawet mieścił się (i mieści) w błędzie statystycznym. Poszedłem nawet dalej niż JOW, mimo, że Szwajcarią nie jestem aż tak zachwycony. ;)
    W drugiej turze zamierzam oddać głos świadomie nieważny. Pewnie znów wpadnę do lokalu zjeżdżając z łikendowej przejażdżki rowerowej.

    • 12 maja 2015 at 09:32

      Mam wrażenie, że owa „demokracja bezpośrednia” to taki chwyt erystyczny tylko. W Helwecji to ma sens ale jako schemat podejmowania decyzji „od dołu, od zawsze”. U nas tradycja sejmików dawno umarła (zresztą nigdy nie były one powszechne), przeszczepić tego modelu by się nie dało (i kandydat też chyba do tego nie namawiał).

      Natomiast wizja, że da się w Polsce rządzić referendami ogólnokrajowymi… Pomijam argument, że jest nas za dużo, że za duży to kraj — wystarczy popatrzeć jak w CH ludzie głosują w sprawach, w których u nas byłoby szaleństwo:

      – „77 proc. Szwajcarów wypowiedziało się w dzisiejszym referendum przeciw gwarantowanej ustawą płacy minimalnej. Ustalenie wysokości wynagrodzeń będzie więc dalej leżało w gestii kantonów.” (za http://www.stefczyk.info/wiadomosci/swiat/szwajcaria-referendum-nad-rekordowa-placa-minimalna,10657910099)

      – ” Szwajcarzy w najważniejszym z pytań referendalnych, dotyczącym ilości dni wolnych od pracy, opowiedzieli się za nie wydłużaniem urlopu.” (za: http://liquiddemocracy.pl/blog/76-referendum-w-szwajcarii-wola-dluzej-pracowac)

      • b52t
        12 maja 2015 at 10:06

        U mnie to raczej z samej idei, że można się spytać ludzi w kwestiach wrażliwych światopoglądowo, acz ważnych, płaca minimalna nie zalicza się do tego, bo wiadomo, że u nasz ta powinna być od razu taka jak średnia płac w krajach UE.
        Bliska jest mi też idea „rozbicia dzielnicowego” i oddanie większej władzy w ręce regionów (województw), bo póki co mamy planowanie centralne z naciskiem na warszawocentryzm. I to pomimo świadomości zagrożeń i ryzyk takiego rozwiązania.

      • 12 maja 2015 at 12:44

        Ale czy nie jest tak, że ludzie jak im dać większą odpowiedzialność, to i odpowiedzialniej się zachowują?

        Bo ja mogę być i za 3letnim urlopem macierzyńskim, jak mnie to nic nie kosztuje (bycie za). Gdyby ten pogląd miał się przełożyć na konkretne rozwiązania legislacyjne, to już bym się bardziej zastanowił czy na pewno jestem za.

        • 12 maja 2015 at 13:04

          Właśnie nie mam pewności czy to działa w odniesieniu do skupisk.

          Skoro już przywoływane były mądrości JKM, to przypomina mi się ta przypowieść o samolocie. Że jakby efekt w postaci katastrofy był odroczony w czasie, to na pewno ludzie żądaliby demokratycznego wpływu na pilotowanie maszyną.

          To zdanie dowodzi braku wiary w mądrość zbiorową. Być może z mądrością indywidualną jest inaczej.

          • Mike
            12 maja 2015 at 13:22

            Nie ma czegoś takiego jak mądrość zbiorowa… co najwyżej jeden coś rzuci co większość podchwyci.

            Zabawne jest dla mnie to, że praktycznie żadne przedsiębiorstwo nie jest zarządzane demokratycznie tzn. przez wszystkich pracowników, a mimo to promuje się demokrację jako najlepszą, choć kierowanie państwem jest bardziej skomplikowane od kierowania firmą. Gdyby to był faktycznie najlepsiejszy sposób zarządzania czymkolwiek to oczywiście powszechnie byłyby stosowany, a jednak nie jest. Co oznacza, że istnieją lepsze sposoby zarządzania organizacjami, jednak z jakiegoś powodu nie wolno go stosować w przypadku państw. Zapewne dlatego, że dzisiaj są one niczyje, taki sztuczny twór do dojenia tzw. obywateli.

            • 12 maja 2015 at 18:12

              > Gdyby to był faktycznie najlepsiejszy sposób zarządzania czymkolwiek to oczywiście powszechnie byłyby stosowany,

              Jak nie jest jak jest. Czymże są walne zgromadzenia akcjonariuszy i tak dalej?

              • Art
                12 maja 2015 at 20:09

                Mike Ci już napisał, że gdyby przedsiębiorstwa były demokratyczne, to władzę sprawowaliby pracownicy, a nie akcjonariusze. Akcjonariusz to jest właściciel kapitału, czyli odpowiednik szlachty. Natomiast pracownicy to jest Lud. Demokracja to są rządy Ludu. Gdyby państwo miało funkcjonować tak jak spółka handlowa, to prawo wyborcze mieliby tylko właściciele ziemscy, a ilość posiadanych głosów byłaby proporcjonalna do powierzchni posiadanych gruntów.

              • Mike
                13 maja 2015 at 08:33

                Nie chodziło mi o posiadaczy akcji czy też udziałów, niemniej jednak to posiadacze pakietu kontrolnego zarządzają, a nie zwykli akcjonariusze.

              • 13 maja 2015 at 11:50

                A mi chodzi o to, że nie ma nic dziwnego w tym, że od takiego modelu w zarządzaniu państwami odeszliśmy, bo w zarządzaniu państwem i w zarządzaniu przedsiębiorstwem jednak chodzi o co innego. W zarządzaniu przedsiębiorstwem chodzi o to żeby mieć jak największy dochód a dobro przedsiębiorstwa jest tylko środkiem ku temu, w zarządzaniu państwem chodzi o to dobro państwa, zaś dochód z państwa w zasadzie nie powinien istnieć.

                No chyba że ktoś tęskni za modelem kiedy państwo jest własnością rządzącego i/lub rządzący czerpie z państwa dochód jak z przedsiębiorstwa …

              • 13 maja 2015 at 12:00

                Patrymonium :)

                Mnie do dziś gości uśmiech na facjacie na myśl o cytowaniu czegoś tam ode mnie w naukowej publikacji:

                https://books.google.pl/books?id=IAi1AAAAIAAJ&hl=pl&pg=PA129&img=1&pgis=1&dq=olgierd+rudak&sig=ACfU3U1DjU8N0xS5wY7OAelpJ3kbepkd6g&edge=0

                („Między integryzmem a liberalizmem: polscy konserwatyści wobec kapitalizmu”, Włodzimierz Mich, UMCS 1996).

                (Tymczasem bym przysiągł, że był to — zamierzony — cytat dla wtajemniczonych „to średniowiecze!” z … kogo? z czego? ktoś pamięta? ;-)

              • 13 maja 2015 at 13:12

                z kogo? z czego?

              • 13 maja 2015 at 21:16

                Tytus de Zoo tak mawiał :)

              • Art
                13 maja 2015 at 18:00

                To co piszesz wcale nie jest takie oczywiste. Ja na przykład wolałbym, aby w zarządzaniu państwem chodziło o dobro kraju, a nie o dobro państwa. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Politycy i urzędnicy dbają o interes państwa, bo to jest ich interes.

              • 13 maja 2015 at 20:39

                tym bardziej model zarządzania w stylu przedsiębiorstwa powinien być Ci niemiły.

              • Mike
                14 maja 2015 at 11:44

                Problem w tym, że jak coś jest „wspólne” to jest de facto niczyje, tym bardziej niczyje im więcej „udziałowców” jak to np. w demokracji, więc banda cwaniaków to wykorzystuje i jeszcze nam wmawia, że to nasz wybór (haha, każdy głos waży ok. 1/30000000 czyli nic).

                W zarządzaniu państwem nie chodzi nawet o żadne dobro państwa, nie oszukujmy się. Chodzi o to, żeby na cudzy koszt się ustawić. Tym zajmują się tzw. politycy i ich pociotki. To ja już wolę monarchię wprost, przynajmniej wiadomo o co chodzi, a i polityka jest bardziej długodystansowa i jednolita, a ponieważ monarsze zależy jednak na doży(wo)ciu to nie może łupić poddanych za bardzo i na ogół nie stosuje zasady „po nas choćby potop”.

      • b52t
        12 maja 2015 at 15:24

        Jest jednak drobna różnica między Polską, a Kalwinistyczną i Luterańską Szwajcarią. Etos pracy, ogólna postawa wyrobiona przez kulturę jest inna niż u nas. Mi raczej chodzi o pytania wrażliwe jak: małżeństwa dal gejów, związki partnerskie, aborcja (poluzować), marihuanen, takie światopoglądowe dyrdymały na poziomie ogólno krajowym. A potem, po ustaleniu, że Województwa coś mogą zrobić same, lokalne tematy.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.