„Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” — recenzja sentymentalno-racjonalna

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, pewien młody chłopak poszedł do kina i zobaczył te pierwsze i jedyne „Gwiezdne wojny” — i zamarzył, żeby fruwać takim samym Sokołem Millenium albo chociaż mieć taki sam miecz świetlny. Ale to były siermiężne czasy PRL, w sklepach nie było prawie nic, tym bardziej mieczy świetlnych (nawet w peweksach).

No i być jak Han Solo albo chociaż jak Indiana Jones… — przypomnę, że w PRL James Bond był na indeksie (najmłodszym P.T. Czytelnikom Lege Artis muszę wyjaśnić, że władze komunistyczne nie puściłyby nie tylko spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, ale także „Goldfingera”, więc władcą wyobraźni młodzieńców mógł być co najwyżej ten męski protoplasta Lary Croft ;-)


gwiezdne wojny przebudzenie mocy recenzja

„Gwiezdne Wojny” bez Hana Solo to jak Bond bez Bonda. Zważywszy na to co się podziało w filmie — jakoś będzie trzeba z tego wybrnąć.


Dziś ten sam młody chłopak jest dobre 30 lat starszy, więc wie, że miecz tego rodzaju mógłby napytać mu problemów, a nad Sokoła stawia Inbreda. Jednak do kina na „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” przeszedł się z przyjemnością, zwłaszcza po tym jak gdzieś przeczytał, że filmowi bliżej do jedynie słusznej trylogii (a nie do bajeczek o ośle z króliczymi uszami).

Mniejsza z tym: mimo pewnych obaw czasu spędzonego w kinie nie żałuję, oczywiście pewnie zostanie mi po nim w głowie tyle co po najnowszym Mad-Maksie (jechali i jechali, aż zaczęli zawracać, i dojechali z powrotem), niemniej: jest Han Solo (a Chewbacca faktycznie się nie postarzał), jest Leia, jest nawet Luke (ciekawe ile w Hollywood płacą za taką rolę ;-) jest Sokół Millenium; szkoda tylko, że facet w blaszanym hełmie okazuje się być jakimś pryszczersem. No ale może takie czasy (a może chodzi o kompleks nie-dorównania dziadkowi pryszczersa…)…

A na zakończenie, w ramach nieco oderwanego od rzeczywistości podsumowania, zapraszam na dwa epizody filmowe. Najpierw, jeśli komuś brakowało Marka Hamilla, brawurowa scena z „Jay and Silent Bob Strike Back”:



A jako podsumowanie piosenka „Please Mr. Kennedy” z filmu „Inside Llewyn Davis” (chyba dość niedoceniony film braci Cohenów), którą zaśpiewało aż dwóch aktorów z „Przebudzenia mocy” (i jeden prawdziwy śpiewak, który chyba wychodzi na ludzi):



I to by właściwie było na tyle. A „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” polecam, na pewno nie da się nudzić — dzieje się dużo, są pościgi, walki, strzelaniny, takie tam rzeczy, które zawsze dobrze wyglądają w kinie.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

34 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze