Alice Lugen, „Tragedia na przełęczy Diatłowa. Historia bez końca”

Co ma zrobić miłośnik czytania dobrych książek, który lubi też połazić po górach, ale czasem nie ma czasu na jedno i drugie? Odpuścić? A taki, który lubi dobrą literaturę faktu, ale niekiedy chciałby się odmóżdżyć przy historii trzymającej w napięciu (niekoniecznie kolejnym wydumanym kryminale z bzdurna rodem)? Teraz już wiem — wszystko w jednym gwarantuje Wam książka polskie autorki ukrywającej się pod pseudonimem Alice Lugen — „Tragedia na przełęczy Diatłowa. Historia bez końca”.


Alice Lugen Tragedia przełęczy Diatłowa recenzja

Alice Lugen, „Tragedia na przełęczy Diatłowa. Historia bez końca”, wydawnictwo Czarne, na papierze 280 stron


W pewnym skrócie: jest rok 1959, grupa młodych radzieckich turystów wyrusza — z iście radzieckim rozmachem — na leżący w północnym Uralu wierzchołek Otorten. Studencką wyprawą kieruje doświadczony Igor Diatłow, jednak w zespole nie brakuje turystów z dorobkiem, zatem mimo trudnych warunków pogodowych (zima), sprzętowych (wiadomo) i logistycznych (tajność obszaru spowodowała, że jedyna „legalna” mapa, jaką dysponowali turyści, była w skali… 1:1000000) wszyscy są dobrej myśli. Jednak w umówionym czasie ekipa nie wraca, zaś wkrótce się okazuje, że wszyscy uczestnicy wyprawy zginęli w (do dziś) niewyjaśnionych okolicznościach…
Dlaczego niewyjaśnionych? Ano dlatego, że pasmo Uralu stanowiło lokalizację dla wielu ściśle tajnych radzieckich projektów — jądrowych, militarnych, łagiernych, zaś część młodzieńców pracowała w branżach i zakładach, o których nikt nie miał prawa wiedzieć. Stąd też zamiast akcji ratowniczej lub poszukiwawczej z prawdziwego zdarzenia, podjęto operację zaciemniająco-zacierającą, tak, by prawda nie ujrzała światła dziennego.

Autorka próbuje, na ile to możliwe (przy sowieckich metodach fabrykowania faktów nie jest to wcale takie łatwe), przejść przez wszystkie opcje i niuanse, nie pozostawiając żadnej z możliwych hipotez. A mianowicie:

  • uczestnicy wyprawy na Otorten stali się przypadkowymi ofiarami nieudanych testów broni lub innych eksperymentów — najbardziej prozaicznym wyjaśnieniem jest panika wywołana nisko przelatującą rakietą (tej opcji oczywiście nigdy formalnie nie wzięto pod uwagę, także dzisiejsze władze rosyjskie ją pomijają, aczkolwiek „ogniste kule” wydają się być istotnym elementem łamigłówki);
  • na przełęczy Diatłowa (bo taką miejsce to zyskało nazwę po wypadku) miała miejsce lawina lub zejście deski śnieżnej (tę tezę aktualnie lansują — wbrew naocznie stwierdzalnym faktom — rosyjskie organy ścigania);
  • turyści zostali zabici przez zamieszkujący tamte tereny lud Mansów (w takim kierunku próbowano zwekslować śledztwo na samym początku — mówiąc wprost: wrobić Mansów w zabójstwo związane z wtargnięciem na świętą górę, etc.);
  • pracujący przy ściśle tajnych projektach inżynierowie, dysponujący także wiedzą o katastrofie nuklearnej w Majaku, współpracowali z wywiadem amerykańskim, wyprawa była pretekstem do kontaktów ze szpiegami, podczas której doszło do zabójstwa;
  • wersja alternatywna: j/w, zaś obawiając się podjęcia takiej współpracy, na wszelki wypadek zabiło ich KGB czy GRU (poszlaką ma być niejasna postać tajemniczego Siemiona Zołotariowa, który dołączył do ekipy na przyczepkę, jego rzekoma tożsamość nie pasuje do niczego, co się o nim mówi, zaś w jego grobie na pewno został pochowany ktoś zupełnie inny…);
  • uczestnicy wyprawy zostali zabici przez zbiegłych z łagrów więźniów (teza odrzucona przez władze — raz, że władze niespecjalnie chciały się przyznać, że gułag istnieje, a dwa, że ponoć akurat w tamtym czasie ucieczki się nie zdarzyły);
  • młodzi ludzie zostali zabici przez straże, które wzięły ich za ukrywających się zbiegów z łagrów (teza odrzucona z powodów j/w);
  • względnie przez kogoś, kto chciał dostać w ręce posiadaną przez nich (niezbyt legalnie) mapę geologiczną, na której zaznaczone były tereny złotonośne, etc.

…no więc właśnie: wszystko miało miejsce w Związku Radzieckim, dziś łapę trzyma na papierach Rosja (przez krótki czas, na początku rządów Borysa Jelcyna, wydawało się, że może coś się ruszy w sprawie tragedii na przełęczy Diatłowa) — proszę nie wnikać, nie interesować się.

Tak czy inaczej — autorka wydaje się sprzyjać pierwszej z wymienionych tez, ale jednoznacznego stanowiska oczywiście nie zajmuje (natomiast nie obawia się podważać a nawet wyśmiewać tych, które są oparte na urzędowej konfabulacji) — książka jest naprawdę świetna. Zaś w kategoriach niewyjaśnionych historii turystycznych bije na głowę „Szczelinę” — właśnie dlatego, że napisało ją życie.
Zdecydowanie polecam, nie tylko miłośnikom łazęgi po górach.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

24 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze