A skoro wczoraj było o książkach, które w ciągu 2025 roku przeczytałem, ale z różnych powodów nie zdecydowałem się popełnić kolejnej pseudo-recenzji, dziś będzie dobry moment na mały dowód mego odchylenia historycznego: oto jest „Operacja Neptun. D-Day i inwazja Aliantów na okupowaną Europę”, autorstwa Craiga Symondsa.

Jak zawsze w historycznych książkach wojennych dostrzegam dwie warstwy: społeczno-polityczną i batalistyczną; tę drugą odrzucam, bo g! mnie obchodzi jaki pułk którędy wroga obchodził, w historii drugiej wojny światowej nie można pominąć… tej logistycznej. Skoro do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy, to nie może dziwić, że na każde 50 dywizji na froncie potrzeba dziesięć razy tyle ludzi w zaopatrzeniu i jeszcze więcej w fabrykach uzbrojenia. Jeśli o pierwszej wojnie światowej mówi się jako o pierwszej, w której kluczową rolę odegrała przewaga materiałowa, to w przebiegu zmagań 1939-1945 doskonale widać jak przechylała się szala zwycięstwa wraz ze zmianami gospodarczymi, technicznymi i społecznymi.
A mianowicie, w bardzo dużym skrócie:
- zacznijmy od podstawy: zapewne obraz Europy i świata wyglądałby inaczej, gdyby nie (niezrozumiały z punktu widzenia niektórych współczesnych) upór Winstona S. Churchilla. Ale przecież Wielka Brytania latem 1940 r. była pokonana na lądzie i oblegana w powietrzu, a gdyby Niemcom udało się wylądować na wyspie, nie byłoby szans na obronę (stąd istniały zaawansowane plany ewakuacji króla i rządu do Kanady);
- teraz przewijamy do przodu kampanię norweską, Kretę, Malaje Singapur, dość rzec, że na początku 1942 r. sytuacja wydawała się dość beznadziejna, a jedynym promyczkiem było przystąpienie do wojny Stanów Zjednoczonych — co zatem się zmieniło, że już w listopadzie 1942 r. nastąpił wyraźny przełom? po pierwsze przekazanie przez Roosevelta stu starych i całkiem niepotrzebnych niszczycieli, po drugie program Lend-Lease, po trzecie konwoje transportowe przez Atlantyk, pozwalające podtrzymać przy życiu Anglię, a po Barbarossie — wyposażyć wojska sowieckie w amerykański sprzęt;
- Alianci od samego początku myśleli o powrocie na kontynent: chociaż dowódcy lotnictwa bombowego długo uważali, że nazistów da się wybombardować, dla strategów było jasne, że bez czołgów i piechoty na prawym brzegu Renu wojny skończyć się nie uda; jednak czołgi potrzebują mnóstwa paliwa i amunicji, piechota potrzebuje jeść… wystarczy spojrzeć na globus, by dostrzec, że nawet jeśli malutka Brytania u brzegów Europy nadaje się na magazyn przeładunkowy, koszary i poligon dla miliona Jankesów, to jakoś ten cały towar trzeba też przetransportować; a zanim się go przetransportuje, trzeba mieć odpowiednio zabezpieczony teren: nie tylko przyczółek, ale i porty do rozładunku, etc.,etc.;
- ale to tylko sam koniec tego łańcucha pokarmowego, bo przecież potrzebne były też statki transportowe i okręty do ich ochrony przed U-Bootami grasującymi na Atlantyku, więc potrzebne były nowe stocznie, by produkcja nadążała za stratami… a skoro finałem tych przygotowań miał być desant, to niezbędne były też jednostki desantowe, których nie było nie tylko fizycznie, ale w sumie nie było nawet sensownych projektów (te wszystkie LCI, LCT, LST, łodzie Higginsa czy Shermany DD były raczej wynikiem potrzeby chwili i dziełem przypadku, niż doskonałego planowania);
- czym zatem była tytułowa operacja Neptun? to bardzo proste: był to morski, logistyczno-transportowy, etap operacji Overlord, a jej wyróżnikiem niech będzie choćby to, że do momentu lądowania w Normandii nawet najwyższy rangą generał podlegał bosmanowi prowadzącemu jego barkę;
- polityka i strategia: chociaż na bardzo wczesnym etapie uzgodniono, że ważniejszym wrogiem są Niemcy, a Japonia może poczekać, to przecież łatwiej coś powiedzieć, niż to zrobić, a zwłaszcza nic nie robić. Społeczeństwo oczekiwało, że wojsko będzie się biło, wojsko nie mogło się nudzić, Stalin nalegał na otwarcie drugiego frontu, a przecież rajd na Dieppe pokazał, że łatwo nic nie przyjdzie. Stąd też pomysł, by rozmontowywanie Osi zacząć od Afryki północnej (przy okazji wyłączając z gry Francję); i tak jak listopad 1942 r. można nazywać miesiącem przełomowym, bo od tego momentu Rzesza i jej sojusznicy się tylko cofali, to sukces spowodował dodatkowe komplikacje: na południowym wybrzeżu Morza Śródziemnego przebywało kilkaset tysięcy anglosaskich żołnierzy, których transport do Anglii byłby skomplikowany i czasochłonny (a przecież statki były potrzebne też do przewiezienia miliona (!) jeńców) — stąd prościej było ruszyć na Italię, najsłabszy punkt Osi;
- ciekawe: Churchill proponował Bałkany, żeby przeciąć drogę Armii Czerwonej, za to Eisenhower miał być całkowicie przeciw — nawet nie to, że droga do zwycięstwa wiodła przez Berlin, ale też obawiał się konieczności zaopatrzenia milionów Włochów w żywność;
- wracając ad rem: powodzenie walk na lądzie zależało od dostaw, których uruchomienie wymagało zdobycia dużego portu — sprytni Alianci wymyślili, że dopóki to się nie uda, można przecież korzystać z własnych, ruchomych, przytransportowanych przez kanał La Manche kesonów Phoenix i starych statków, zatopionych u normandzkich brzegów; portów Mulberry utworzono dwa, jednego raz-dwa diabli wzięli — trochę się przydały, a trochę nie, bo chociaż Cherbourg bronił się dłużej, niż zakładały plany, a Antwerpię udało się opanować jeszcze później, to w sumie możliwości rozładunku wprost na plaże (Omaha, Juno, etc.) przerosły oczekiwania planistów;
- logistyka to także umiejętność zarządzania tym całym zgiełkiem: armada inwazyjna składała się m.in. z 284 większych okrętów wojennych i ok. 400 mniejszych jednostek bojowych, 311 okrętów LST, 200 barek LCI, 800 barek LCT, 500 jednostek LCM i 1,5 tys. łodzi Higginsa i LCA — żeby jakoś to wszystko wyglądało, każda plaża miała swojego… kierownika lądowania (jeśli ktoś myśli kategoriami współczesnymi, to warto pamiętać, że mówimy o wojnie, a Niemcy wcale nie przyglądali się temu wszystkiemu biernie);
- a przecież przydałby się jeszcze element zaskoczenia: do tego powołano operację Fortitude, czyli koncentrację gumowych czołgów i samolotów z siana plus zgiełk w eterze, które miały przekonać nieprzyjaciela, że inwazja będzie wymierzona może w Norwegię, a może najkrótszą drogą przez kanał…
- …po czym niestety autor sporo uwagi poświęca samej taktyce ataku na Normandię, co mniej akurat mniej zainteresowało — bo choć historyczne książki o wojnie bardzo lubię czytać, to niekoniecznie o samym wojowaniu.
„Operację Neptun” Craiga Symondsa zdecydowanie polecam — ale z pewnością nie każdemu.
(Craig Symonds, „Operacja Neptun. D-Day i inwazja Aliantów na okupowaną Europę”, (’Neptune: The Allied Invasion of Europe and the D-Day Landings’), tłum. Łukasz Witczak, Jerzy Wołk-Łaniewski, wyd. Znak Horyzont, na papierze 496 stron; fot. Olgierd Rudak, CC0)