Zagadnął mnie niedawno P.T. Czytelnik, a to w kontekście licencji Creative Commons, które lubię i doceniam: czy też jestem zdania, że nie istnieje coś takiego jak licencja public domain? Wszakże twórca nie ma prawa „wyzbyć” się praw autorskich i zadecydować o przeniesieniu utworu do domeny publicznej — zatem jakkolwiek to nazwać i obudować prawnie, to i tak wszystko bezskuteczne i nieważne?
Hipoteza stojąca za poglądem, iż nie ma czegoś takiego jak licencja public domain lub przeniesienie utworu do domeny publicznej oparta jest na następującym rozumowaniu:
- prawo autorskie nie przewiduje czegoś takiego jak wyzbycie się / rezygnacja z uprawnień osobistych lub majątkowych;
- ustawa mówi o wygaśnięciu autorskich praw majątkowych, ale nie o dobrowolnym przeniesieniu utworu do domeny publicznej, zaś prawa autorskie wygasają tylko i wyłącznie ze względu na upływ określonego czasu (np. 70 lat od śmierci twórcy, por. „„Mein Kampf” w domenie publicznej”);
- natomiast umowa, żeby była umową, musi mieć charakter dwustronny — a przecież nikt twórcy nie składa oświadczenia „biorę ten utwór jaki on jest, zrobię z nim co chcę, ale nie zapłacę ani grosza”;
- mało tego: każda licencja musi wyraźnie wymieniać pola eksploatacji, więc zakres zezwolenia musi być jakoś sformułowany;
- więc tak czy siak przejście utworu do domeny publicznej wolą twórcy jest contra legem — a czynność prawna sprzeczna z ustawą jest nieważna i szlus.
Dalej też będzie w punktach, bo tak wyraźniej:
- tytułem krótkiego wprowadzenia: do powstania utworu nie potrzeba niczego więcej niż „iskry bożej” (tej, o której mowa w art. 1 ust. 1 pr.aut.), wystarczy, że utwór zostanie „ustalony” , zaś twórca nie musi niczego formalizować, zgłaszać, potwierdzać, rejestrować, etc.,etc.;
- merkantylną konsekwencją zindywidualizowanej działalności twórczej monopol autorski: twórcy przysługuje wyłączne prawo korzystania i rozporządzania utworem, jak też otrzymywania wynagrodzenia od osób korzystających z utworu;
- za to autorskie prawa osobiste — więź kreatora z dziełem, m.in. prawo do autorstwa i oznaczania utworu swoim nazwiskiem, pseudonimem lub publikacji anonimowej — są niezbywalne,
- upraszczając: na gruncie polskiego prawa autor może prawa majątkowe do utworu sprzedać, może też udzielić licencji na korzystanie z utworu — wyłącznej (taka wymaga zachowania formy pisemnej pod rygorem nieważności) lub niewyłącznej (ustawa nie określa formy takiej licencji, przeto wola uprawnionego może być wyrażona w sposób dowolny, np. „a róbta co chceta”);
z ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych
art. 41 ust. 2. Umowa o przeniesienie autorskich praw majątkowych lub licencja obejmują pola eksploatacji wyraźnie w nich wymienione.
art. 43 ust. 1. Jeżeli z umowy nie wynika, że przeniesienie autorskich praw majątkowych lub udzielenie licencji nastąpiło nieodpłatnie, twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia
art. 67 ust. 1. Twórca może udzielić upoważnienia do korzystania z utworu na wymienionych w umowie polach eksploatacji z określeniem zakresu, miejsca i czasu tego korzystania.
- dla jasności: w niniejszym wywodzie „licencja public domain” oznacza rezygnację z przysługujących twórcy uprawnień wynikających z prawa autorskiego — każdemu wolno z takiego utworu korzystać, bezpłatnie, bez ograniczeń, autor nie tylko nie będzie się domagał wynagrodzenia, ale też nie będzie ingerował w sposób / miejsce / kontekst / formę / sposób modyfikacji utworu (może to być licencja CC0, ale nie przywiązywałbym się do konkretnych rozwiązań);
- zaczynając od najłatwiejszego: owszem, zgodnie z ustawą umowa licencyjna powinna wymieniać pola eksploatacji, na których licencjobiorca może korzystać z utworu — ale też ta sama ustawa literalnie przewiduje sytuację, iż sposób korzystania nie będzie umownie sprecyzowany: wówczas można utwór wykorzystywać „zgodnie z charakterem i przeznaczeniem” oraz zwyczajami (por. „Brak określenia pól eksploatacji w umowie autorskiej”);
- jak jednak interpretować umowę, która może i ma „dającego”, ale nie wiadomo kto jest drugą stroną („biorącym”)? to tez jest dość proste: oświadczenie woli można wyrazić w dowolny sposób, a jest ono skuteczne w możliwości dojścia do odbiorcy w sposób umożliwiający zapoznanie się z jego treścią;
- dla przypomnienia: chociaż zwykle zawarcie umowy polega na przyjęciu złożonej oferty („daję”), to przecież kodeks cywilny przewiduje też możliwość skutecznego zawarcia umowy poprzez przystąpienie do jej wykonania (na gruncie art. 69 kc może wystarczyć, że sobie pomyślę „biorę”);
- oznacza to, że treść licencji public domain powinna być wyraźnie wyartykułowana przez twórcę („to jest fotografia mojego autorstwa i moją wolą jest, by każdy mógł z nią robić wszystko co zechce, a ja za to nic nie chcę” — oczuwiście ten wywód też można okodować jakimiś symbolami, np. CC0), ale korzystający nie musi niczego podpisywać lub oświadczać — wystarczy, że przystąpi do korzystania z utworu;
- (nieco na marginesie „robić wszystko co zechce” to chyba niezłe określenie pól eksploatacji — aczkolwiek przecież i tak jest to nadmiar szczególarstwa);
- a jak wszystko, w/g woli korzystającego, to chyba można w ten sposób zezwolić na wykonywanie praw zależnych (opracowania, tłumaczenia, przeróbki, etc.) — wprawdzie ustawa przesądza, że przeniesienie nawet „całości” praw autorskich nie obejmuje prawa do zezwalania na wykonywanie prawa zależnego, ale jak ktoś zgadza się na wszystko, to może i na różne modyfikacje swojego utworu?
- nie ma też problemu z tym, że twórca z wynagrodzenia rezygnuje: kasa za korzystanie z utworu należy się domyślnie, ale ustawa wyraźnie też mówi, że umowa może zastrzegać nieodpłatność licencji (art. 43 ust. 1 pr.aut.);
- zarazem licencja niewyłączna nie wymaga jakichkolwiek szczególnych formalności, więc chociaż nadawca streamingowy musi mieć wszystko pozapisane z twórcami kontentu na ostatni guzik (a przecież i tak zwykle bazują na licencjach niewyłącznych), to przecież ten cały legalese użytkownik akceptuje prostym kliknięciem, a nie podpisem kwalifikowanym, nieprawdaż?
- jeśli kogoś boli, że defaultowy okres udzielenia licencji wynosi 5 lat — przecież prawnicy już dawno temu wymyślili formułę „nieograniczone w czasie i przestrzeni”, dzięki czemu kupujący oprogramowanie Microsoft nie musi martwić się jej odnawianiem po upływie jakiegoś tam czasu;
- problemy narastają: owszem, autorskie prawa osobiste — więź autora i utworu — nie podlegają zbyciu lub zrzeczeniu się, nie wygasają choćby po śmierci autora i nie są przenaszalne (powinna o tym pamiętać każda osobistość, której autobiografię napisał autor-widmo), ale po pierwsze można zadecydować o udostępnianiu utworu anonimowo — a przecież nie ma też wątpliwości, że twórca może zobowiązać się do niekorzystania ze swych uprawnień (więc telewizyjna reklamówka nie musi rozpoczynać się od listy płac: scenariusz, reżyseria, wystąpili);
- co oznacza, że wszystko zależy od woli dawcy i potrzeb biorcy: dawca może podpisać się jak zechce lub się nie podpisać, jeśli taka jego wola — a biorca powinien korzystać w taki sposób, jaki było mu dane;
- (można tedy powiedzieć, że odszyfrowanie nazwiska twórcy anonimowego lub ukrywającego się pod pseudonimem to naruszenie przysługujących mu autorskich praw osobistych!);
- ergo owszem: polskie prawo autorskie nie przewiduje możliwości, by utwór został — wolą jego twórcy — przeniesiony do domeny publicznej, autor nie może też zadecydować o wygaśnięciu przysługujących mu praw — ale może swobodnie i skutecznie udzielić możliwie najszerszego i najgłębszego zezwolenia na korzystanie z jego twórczości;
- (jeszcze raz: to oświadczenie można okodować jakimiś symbolami, np. oznaczyć utwór jako udostępniony na licencji CC0 — przecież nie trzeba się rozpisywać, podobnie jak udostępniając zdjęcie na Creative Commons Uznanie autorstwa — Na tych samych warunkach 4.0 nie wymaga przyklejania treści licencji do utworu).
Podsumowując: licencja public domain oczywiście istnieje, jest ważna i skuteczna — jest to nieodwoływalne, nieograniczone czasowo i terytorialnie, nieodpłatne upoważnienie dla każdego chętnego do korzystania z udostępnionego utworu w dowolny sposób (czy co tam np. z treści CC0 wynika). A jeśli ktoś ma problem w tym, że niekoniecznie oznacza przeniesienie utworu do domeny publicznej lub wygaśnięcie praw autorskich… to jest tylko dialektyka.
Q.E.D.