Czy Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego miała prawo rozstrzygać o ważności wyboru Karola Nawrockiego na prezydenta? Czy jednak każda uchwała SN, nawet dotycząca spraw „pozaprocesowych”, jest orzeczeniem, a więc oznacza sprawowanie wymiaru sprawiedliwości, czego nieprawidłowo powołanym neo-sędziom robić nie wolno, a więc wczorajsza uchwała jest tylko uzurpacją władzy sądowniczej? Czy zatem stwierdzenie ważności wyborów prezydenckich z 2025 było legalne?
I, wcale nie na marginesie: czy w świetle faktów ma to jakiekolwiek znaczenie? (uchwała IKNiSP Sądu Najwyższego z 1 lipca 2025 r., I NSW 9779/25).
Zaczynając od przypomnienia: tak, wszystkie orzeczenia wydane przez tzw. neo-sędziów zasiadających w Sądzie Najwyższym są dotknięte immanentną wadą wynikającą z samego faktu powołania przez neo-KRS. O tym mówił zarówno sam SN, tak orzekał TSUE, kropka. Początkiem rozwiązania tego problemu miała być zmiana zasad powoływania członków KRS — i trzeba jasno powiedzieć, że tę prezydent Duda odesłał do tzw. Trybunału Konstytucyjnego. Całą resztę próbowano załatwiać uchwałami poselskimi i rządowymi i… to w zasadzie wszystko.
Przechodząc do meritum: czy to oznacza, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN nie miała prawa decydować o ważności wyborów prezydenckich, przeto uchwała jest non existens?
Spróbujmy rozkminić to po kolei: zgodnie z ustawą zasadniczą do kompetencji Sądu Najwyższego należy sprawowanie wymiaru sprawiedliwości, nadzór nad orzecznictwem sądów powszechnych i wojskowych, a także inne określone normatywnie czynności oraz stwierdzanie ważności wyborów prezydenckich, parlamentarnych i referendum. Rozstrzygnięcie sporu o legalność i skuteczność tego, co się wczoraj stało zależeć będzie zatem od odpowiedzi na pytanie czy stwierdzenie ważności wyborów przez SN jest sprawowaniem wymiaru sprawiedliwości? Czy Sąd Najwyższy w takim przypadku orzeka? Bo jeśli nie orzeka, to może poglądy IKNiSP są prawidłowe?
art. 129 ust. 1 Konstytucji RP
Ważność wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej stwierdza Sąd Najwyższy.
art. 183 ust. 1-2 Konstytucji RP
1. Sąd Najwyższy sprawuje nadzór nad działalnością sądów powszechnych i wojskowych w zakresie orzekania.
2. Sąd Najwyższy wykonuje także inne czynności określone w Konstytucji i ustawach.
Opinia zwolenników, że wszystko było lege artis opiera się na założeniu, że stwierdzając ważność wyboru prezydenta Sąd Najwyższy nie sprawuje wymiaru sprawiedliwości. Dowodzić tego ma już sam sposób usytuowania przepisu: art. 129 Konstytucji RP został umieszczony wśród przepisów dotyczących głowy państwa, przeto niezależnie od tego, czy „inne czynności” z art. 183 ust. 2 ustawy zasadniczej odnoszą się do działalności orzeczniczej, czy do czegoś „innego” — stwierdzenie ważności wyborów nie należy do spraw sądowychj, lecz leży w kompetencjach SN niejako „obok” jego uprawień wynikających z jego pozycji we władzy sądowniczej (równie dobrze mógłby to być inny organ, choćby nawet Episkopat lub Prymas interrex — no ale Ojcowie Konstytucji tak postanowili, więc Roma locuta causa finita).
Jest jednak druga strona medalu: zgodnie z kodeksem wyborczym protesty wyborcze, zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i prezydenckich, rozpatrywane są przez SN w postępowaniu nieprocesowym (czyli SN orzeka), a gdyby ktoś miał wątpliwość: po rozpoznaniu protestów wyborczych SN „orzeka” o ważności wyboru prezydenta. A skoro orzeka, to sprawuje wymiar sprawiedliwości — a więc stwierdzenie przez neo-sędziów z IKNiSP ważności wyborów prezydenckich z 2025 było niedopuszczalne.
art. 324 § 1-1a kodeksu wyborczego
§ 1. Sąd Najwyższy na podstawie sprawozdania z wyborów przedstawionego przez Państwową Komisję Wyborczą oraz po rozpoznaniu protestów rozstrzyga o ważności wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej.
§ 1a. W sprawie, o której mowa w § 1, Sąd Najwyższy orzeka w składzie całej właściwej izby.
Rzecz jasna można w tym momencie podjąć polemikę opartą na założeniu o sprzeczności kodeksu wyborczego z ustawą zasadniczą (i z pewnością usłużny TK wiedziałby jak problem ten rozwiązać)… Dla ułatwienia i podkręcenia tematu dorzucę uwagę, że w myśli Konstytucji SN stwierdza „ważność wyboru” głowy państwa, zaś po głosowaniu do Sejmu i Senatu stwierdza on „ważność wyborów” jako całości — więc nie da się powiedzieć, że chodzi dokładnie o to samo — ale już kodeks dopisuje, iż SN także rozstrzyga o ważności wyboru konkretnego posła, przeciwko któremu wniesiono protest (skądinąd i w tym przypadku „orzeka”, art. 224 par. 1-1a k.wyb.).
Tyle teorii, teraz praktyka: ważność wyborów, na podstawie których władzę przejął aktualny rząd, stwierdziła ta sama IKNiSP, uchwała została opublikowana w Dzienniku Ustaw i chyba nikt z ekipy Donalda Tuska nie myśli podważać wyników głosowania tylko ze względu na okoliczność, iż orzekali neo-sędziowie. (Bajdełej bardzo na tym popłynął wczoraj minister Bodnar, który nie potrafił sensownie odeprzeć argumentu, że nie polemizował i nie polemizuje z własnym wyborem do Senatu). Ba, później, już w czasie trwania aktualnej kadencji parlamentu, odbywały się wybory uzupełniające do Senatu, wygrane przez kandydatów popieranych przez rządzących — i chociaż uchwały IKNiSP nie doczekały się promulgacji, to przecież Monika Piątkowska i Stanisław Pawlak sprawują swoje mandaty.
Konsekwencja w poglądach oraz zgodność podejmowanych działań z logiką i głoszoną aksjologią przydają się zawsze — ponieważ w przeciwnym razie łatwo można zarobić łatkę Kalego, który swoiście rozróżnia pojęcie dobra i zła w kontekście „Kali kraść — Kalemu kraść” (i tu mogę powiedzieć, że Adam Bodnar, który swego czasu bardzo zyskał w moich oczach jako Rzecznik Praw Obywatelskich, niestety prawie całe te uznanie stracił jako Minister Sprawiedliwości / Prokurator Generalny…).
Zamiast podsumowania: czy prawne dywagacje o stwierdzenie przez IKNiSP SN ważności wyborów prezydenckich roku 2025 ma większe znaczenie? Moim zdaniem niespecjalnie: wybory wygrywa się przy urnach, nie w Sądzie Najwyższym, a za porażkę Rafała Trzaskowskiego odpowiedzialność ponosi on sam i jego komilitoni (oraz ci, którzy zdecydowali o wystawieniu równie niewiarygodnego kandydata). Jeśli ktoś sobie wyobraża, że ponowne przeliczenie kart pozwoli „przepisać” prawie 370 tys. głosów (no dobrze, wystarczy 50% — zakładając, że każdy odjęty Nawrockiemu można dodać do puli Trzaskowskiego), to jest bliski oczadzenia na podobieństwo „mitu smoleńskiego”. A przecież dać się zapędzić w kozi róg alogicznym resentymentom to chyba nawet gorzej, niż jak przegrać z takim kandydatem jak Nawrocki…